Nowy numer 3/2021 Archiwum

Marzenia i złudzenia

Wejście Polski do Unii Europejskiej związane było z wieloma nadziejami, nie tylko politycznymi czy ekonomicznymi, ale także duchowymi. Co zostało z marzeń o europejskiej solidarności duchowej? Ile okazało się tylko złudzeniem?

Jesteśmy w okresie ważnych rozstrzygnięć w sprawie budżetu Unii Europejskiej, kiedy jednocześnie dokonuje się niemająca oparcia w traktatach redefinicja najważniejszych mechanizmów jej funkcjonowania. W tym kontekście powraca debata o miejscu Polski w Unii i o bilansie uczestnictwa w tym wielkim projekcie. Warto tu także przypomnieć ważne akcenty debat toczonych na początku XXI wieku. Do jakiej Unii chcieliśmy wejść? Czy trafnie przewidywaliśmy szanse i zagrożenia związane z tym procesem? Na ile sprawdziły się nadzieje wielu europejskich chrześcijan, postrzegających proces integracji jako wezwanie do podjęcia nowej ewangelizacji naszego kontynentu?

Inna scena polityczna

Powracając do tamtych wydarzeń, warto przypomnieć, że polska scena polityczna wyglądała wówczas zupełnie inaczej aniżeli dzisiaj. Po wielkim sukcesie wyborczym w 2001 r. (wspólne listy SLD i Unii Pracy otrzymały 47 proc. głosów) w Sejmie i Senacie dominowała postkomunistyczna lewica razem z PSL. Rząd premiera Leszka Millera miał wsparcie wybranego na drugą kadencję prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Prezydent i premier mieli decydujący wpływ na przebieg procesu akcesyjnego, zakończonego wejściem do Unii Europejskiej w maju 2004 r.

Opozycję stanowiły Platforma Obywatelska (otrzymała 14,3 proc. głosów), Samoobrona (11,52 proc.), Prawo i Sprawiedliwość (9,57 proc.) oraz Liga Polskich Rodzin (8,26 proc.). Jednak w kwestii akcesji podział był inny. Rządzących wspierały Platforma Obywatelska oraz – z większymi zastrzeżeniami – PiS. Przeciwko wypowiadała się Liga, kierowana przez Romana Giertycha, marzącego wówczas o roli lidera ruchu narodowego, nie tylko w naszym kraju. Samoobrona kluczyła. Formalnie była za wejściem do Unii, ale jednocześnie kontestowała warunki akcesji, domagając się korzystniejszych zapisów dla polskich rolników.

Rolnicy w centrum debaty

Jednym z ważniejszych tematów tamtej dyskusji były problemy polskiej wsi. Nie obawiano się ideologii gender, nacisków w sprawie aborcji czy eutanazji, ale, po przystąpieniu do Unii, masowego wykupu ziemi. Kolejnym ważnym tematem była wysokość dopłat bezpośrednich dla rolników. Zdawano sobie sprawę z tego, że rozdrobnione polskie rolnictwo będzie bez szans w starciu z nowoczesnym rolnictwem krajów zachodnich, subsydiowanym z unijnych funduszy. Politycy zaś wiedzieli, że liczny udział mieszkańców wsi w referendum przedakcesyjnym jest warunkiem koniecznym, aby spełniony został konstytucyjny wymóg udziału w nim ponad 50 proc. uprawnionych. Uwzględniając te uwarunkowania, rząd Millera w negocjacjach skoncentrował się na kwestiach rolnych. Na decydującym szczycie w Kopenhadze w grudniu 2002 r. uzyskał większe, aniżeli pierwotnie zakładano, dopłaty bezpośrednie dla rolników oraz bardziej wydłużone okresy przejściowe przy nabywaniu ziemi w Polsce przez obcokrajowców. Jednak nadal były to dopłaty niższe od tych, które otrzymywali rolnicy na Zachodzie. Od początku więc nasze członkostwo w Unii, zresztą podobnie jak innych krajów z obszaru byłej Europy Wschodniej, było jakościowo pośledniejsze. Lepszych warunków nikomu jednak nie udało się wynegocjować.

W kampanii poprzedzającej referendum duży nacisk położono właśnie na frekwencję, gdyż zwolennicy integracji we wszystkich badaniach przeważali nad przeciwnikami.

A kampania ta nie toczyła się na równych warunkach. W głównych mediach elektronicznych i drukowanych dominowała propaganda unijnego sukcesu, w której nacisk kładziono przede wszystkim na ekonomiczne korzyści naszego członkostwa w Unii. Głosy przeciwników, jeśli w ogóle rozbrzmiewały, to na marginesie toczącej się debaty.

Marzenie o „wspólnocie ducha”

Dzisiaj niechętnie się wspomina, że jednym z głównych orędowników zjednoczenia Europy, a wejście Polski do Unii było niewątpliwie częścią tego procesu, był Jan Paweł II. Wpisywał to działanie w szerszy kontekst refleksji geopolitycznej i teologicznej, w którym ideałem był nasz kontynent oddychający „dwoma płucami”, wschodnim i zachodnim. Tę myśl papieża często przywoływano w debacie przed akcesją. Mniej pamiętano o jego przestrodze, że „nie będzie jedności Europy, dopóki nie będzie ona wspólnotą ducha”. W kontekście polskiej debaty o integracji europejskiej szczególne znaczenie miało przemówienie wygłoszone przez papieża w czasie wizyty w polskim parlamencie w czerwcu 1999 r. Wypowiedziane wówczas słowa: „Integracja Polski z Unią Europejską jest od samego początku wspierana przez Stolicę Apostolską. Doświadczenie dziejowe, jakie posiada naród polski, jego bogactwo duchowe i kulturowe mogą skutecznie przyczynić się do ogólnego dobra całej rodziny ludzkiej, zwłaszcza umocnienia pokoju i bezpieczeństwa w Europie”, były wielokrotnie przywoływane, podobnie jak sformułowanie „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej”.

Zaangażowanie papieża miało i praktyczny wymiar. Zmarły niedawno były prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing wspominał, że Jan Paweł II bardzo zabiegał o to, aby w traktacie konstytucyjnym UE zostało wymienione z nazwy chrześcijaństwo. Francuski polityk, który kierował pracami nad tym traktatem, rozmawiał o tym z papieżem podczas specjalnej audiencji w Watykanie. Po latach przyznał, iż odpowiedział papieżowi, że jego prośba nie będzie mogła być spełniona. Jak przewidywał, nie będzie na to zgody wszystkich 25 bardzo zróżnicowanych krajów członkowskich, przede wszystkim Francji i Belgii. Ostatecznie konstytucja nie została przyjęta, ale debata nad treścią preambuły do niej pokazała, że nadzieje żywione w tym czasie przez Kościół w Europie nie do końca pokrywały się z rzeczywistością.

Taktyczny sojusznik

Rząd Millera zdawał sobie sprawę, że głos Kościoła może mieć decydujące znaczenie dla wielu uczestników referendum. Dlatego zrezygnował z antyklerykalnej retoryki, z jaką szedł do wyborów w 2001 r. Nie kwestionowano ani lekcji religii w szkołach, ani konkordatu, który prezydent Kwaśniewski podpisał zaraz po jego ratyfikacji, ani działania Komisji Majątkowej. Dla polityków SLD Bruksela wydawała się gwarantem sankcjonującym ich pozycje zdobyte w czasie transformacji po 1989 r. Kościół był w tych planach taktycznym sprzymierzeńcem, dlatego rząd nie szukał z nim zwady. Biskupi byli zapraszani do Brukseli, gdzie snuto przed nimi wizje różnych korzyści, także materialnych, jakie staną się udziałem Kościoła w Polsce po akcesji. Należy dodać, że grono najważniejszych biskupów tamtej doby (Gądecki, Glemp, Gocłowski, Gulbinowicz, Macharski, Muszyński, Nossol, Zimoń, Życiński) było ideowymi, głęboko przekonanymi zwolennikami wejścia Polski do Unii. Starali się oni ten proces interpretować zgodnie z papieskim nauczaniem. Identyczne stanowisko prezentował ówczesny nuncjusz apostolski w Polsce abp Józef Kowalczyk. W podobnym duchu pisał o tych wydarzeniach „Gość Niedzielny”. Staraliśmy się jednak dopuścić do głosu także inne poglądy. W publikowanej na naszych łamach ankiecie na temat perspektywy wejścia do Unii wypowiadali się również biskupi z wyraźną rezerwą odnoszący się do tego procesu. Jedynym istotnym ośrodkiem medialnym w Kościele artykułującym rozliczne lęki i niepokoje Polaków przed akcesją było środowisko Radia Maryja. Nie wzbudzało to entuzjazmu, mówiąc oględnie, w episkopacie.

W momencie referendum Episkopat Polski nie zajął jednak konkretnego stanowiska. Słowo pasterskie biskupów, przyjęte podczas 322. Zebrania Plenarnego Episkopatu i odczytane w kościołach 1 czerwca 2003 r., a więc kilka dni przed referendum, zawierało jedynie wezwanie do udziału w nim. Biskupi zachęcili do oddania głosu w zgodzie z sumieniem i nieulegania propagandzie żadnej ze stron. Jednocześnie przypomniano że Jan Paweł II, upominając się o prawa wiary, religii i moralności chrześcijańskiej w zjednoczonej Europie, „wyraźnie dostrzega miejsce Polski w strukturach europejskich”.

Stanowisko Jana Pawła II oraz Kościoła miało wielkie, jeśli nie decydujące znaczenie dla decyzji wielu Polaków wspierających wejście naszego kraju do UE. Była to decyzja słuszna i roztropna, nie tylko ze względów ekonomicznych. Polska poza strukturami Zachodu w dłuższej perspektywie skazana jest na marginalizację i dominację Wschodu. Na geopolitycznej mapie współczesnej Europy nie ma miejsca na kraje neutralne. Ale nadal istotne jest pytanie, w jakiej Unii chcemy budować przyszłość. I jak reagować na proces jej dechrystianizacji zachodzący szybciej, aniżeli zakładali to nawet najwięksi pesymiści. Analizę zmieniającej się na naszą niekorzyść rzeczywistości trzeba wykonać precyzyjnie: bez trwogi, ale i bez złudzeń. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama