GN 3/2021 Archiwum

Zapytajmy o odpowiedzialność męską

– Kobiety w Kościele coraz mocniej zaznaczają swoją rolę – twierdzi prof. Monika Waluś.

Agata Puścikowska: Czy faktycznie mamy do czynienia z masowym odchodzeniem kobiet z Kościoła?

Monika Waluś: W mediach dobrze „sprzedaje się” ostry problem. News o kobietach doskonale realizujących się w Kościele nie byłby tak emocjonujący. Ale rzeczywiście, niemało kobiet odchodzi od Kościoła. Myślę jednak, że Kościół jest dla wielu z nich ciągle ważny. Przecież najwięcej emocji powodują sprawa, przestrzeń i ludzie, którzy są dla nas ważni. Zresztą przyczyn, dla których kobiety z Kościoła odchodzą, jest wiele. Niektóre w ogóle nie odczuwały więzi z Kościołem, inne powoli się oddalały, inne rozczarowane skandalami wyrażają sprzeciw wobec konkretnych spraw. To tematy skomplikowane i warte badań. Nigdy nie wynika to z jednej tylko przyczyny. Bywa, że brakowało doświadczenia spotkania Boga, doświadczenia Jego obecności w Kościele. Wiedza na tematy wiary zdobyta dawno temu w szkole też nie wystarcza, a nie ma nowej w wersji dla dorosłych: dorosłym plączą się w głowach resztki nauki religii dla dzieci. Nie odpowie się dziecięcą wiedzą na poważne, „dorosłe” pytania.

W czasie proaborcyjnych protestów na ulicę wyszły też katoliczki, kobiety ochrzczone…

Chrzest, jak każdy sakrament, to prezent – może być przyjęty na różne sposoby albo po jakimś czasie odłożony na bok czy odrzucony. Jeśli podarunek nie był doceniony, nie było osobistego doświadczenia wiary, to trudno się dziwić. Przyczyny zaangażowania w protest są zresztą bardzo różne. Na pewno głośniejsze były osoby niewierzące, które chciały wyrazić przede wszystkim niechęć do Kościoła. Wielu ludzi jest jednak też bardzo zmęczonych sytuacją epidemii, obostrzeniami, marazmem, trudną sytuacją finansową, a to wzmaga emocje. Czytałam wywiad ze znaną sportsmenką, która poparła strajk kobiet, dorzucając do postulatów… otwarcie siłowni. Ale faktycznie na protesty chodzą też nierzadko osoby wierzące, np. siostry, córki, matki kobiet po aborcji. Z niektórych wypowiedzi z kolei przebijało bolesne doświadczenie lub strach przed tym, co widziały w swych środowiskach. Sama dużo czasu spędziłam w kilku szpitalach dziecięcych. Bardzo ciężko być matką poważnie chorego dziecka – szczególnie gdy nie mieszka się w dużym mieście, nie ma się oparcia w rodzinie, a zwłaszcza gdy brak przykładów radzenia sobie z taką sytuacją. Nierzadko matki zostają same, ojciec dziecka znika. I to też katolicy! Zapytajmy więc o odpowiedzialność męską. Przecież aborcja to sprawa nie tylko samej kobiety. Znam sytuacje, gdy mąż był kluczową osobą we wspieraniu żony, która oczekiwała chorego dziecka. Dał wsparcie, był obok do końca ciąży, do powitania dziecka na świecie, a po kilkunastu tygodniach wspólnie dziecko pożegnali. To bolało i dalej boli, ale chciał być ojcem w każdej sytuacji. Ale bywa zupełnie inaczej…

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama