Nowy numer 8/2021 Archiwum

Szkoła na ekranie

Dla jednych horror, dla innych niekończące się wakacje. Jak przeżywamy czas zdalnego nauczania i jakie mogą być jego efekty w przyszłości?

Nauczyciel historii zaplanował temat: „Pierwsza wolna elekcja”. Skutek? Nikt z uczniów się nie zalogował. Wszyscy zrozumieli, że ta godzina zajęć w sieci, czyli e-lekcja, jest wolna. Sytuacja zabawna, ale dobrze obrazująca wyzwania, jakie niesie ze sobą zdalna edukacja. Okazuje się, że kwestie organizacyjne stanowią tylko część tych wyzwań. Równie ważna jest skuteczna komunikacja. To od niej w dużej mierze zależy przyswojenie przez uczniów wiedzy i opanowanie wymaganych umiejętności. I choć zdalne nauczanie jest dla wielu bardzo uciążliwe, może warto potraktować je jako szansę, by na nowo przemyśleć model polskiej szkoły?

Więcej nie znaczy lepiej

Najmłodsze klasy wracają właśnie do szkół, ale dla pozostałych uczniów przygoda ze zdalną edukacją trwa dalej. Jeśli zsumować ich wiosenne i jesienno-zimowe zmagania, okaże się, że trwają one już pół roku. To wystarczający czas, by dokonać rachunku zysków i strat, wyciągając wnioski na przyszłość. Pomocne mogą być w tym m.in. raporty z badań na temat zdalnego nauczania. Powstało tych badań już całkiem sporo, omówienia wielu z nich można znaleźć w internecie, a wnioski w zasadzie się pokrywają. Niemal wszystkie raporty mówią np. o tym, że najtrudniejszy był moment przejścia na naukę zdalną podczas pierwszej fali pandemii. Szkoły okazały się nie do końca przygotowane na włączenie cyfrowych technologii w proces dydaktyczny. Badanie „Zdalne nauczanie a adaptacja do warunków społecznych w czasie epidemii koronawirusa”, będące efektem współpracy wielu polskich ośrodków naukowych (m.in. Akademia Górniczo-Hutnicza, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, Uniwersytet Gdański), pokazało, że aż 45 proc. nauczycieli czuło się przygotowanych do zdalnego nauczania zaledwie w stopniu małym lub umiarkowanym. Co ciekawe, nieco lepiej ocenili ich rodzice, bo aż 60 proc. uznało ich przygotowanie za co najmniej dobre.

Mimo to połowa uczniów odebrała lekcje prowadzone zdalnie jako mniej atrakcyjne niż przed pandemią. I nic dziwnego: metody podające, w których to nauczyciel przekazuje wiedzę, np. w formie wykładu, ciągle dominują w polskiej szkole. Jednak ten typ nauczania słabo sprawdza się w formie online. Wysłuchanie 45-minutowego wykładu przed monitorem jest trudnym zadaniem nawet dla dorosłego, a co dopiero dla dziecka, które w dodatku takich lekcji mogło mieć kilka w ciągu dnia.

Z kolei część nauczycieli na początku wysyłała uczniom jedynie ćwiczenia do samodzielnej pracy. Rolę nauczyciela musieli wówczas przejmować rodzice. Niewątpliwie ten etap zdalnego nauczania okazał się trudny dla wszystkich jego uczestników. – Obnażył nieadekwatność tego, czym jest szkoła i jak funkcjonuje, w stosunku do czasów oraz tego, co jest w życiu potrzebne – mówiła prof. Ewa Jarosz z Uniwersytetu Śląskiego podczas grudniowej konferencji prasowej, prezentującej wyniki innego badania, przeprowadzonego przez pracowników Instytutu Nauk Politycznych UŚ. – Ten czas był unaocznieniem wielu środowiskom, że szkołę trzeba wymyślić na nowo; że szkoła według zasady „więcej znaczy lepiej” jest przestarzała i szkodliwa. Pandemia pokazała, że w edukacji należy kierować się raczej zasadą „mniej znaczy lepiej”, ale co to znaczy „mniej” i co rozumiemy pod pojęciem „lepiej” – to wymaga jeszcze namysłu.

Nauczyciel przedefiniowany

Z drugiej strony jest też całkiem spora grupa nauczycieli (40 proc.), którzy czuli się przygotowani do pracy online w stopniu co najmniej dużym. Z badań wynika, że informacje przekazywane przez kolegów i koleżanki po fachu albo czerpane z internetu okazywały się częściej wykorzystywanym źródłem wiedzy na temat technologii cyfrowych niż szkolenia czy konferencje. – Korzystam z komputera na co dzień, więc przyswojenie Teamsa [Microsoft Teams to usługa internetowa służąca współpracy zespołowej, wykorzystywana w zdalnym nauczaniu – przyp. Sz.B.] przyszło mi dość łatwo, ale wiem, że dla części nauczycieli był to problem – opowiada Magdalena Wylężek, polonistka w Zespole Katolickich Szkół Ogólnokształcących nr 1 w Katowicach. – Dlatego pomagaliśmy sobie nawzajem. Pomocne okazały się np. lekcje otwarte prowadzone przez naszego nauczyciela informatyki. Z kolei jedna z koleżanek wyszkoliła się świetnie dzięki oglądaniu różnych instrukcji na YouTubie. Stopniowo uczyliśmy się, jak te narzędzia, które zostały nam przez pandemię odebrane, np. praca z książką czy ze skserowanymi materiałami, zastąpić innymi. Konieczność korzystania z komputera otworzyła też przed nami nowe możliwości – możemy chociażby częściej wykorzystywać gry edukacyjne, a nawet sami je tworzyć. Jako nauczyciele musieliśmy się trochę zdefiniować na nowo. Uczymy się, że naszą rolą nie jest tylko przekazywanie wiedzy, ale i pomoc w jej znalezieniu w cyfrowym świecie.

A jak wyglądało to po drugiej stronie ekranu? Wydatki związane z koniecznością zakupu sprzętu lub dodatkowego transferu danych dotyczyły co czwartego rodzica. Co drugi badany rodzic musiał nauczyć się obsługi nowych narzędzi komunikacyjnych lub nauczyć ich swoje dziecko. – Synowie nie korzystali wcześniej zbyt wiele z internetu, nie wysyłali np. e-maili, więc musieli się w to wszystko wdrożyć – opowiada Joanna Siwek, mama dwóch chłopców w wieku szkolnym. – Dla rodzica taka sytuacja mogła oznaczać, że osiem godzin dziennie miał z głowy. Ja na szczęście mogłam wziąć opiekę nad najmłodszym dzieckiem, które nie chodzi jeszcze do szkoły, więc nie miałam problemu z towarzyszeniem synom. Ale wiem, że niektórzy łączyli to z pracą zdalną. To sytuacja nie do pozazdroszczenia. Na tym etapie trzeba dzieci jeszcze mocno pilnować, żeby przykładały się do nauki, a siedzenie przed komputerem tym bardziej je rozleniwia.

Gadanie do awatarów

Nieco inaczej wygląda sytuacja w przypadku studentów. Dorośli ludzie sami organizują sobie przecież większość czasu przeznaczonego na naukę, stąd zmiana formy edukacji z pozoru nie powinna mieć aż tak dużego wpływu na jakość ich kształcenia. A jednak z ogólnopolskiego badania opinii studentów na temat nauczania zdalnego, przeprowadzonego przez Flow Centrum Badawcze, wynika, że aż 54 proc. z nich uważa, iż efektywność ich nauki zmieniła się na gorsze. Zdaniem większości wymagania prowadzących zwiększyły się w trybie zdalnym, a mimo to tylko 29,1 proc. poświęcało więcej czasu na naukę niż wcześniej. Wydaje się więc, że zajęcia stacjonarne znacznie bardziej mobilizują studentów do nauki. Jako największą wadę nauczania zdalnego aż 45,1 proc. z nich wskazało słaby kontakt z prowadzącymi.

Zaburzenia w komunikacji są dużym problemem także dla prowadzących zajęcia: – Wszyscy wykładowcy narzekają, że nie widzą audytorium, studenci nie włączają kamerek – relacjonuje dr Artur Nowaczewski, adiunkt w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego. – Nie widzi się reakcji słuchaczy na to, co się mówi. Zdarza się, że po każdym pytaniu zapada dłuższa chwila ciszy, zanim ktoś zdecyduje się odezwać. Kilka godzin z rzędu, w których gada się do awatarów, jest męczące psychicznie.

Zdaniem dr. Nowaczewskiego nauczanie online pogłębia też dysproporcje materialne między studentami. Ci dysponujący gorszym sprzętem czy słabszym internetem stoją na straconej pozycji wobec lepiej sytuowanych koleżanek i kolegów. – Aby brać aktywny udział w zajęciach, najczęściej trzeba mieć też do dyspozycji całe pomieszczenie. Dopiero po uporaniu się z takimi problemami można pomyśleć o tym, ile merytorycznie da się wyciągnąć z zajęć – podkreśla wykładowca.

Kolejna nierówność dotyczy miejsca zamieszkania. – Studenci z mniejszych miejscowości byli najczęściej zmuszeni wrócić do domów rodzinnych. Uniwersytet zaś to nie tylko zajęcia – to społeczność, zawierane przyjaźnie, dyskusje przed zajęciami i po nich, kontakty, które mogą w przyszłości zaprocentować. Studia w swoim normalnym trybie służyły też oswojeniu z miastem, znalezieniu sobie nowego miejsca w życiu. Motywacją do studiowania często przecież bywała chęć zmiany środowiska wobec braku wystarczających perspektyw na prowincji. Sektory, w których pracowali studenci, są najczęściej dotknięte lockdownem, więc stracili oni też często możliwość zarobienia na swoje utrzymanie. To uderza najbardziej w tych, którzy mają najmniejsze wsparcie ze strony rodziny. Nie lekceważyłbym tych problemów – obecne roczniki są już poszkodowane od tej strony. Jeśli nauczanie zdalne potrwa do czerwca 2021 r. – a nie ma przecież pewności, czy zajęcia ruszą w październiku – to będą już trzy semestry zdalne. Dla studiów licencjackich jest to połowa studiów, a dla magisterskich – więcej niż jedna czwarta całego cyklu nauczania. To już realia całego pokolenia – ubolewa dr Nowaczewski.

Czas przestał istnieć

Najistotniejsza wydaje się sfera problemów psychologicznych związanych ze zdalnym nauczaniem, nakładających się czasem jeszcze na stresy wywołane pandemią, zwłaszcza na niepokój o zdrowie najbliższych czy o sytuację materialną rodziny. Nawet jednak bez tych niepokojów edukacja online pozostaje dużym obciążeniem dla psychiki nauczycieli, rodziców, uczniów i studentów. „Potrzebuję odpoczynku, bo teraz praca zajmuje mi około trzynastu, czternastu godzin dziennie. (...) Nie mam czasu dla rodziny, ponieważ nauczanie zdalne pochłania cały mój czas, poza realizacją potrzeb fizjologicznych”. „Rozwlekł mi się dzień, czas przestał istnieć, jest względny, nie wystarcza mi go, kiedyś robiłam więcej i wszystko zdążyłam zrealizować, dziś mam problem z logistyką. Największą przeszkodą w zdalnej edukacji jest dyspozycyjność uczniów. Na poranne lekcje nie stawiają się, zaczynają dzień od 9.00, 10.00, a kończą po 23.00 SMS-ami z pytaniami o zadaną pracę” – to niektóre z nauczycielskich wypowiedzi zebranych podczas badania „Zdalne nauczanie a adaptacja do warunków społecznych w czasie epidemii koronawirusa”. Aż 65,3 proc. badanych nauczycieli twierdzi, że czuje się psychicznie gorzej w porównaniu z czasem sprzed zamknięcia szkół, a u 67,7 proc. pogorszyło się samopoczucie fizyczne. Zdecydowana większość ankietowanych skarży się na brak energii, zdenerwowanie czy zły nastrój, a tylko 26 proc. nie ma trudności z zasypianiem. Gorzej czuje się również ponad połowa rodziców.

Najmniej zaniepokojoną stanem swojego zdrowia psychicznego i fizycznego grupą okazują się uczniowie – wprawdzie odsetek deklarujących gorsze samopoczucie jest podobny jak u rodziców, ale jest też całkiem spora grupa (ponad 20 proc.) uczniów, którzy twierdzą, że czują się lepiej niż w trakcie nauczania stacjonarnego. To oczywiście też można łatwo wytłumaczyć: brak obowiązku chodzenia do szkoły daje uczniom złudne poczucie wolności. Wielu z nich nie zastanawia się jeszcze nad konsekwencjami dłuższego trwania takiego stanu rzeczy.

Jednak fakty są takie, że wśród wszystkich grup biorących udział w procesie nauczania zdalnego widoczne są wyraźne symptomy nadużywania mediów cyfrowych: przemęczenie, rozdrażnienie, przeładowanie informacjami, niechęć do korzystania z komputera czy internetu. Z drugiej strony tak częste i długie przebywanie przed komputerem może stać się z czasem przyczyną uzależnienia.

Tęsknota za żywym człowiekiem

A czy są jakieś plusy nauczania zdalnego? – Z mojej perspektywy właściwie jedynym plusem wydaje się odizolowanie dzieci od choroby – twierdzi Joanna Siwek. – Może też pozytywny jest fakt, że synowie nabyli pewnych umiejętności związanych z korzystaniem z internetu. Ale nie mam wątpliwości, że kolejne miesiące nauki zdalnej pozostawiają po sobie braki, które później trzeba będzie nadrabiać.

Nauczyciele przyznają, że w obecnej sytuacji egzekwowanie wiedzy jest dużym problemem. – Mam to szczęście, że w naszej szkole klasy liczą najwyżej 16 uczniów, więc po prostu ich odpytuję – opowiada Magdalena Wylężek. – Uważam, że klasyczny sprawdzian w tej sytuacji nie ma sensu: młodszym uczniom często pomagają rodzice, starsi z kolei sprawnie ściągają, chociażby z komórki. Ale w nauczaniu zdalnym widzę też pewną szansę: zamiast uczyć się wielu informacji na pamięć, tak jak to robimy w szkole, możemy popracować z uczniami w nieco inny sposób, budząc ich kreatywność.

Z pewnością jednak nauczanie zdalne nie zastąpi szkoły, a tym bardziej uniwersytetu, audytoriów i społeczności studenckiej. W wypowiedziach wszystkich grup zaangażowanych w nauczanie online powtarzają się słowa o tęsknocie za normalnymi spotkaniami i kontaktem z żywym człowiekiem. Dlatego uczestnicy tej formy edukacji coraz częściej wskazują na nauczanie hybrydowe jako optymalne rozwiązanie w przypadku przedłużającej się pandemii. Na przykład w badaniu przeprowadzonym przez Flow największa grupa studentów (37,3 proc.) opowiedziała się za tym, by wykłady odbywały się zdalnie, a ćwiczenia stacjonarnie.

– Narzędzia internetowe są przydatne, ale jako forma pomocnicza – podkreśla dr Artur Nowaczewski. – Być może w przyszłości pozostaniemy z pewnymi formami nauczania hybrydowego. Można w ten sposób odbywać konsultacje czy odrabiać zajęcia. Istota jednak tkwi w ludziach, w bezpośrednim kontakcie. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama