Nowy numer 2/2021 Archiwum

Zew bezkresu

Francja najpierw zapomniała, a potem wyrzekła się resztek pamięci o swoim Imperium, które – jak każde dobrze zbudowane imperium – było urzeczywistnionym snem o uniwersalizmie, o braterstwie ludów. Sen nie jest tu metaforą: narody i imperia rodzą się, gdy „porywy wyobraźni” książąt spotykają się z potrzebami życia ludów. Czy warto je pamiętać?

Pamięć może być czynna. Osiemdziesięcioletni Jean Raspail napisał książkę „Na Królewskim Szlaku” (jej polskie tłumaczenie właśnie się ukazało), wspominając nie tylko dawne Imperium, ale własną młodzieńczą, skautowską wyprawę z przyjaciółmi rzekami, którymi płynęli odkrywcy francuskiej Ameryki – od atlantyckich brzegów Kanady, przez Wielkie Jeziora, do Zatoki Meksykańskiej i Nowego Orleanu. Co chcieli znaleźć? Ślady zapomnianej cywilizacji katolickiej, która tam istniała, ale także ślady ducha pierwszych odkrywców tej ziemi we własnych sercach. Wspominający u schyłku życia tę przygodę stary pisarz odtwarzał w pamięci jej nastrój, by mogli go poczuć ci, którzy dziś mają tyle lat, ile on i jego trzej przyjaciele, gdy ruszali w dwóch kanu z Trois-Rivières na zachód. Jakby tłumacząc się z dzieła swego życia, pisał: „Kiedy nasze przekonania nic już nie znaczą, bo jest się przytłoczonym ze wszystkich stron i nie ma nadziei na to, że kiedyś to one zwyciężą, trzeba im nadać bardzo konkretny kształt. To taka gra…”.

W swej twórczości, jako – jak go często nazywano – kronikarz przegranych spraw, Raspail wskrzeszał je w wyobraźni, dawał im nowe życie, dopisywał ciąg dalszy. Ale opowieść o wyprawie „Na Królewskim Szlaku” jest inna, nie ma tu dramatu i ukrytej tajemnicy, jest pozornie monotonna, jak prawdziwy nurt dni i lat, a jednak pełna entuzjazmu i momentów olśnień, prowadzona nadzieją odnalezienia zerwanej nici historii.

Epopeja Nowej Francji

Nowa Francja zaczęła się 24 lipca 1534 roku, gdy Jacques Cartier, wysłany przez króla Franciszka I, u ujścia Rzeki Świętego Wawrzyńca „wzniósł ogromny, drewniany krzyż z herbem w kształcie kwiatu lilii. Lilia Francji i krzyż… sto lat przed Anglikami”. To był początek, półtora wieku później, w 1673 ojciec Jacques Mar­quette i jego towarzysze „odkryli Missisipi i dotarli aż do miejsca, gdzie łączy się z rzeką Arkansas. Dziesięć lat później René-Robert Cavalier de La Salle domknie ostatecznie tę pętlę, spływając ogromną, dziką rzeką aż do wybrzeży Zatoki Meksykańskiej. Wszyscy po drodze stawiali krzyże, słupy z wygrawerowanymi w ołowiu godłami Francji, a tak oznaczone terytorium rozciągało się wzdłuż i wszerz na tysiące kilometrów, zamykając Anglików na wschodzie. A wszystko zaczęło się od malutkiej Kanady francuskiej!”. Francuskie Imperium było katolickie: wojska królewskie szły śladami misjonarzy, a nowi misjonarze podążali za wojskami królewskimi. A ludy miejscowe?

W kanadyjskim Parlamencie w Ottawie spotkałem dwie posłanki z Quebecu, wyglądające bardzo malowniczo i równie oryginalnie się wysławiające. Jedna – po prostu paryżanka, czysta elegancja. Druga – traperka, w stroju i w mowie. Rozmawialiśmy o historii, zapytałem je o Indian. „Paryżanka” odpowiedziała mi z charakterystyczną francuską „uroczystością”: „nasi przodkowie nie przetrwaliby tutaj, gdyby nie przyjaźń narodów tubylczych”.

Historia temu bynajmniej nie zaprzecza. Jak w XX wieku pierwsze wielorasowe społeczeństwo tworzyła uniwersalistyczna i katolicka Portugalia Salazara (historia piłki nie kłamie, pierwszą czarną gwiazdą europejskiego futbolu był Eusebio), tak zaczątek podobnego społeczeństwa istniał w Nowej Francji za panowania królów Ludwika XIV i Ludwika XV. Dzieci szlacheckich oficerów uczyły się z indiańskimi w tych samych szkołach. Francuzi bardziej budowali Imperium niż kolonizowali – w szczytowym momencie, w czasie wojny siedmioletniej w XVIII wieku, było tam zaledwie 10 tysięcy osadników.

Religia pokoju

Chrystianizacja rozszerzała Nową Francję duchowo. Pięknie, choć z dużą dozą melancholii przypomniał to film „Czarna suknia” (tak Indianie nazywali sutanny jezuitów i ich samych). Film ten, owszem, pokazał chrześcijaństwo jako religię pokoju, a działających w pojedynkę misjonarzy jako naśladowców Chrystusa aż po krzyż. Mimo to nie oparł się całkiem dzisiejszej poprawności. Katolicyzm „Czarnej sukni” to religia skazująca Huronów na słabość, więc zagładę z ręki wiernych swej pogańskiej mocy Irokezów.

Tak wygląda może nie najbardziej dominujący, ale jednak wyraźny nurt kultury masowej. Ten sam motyw „zdrowej”, immoralnej pogańskiej siły i pogardy dla „słabości” chrześcijaństwa znajdujemy w popularnym serialu „Wikingowie”. Kiedyś nie wierzyłem Wiesławowi Chrzanowskiemu, wieszczącemu, że w przyszłości cywilizacja katolickiego personalizmu zderzy się nie tylko z indywidualistycznym liberalizmem, ale i z pogańską wersją nacjonalistycznego kolektywizmu. Marszałek nie snuł tych prognoz dzięki lekturom Alaina de ­Benoist, ale dochodził do swych wniosków drogą czystej spekulacji, socjologicznej analizy idei. Dziś zaczynamy widzieć, jak bardzo kryzys chrześcijaństwa otwiera drogę do naturalistycznej redukcji wartości podstawowych, jak bardzo – niezależnie od konfiguracji polityki – trzeba bronić ich chrześcijańskiej treści.

Kościół budował Nową Francję, Kościół bronił jej ludu, gdy po wojnie siedmioletniej, po 1763 roku, Francja porzuciła swych poddanych.

Porzuceni

Od tamtej pory – nic nie tracąc z miłości do języka i sentymentu dla Starej Ojczyzny – mieszkańcy Quebecu (gdzie język francuski pozostał w większości) na swych dawnych rodaków mówią „przeklęci Francuzi”, co jest – jak dowiedział się w Kanadzie Raspail – „formą przypomnienia, pół żartem, pół serio, że po Traktacie Paryskim Francja, wycofując stąd, bez większego żalu, swoje elity i wszystko, co stanowiło fundament »tych śnieżnych przestrzeni«, zostawiła ich sam na sam z Anglikami, a jedynym wsparciem społecznym, moralnym i administracyjnym byli prości proboszczowie, siostrzyczki zakonne i szkoły katolickie, co zresztą faktycznie miało ich ocalić”. I tak to trwało przez dwieście lat, aż do straszliwego duchowego załamania pół wieku temu, gdy lewicowy nacjonalizm zaczął zastępować katolicyzm, gdy kościoły zaczęto pustoszyć, usuwając z nich ozdoby i figury, co z tak przejmującym smutkiem przypomina film „Inwazja barbarzyńców” Denysa Arcanda. Ale to już inna historia, choć o tej samej ziemi…

Im dalej bohaterowie „Na Królewskim Szlaku” płynęli na zachód, tym rzadziej słyszeli francuski. Czasami znajduje się tam już tylko nazwy. St. Ignace to miasteczko w środku Ameryki. W pół drogi między Ottawą a Minneapolis. To tam ojciec Marquette ustanowił centrum swej misji, gdzie „plemiona zapominały o bratobójczych walkach i zbierały się gromadnie wokół niewielkiej, drewnianej kaplicy. Zapewne z powodu prestiżu Francuzów – wyjaśnia Raspail – ich władzy, bogactwa, uzbrojenia, przytłaczającej wyższości technologicznej we wszystkich możliwych dziedzinach, ale nade wszystko z powodu miłosierdzia i czułości ewangelicznego przekazu, który większość tego ludu o krwawych obyczajach przyjmowała całkiem nieświadomie, niczym rodzaj wyzwolenia”. Dziś tamte czasy przypomina muzeum w St. Ignace, gdzie obok siebie stoją drewniany kościół i indiański wigwam.

Zostały tam nie tylko muzea. Wiele plemion (jak Kri, Potowatomi, Menominowie czy oczywiście Huronowie), nawróconych przez francuskich misjonarzy, już dawno zapomniało francuski język, ale zachowało katolicyzm. Potowatomi po matce jest jeden z najwybitniejszych przedstawicieli amerykańskiego episkopatu, metropolita Filadelfii, a wcześniej Denver, abp Charles Chaput OFM Cap. Jego ojciec pochodzi zaś z rodziny francuskich Kanadyjczyków, której genealogia sięga… świętego Ludwika.

Czytając „Na Królewskim Szlaku”, warto cały czas pamiętać, że jest to pisane u schyłku życia wspomnienie sprzed pół wieku, swego rodzaju testament Raspaila.

Testament Raspaila

Książka jest pełna symboli: by znaleźć źródła Wielkiej Rzeki – trzeba długo wiosłować pod prąd; by dotrzeć do swej tożsamości – trzeba płynąc w górę historii; by znaleźć braterstwo ludów – trzeba dążyć do Boga.

Wszystko w tej książce jest. To świetny przewodnik dla pielgrzyma, który wybrałby się do Ameryki, by wędrować szlakiem jej pierwszych misjonarzy. Ale to także znakomita opowieść dla młodzieży. Nie tej jednak, która panicznie boi się dojrzałości i jej wyzwań, ale tej, która wierzy w życie, wierzy, że całe życie może być przygodą w służbie Ideału. Na końcu książki autor reprodukuje odręczny list, który on i jego towarzysze – Yves, Jacques i Philippe – otrzymali na drogę od prezydenta Republiki, Vincenta Auriola. Raspail, z ironicznym dystansem skrywającym dumę, pisze: „reprezentowaliśmy nasz kraj. Zawsze tego pragnąłem. Czegoś pomiędzy cierpieniem a zaszczytem”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama