Nowy numer 2/2021 Archiwum

Co z kolędą?

Wiele osób, nawet obojętnych i żyjących na obrzeżach swoich wspólnot parafialnych, nie wyobraża sobie początku nowego roku bez kapłańskiego błogosławieństwa. Stąd tytułowe pytanie: co z kolędą?

Pandemia wywróciła nasze życie do góry nogami. Także na poziomie parafii. Celebrowane przy małej obecności wiernych Msze św., odwołane wizytacje, wreszcie perspektywa rezygnacji z tradycyjnej wizyty duszpasterskiej, tak zwanej kolędy. O ile w większych i bardziej zlaicyzowanych środowiskach odwołanie kolędy nie budzi emocji, to tam, gdzie katolicyzm wciąż jest zjawiskiem kulturowym, przyjmowane jest ze smutkiem.

Kolęda, czyli co?

Pojawienie się tego pytania jest dobrą okazją, by przyjrzeć się roli i znaczeniu tej formy spotkania duszpasterzy z parafianami. Przez jednych poddawanej totalnej krytyce, przez innych oczekiwanej.

Zacznijmy od refleksji nad tym, czym kolęda nie jest. Wbrew oczekiwaniom kolęda nie jest ani sposobem ewangelizacji, ani miejscem formowania dojrzałych chrześcijan. Bo ewangelizacja wymaga celebracji, głoszenia kerygmatu, świadectw i czasu na osobistą decyzję. A formacja nie jest jednorazową aktywnością; raczej rozłożonym na lata procesem, w którym istotną rolę odgrywa katecheza, zwłaszcza mistagogiczna. Stąd oczekiwanie, że kolęda będzie swoistym przeoraniem parafii i nowym zaczynem, nie bierze pod uwagę jej specyfiki i przyjmujących takie założenie rozczaruje.

Zatem czym kolęda jest. Kodeks prawa kanonicznego, opisując zadania proboszcza, zaleca: „Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku, oraz umacniając ich w Panu, jak również – jeśli w czymś niedomagają – roztropnie ich korygując” (kan. 529). Dlatego nie będzie przesadą, jeśli stwierdzimy, że sens kolędy zamyka się w trzech słowach: spotkanie, uczestnictwo, umocnienie.

Spotkanie

Logika spotkania wynika z dynamiki Ewangelii. Jeśli opisane przez jej autorów wydarzenia i mowy Jezusa rozłożymy w czasie, zajmą – ku naszemu zdziwieniu – jeden, najwyżej dwa miesiące. Co z okresem poprzedzającym publiczną działalność? Co z pozostałym czasem? Czym wówczas zajmował się Jezus? Po prostu był. Odwiedzał przyjaciół, dał się zaprosić, jadł posiłki, być może łowił z apostołami ryby. Rozczaruje się ten, kto chce widzieć w Nim aktywistę, niemalże każdej minuty spalającego się w działaniu. Od samego początku, gdy Maryja złożyła Go na sianie, jest Bogiem-człowiekiem obecnym w ludzkiej historii. Także trudnej, wstydliwej, bolesnej. „Owinęła w pieluszki i złożyła w żłobie” – i co dalej? Leżał i płakał. Był.

Spotkanie wymaga czasu. „Spojrzał i zatrzymał się”. Aktywista liczy każdą minutę. Człowiek spotkania ma czas. O co w czasie kolędy nie jest łatwo. Zwłaszcza w dużych parafiach, gdzie problem czasu pojawia się w dwojaki sposób. U oczekujących do późnych godzin, ale i u zmęczonego setną wizytą księdza. W małej parafii jest łatwiej. Co niekiedy może wywołać zdziwienie.

Skrzynki, gdzie jestem proboszczem, są parafią letniskową. Ale goście pojawiają się też niekiedy zimą. Na kolędę. To miał być czternasty dom. Jego mieszkańcy, żyjący na co dzień w dużym mieście, obliczyli, że ksiądz powinien zjawić się u nich około godziny jedenastej. Po pierwszej wyszli na drogę i pytają sołtysa, gdzie jest proboszcz. – Panie, u was to będzie około trzeciej – usłyszeli w odpowiedzi. – To, co on tak długo robi? – zdziwili się. – Jak to co – odpowiedział sołtys – kolęduje!

Uczestnictwo

By uczestniczyć, trzeba poznać. Czyli wysłuchać. O jednym z moich sąsiadów mówią jego parafianie, że rzadko się odzywa. Siedzi i słucha. Kolęda ma wiele wspólnego z konfesjonałem. Zwłaszcza dziś, gdy mało jest okazji, by dzielić się tym, co cieszy i boli. Trzeba jednak pamiętać, by nie przekroczyć granicy intymności. Stąd nie na miejscu są pytania zmierzające do wyciągnięcia od rozmówcy „więcej”.

Uczestnictwo niekiedy potrzebuje dalszego ciągu. Pomoc materialna czy wsparcie w załatwieniu trudnych spraw nie są problemami każdej odwiedzanej rodziny. To ciągle margines. Bardziej oczekiwana jest empatia. Umiejętność rozradowania się w Duchu Świętym bądź płaczu. Wymagająca niekiedy wrażliwości, odporności psychicznej. Bo często zdarza się, że w jednym domu przeżywa się radość z nowo narodzonego dziecka, w innym płacz po rozpadzie rodziny. W następnym trzeba będzie słuchać, trzymając za rękę. A kiedyś wrócić. Już nie z urzędową wizytą.

Uczestnictwo jest relacją dwustronną. Bezpośredni kontakt podczas kolędy jest doskonałą okazją, by odkryć charyzmaty parafian. W ten sposób może powstać nowa wspólnota modlitewna, grupa wolontariuszy, przyszli współpracujący w przygotowaniu do przyjęcia sakramentów katecheci. Niekiedy, słysząc na przykład propozycję stworzenia miejsca, gdzie można spotkać się po niedzielnej Mszy św., wystarczy powiedzieć: zrób to… Czyli nie gasić ducha.

Umocnienie

Jest nim przede wszystkim wspólna, oczekiwana przez wiernych modlitwa i błogosławieństwo. Podstawa kolędy. Nie chodzi o klepanie po ramieniu i mówienie: wszystko będzie dobrze. Zwłaszcza gdy życie zapowiada mało optymistyczny finał. Umocnieniem jest sama możliwość zrzucenia ciężaru, podzielenia się troską z drugim. W tym wypadku z księdzem. A ten musi wskazać na fundamenty chrześcijańskiej nadziei. Być przeprowadzającym przez ciemną dolinę pasterzem.

Dlatego tak bardzo potrzebne jest słowo Boże. Żywe i skuteczne. Nie tylko zdolne osądzić pragnienia i myśli serca. Także pozwalające odkryć, że „miłującym Boga wszystko pomaga ku dobremu”. Leżąca na stole Biblia nie może być ozdobą kolędy.

Umocnić często znaczy pochwalić. Za życiowe sukcesy, dobrze wychowywane dzieci, pomoc sąsiedzką, uśmiech na twarzy, przygotowany wieniec dożynkowy, zaangażowanie w Triduum Paschalne, posługę przy ołtarzu, ściętą na cmentarzu trawę. Dla ludzi ważne jest, by proboszcz zauważył i docenił. Jeśli tego nie robi, gasi ducha. Chwaląc, mobilizuje do większego zaangażowania.

Kolęda w czasie pandemii

Jak te trzy cele zrealizować w najbliższych tygodniach? Gdy odwiedziny wszystkich domów budzą zrozumiałe wątpliwości, czasem nawet sprzeciw, a w świątyni obowiązują limity. Pojawiająca się najczęściej propozycja, by zamiast kolędy odprawiać Mszę św. o błogosławieństwo Boże, wydaje się najbardziej sensowną. Można ją połączyć na przykład z indywidualnym błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem. Przy okazji stwarzając okazję do spowiedzi. Kawa i herbata w sali parafialnej pewnie nie wchodzą w grę, ale o jakiejś formie rozmowy, zauważenia, docenienia można myśleć.

Natomiast w domach… Z ciekawą inicjatywą wyszła jedna z polskich diecezji. Każda parafia otrzymała formułę błogosławieństwa domu przez głowę rodziny. Jest w niej zapalenie świecy, czytanie Pisma Świętego, modlitwa wiernych, znak krzyża ręką zanurzoną w przyniesionej z kościoła wodzie święconej i błogosławieństwo. Jest także zachęta, by duszpasterze przygotowali list do parafian.

Marzyć

Sytuacja pandemii, niemożliwość pójścia utartymi drogami, rezygnacja z tego, do czego byliśmy przyzwyczajeni, może owocować przygnębieniem, frustracją, a nawet rezygnacją. Ale to perspektywa ludzka. W Bożej ta sama sytuacja może być, a nawet jest szansą. Mówi o tym Franciszek w ostatniej książce: „Nadszedł czas wielkich marzeń, czas na przewartościowanie naszych priorytetów – tego, co cenimy, czego chcemy, czego szukamy – i na zobowiązanie się do działania w naszym codziennym życiu na podstawie tego, o czym marzyliśmy. To, co słyszę w tej chwili, jest podobne do tego, co Izajasz słyszał, gdy Bóg mówił przez niego. Chodź, porozmawiajmy o tym. Odważmy się marzyć”.

Być może ta całkiem nowa i zaskakująca sytuacja będzie czasem przewartościowania naszych priorytetów, odkrywania nowych dróg, krokiem w kierunku nawrócenia duszpasterskiego i zachętą do podjęcia wysiłku przekształcania naszych parafii we wspólnoty wspólnot. Rozmawiajmy o tym. Odważmy się marzyć.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama