Nowy numer 2/2021 Archiwum

Pokażmy dzieciom miłość

– Jeśli chcemy przygotować nasze dzieci do przyszłego małżeństwa, dajmy im po prostu świadectwo miłości – mówi dr Bogdan Stelmach.

Agata Puścikowska: Słowo „rodzina” odmieniamy przez wszystkie przypadki. A czy rozumiemy jej istotę?

Bogdan Stelmach: Wydaje się, że pojęcia „rodzina” nie trzeba definiować, wszak wszyscy funkcjonujemy w jakiejś rodzinie czy pochodzimy z niej. Wdrukowany obraz jest tak wyraźny, że czasem traktujemy definiowanie rodziny jak dzielenie włosa na czworo, czyli działanie nikomu niepotrzebne. Także gdy pojawiają się ideologie jawnie deklarujące potrzebę zlikwidowania rodziny (np. ideologia gender), uważamy, że jest to jakiś eteryczny twór, wyimaginowane niebezpieczeństwo, i że w istocie nie ma żadnego zagrożenia. A jednak trzeba definiować, bo dopiero wtedy zrozumiemy pełniej i więcej.

Czym jest więc rodzina?

Jest podstawowym elementem budulcowym społeczeństwa, z którego składają się większe struktury. To zbiór jednostek powiązanych ze sobą więziami (takimi jak związek małżeński, pokrewieństwo…). Ta mikrogrupa społeczna jest elementem odniesienia zjawisk dotyczących całego społeczeństwa – kultury, aspektów moralnych, prawnych czy obyczajowych. Rodzina jest cegiełką, z której społeczeństwo jest zbudowane.

Co z tego wynika?

Aby zniszczyć istniejącą kulturę, normy społeczne, jakie znamy, trzeba zniszczyć te cegiełki właśnie, czyli rodziny. We wszelkich rewolucjach zmieniano prawo, budowano nowe zasady moralności, budowano nowe kodeksy obyczajowe i zmuszano rodziny do ich przyjęcia, często w sposób wyjątkowo opresyjny. Tak było w czasie rewolucji bolszewickiej czy francuskiej. Zasada: „Chcesz rozwalić system – zacznij od rodziny” zawsze się sprawdza. Teraz dzieje się podobnie.

Czy Pana zdaniem podejmowane są sensowne działania, by rodzinę wzmocnić, odnowić?

Dzieje się raczej odwrotnie. Pomimo zgromadzonej wiedzy o czynnikach toksycznych dla rozwoju rodziny działania są żadne. Oto przykład: pornografia jest czynnikiem wpływającym na kulturę w sposób dramatycznie destrukcyjny. Już dzieci wdrukowują sobie, jak budować bliskość seksualną, właśnie z takich materiałów. Większość osób zniesmaczonych treściami pornograficznymi koncentruje się wyłącznie na uzależnieniu, a tymczasem prawdziwe szkody to wszczepienie młodym przekonania, że przeróżne dewiacje są normą. Młodzi ludzie wychowują się na treściach patologicznych, wstrząsających, rujnujących psychikę, emocje, które zaburzają ich seksualność. Czego spodziewać się potem od osoby, która na takich obrazach budowała swoją moralność, obyczajowość? Wielu zniesmaczyło i zdziwiło to, co działo się ostatnio na naszych ulicach, a to jest konsekwencja dostępu dzieci do pornografii, wieloletniego niszczenia ich wrażliwości.

Kryzys rodziny przejawia się też w tym, że młodzi niechętnie wiążą się na stałe. Są niedojrzali czy nie wierzą w miłość do końca?

Niedojrzałość to zjawisko występujące od zawsze. Obecnie dochodzą jednak inne, poważniejsze czynniki. W mechanizmie rozwojowym, gdzieś między 14. a 16. rokiem życia, pojawia się tak zwany pierwotny idealizm. To wtedy, myśląc i mówiąc o miłości dozgonnej, jesteśmy szczerzy. To wtedy oczekujemy zjawisk idealnych, nieskalanych, czystych moralnie. Potem stajemy się realistami, wiemy, że świat i ludzie nie są idealni, a miłość bywa trudnym doświadczeniem. Niemniej pozostaje w młodym człowieku jakaś nadzieja, pragnienie, by mimo trudności zbudować głębszą więź na lata, dozgonnie. To właśnie będzie wpływało na decyzje o związaniu się na zawsze. Niestety, współczesne wychowanie uruchomiło negatywne procesy skracania dzieciństwa. Wydłużanie w przeszłości dzieciństwa przez edukację, wszelaką ochronę dzieci było dobrodziejstwem i warunkiem rozwoju. Obecnie proces się odwraca: następuje wczesny dostęp młodych ludzi do atrybutów dorosłości (seks, używki). Skracanie dzieciństwa nie wywołuje przyspieszenia rozwoju kory mózgowej, a powoduje brak pierwotnego idealizmu. To jest kluczowe w procesie prowadzącym do niechęci wobec wiązania się na stałe czy braku wiary w dozgonną miłość.

Aż się w tym kontekście boję zapytać o kondycję przygotowania młodych do małżeństwa...

Najlepiej z tym nie jest, i to na każdym poziomie, gdzie to przygotowywanie ma miejsce. Do prowadzenia szczęśliwego życia potrzebnych jest wiele umiejętności, ale chcę zwrócić uwagę na ogromnie ważną: to wiedza o własnych emocjach i o ich konsekwencjach. Niestety, zwykle nie opanowujemy tych umiejętności. Żyjemy wśród ludzi, z którymi nie bardzo potrafimy budować relacje. To jak potem budować małżeństwo? Nie uczymy młodych, jak rozmawiać, jak się porozumiewać, jak rozwiązywać konflikty wynikające z różnicy płci. Zajęcia z przygotowania do życia w rodzinie w szkole są niewydolne. Relacje niszczeją, więc jak budować trwały związek?

Z jakością nauk przedmałżeńskich w Kościele też bywa różnie.

I tu dotykamy kolejnego problemu: wizerunku Kościoła i utraty autorytetu. Istnienie pewnych „brudów”, niekiedy systemowo chronionych, a teraz wyciąganych w ramach walki z Kościołem, konsekwentnie prowadzi do utraty pozycji uniwersalnego nauczyciela. Jakość tzw. kursów przedmałżeńskich jest niska. Jednak to nie jest największy problem. Większym jest to, że w oczach młodych ludzi Kościół stał się niewiarygodny w mówieniu o moralności, o małżeństwie. Młodzi się buntują i nawet jeśli znajdą poszczególne, świetnie prowadzone kursy przedmałżeńskie, całościowo mogą odrzucać nauczanie Kościoła. To proces, który spowoduje poważne konsekwencje w przyszłości.

Wygląda na to, że jeśli sami nie przygotujemy naszych dzieci do założenia rodziny, to nikt tego za nas nie zrobi. A my chyba też odpuszczamy…

Nie chodzi o odpuszczanie czy zintensyfikowane działania. Można mówić do dzieci w nieskończoność. Ale to bez znaczenia, bo im dziecko młodsze, tym mniej z tych „wykładów” rozumie. Jednocześnie od małego dziecko przejmuje i przyjmuje nasze reakcje emocjonalne jako własne. Proces ten ukierunkowuje dziecko, bywa, że bezpowrotnie. Bo ważniejsze jest w formowaniu dzieci nasze świadectwo. Jeśli widzą awantury, kłótnie, złośliwości, niechęć lub nienawiść, to te uczucia w określonym kontekście w nich pozostają. Jeśli przychodzą do mnie rodzice z „trudnym dzieckiem”, to najpierw zachęcam ich, by przyjrzeli się swojemu związkowi. Zachowanie dziecka to emocjonalna kompilacja nas samych. Jeśli chcemy przygotować nasze dzieci do przyszłego małżeństwa, dajmy im po prostu świadectwo miłości. Wtedy będzie łatwo przekazywać dobre treści: wszak miłość i towarzyszące jej zaufanie otwierają człowieka na człowieka.

Kościół stawia Maryję i Józefa jako wzór do naśladowania. Czy młodzi ludzie są w stanie to zrozumieć?

Współczesny przekaz treści ewangelicznych jest podawany chyba zbyt anachronicznie. To przecież zdarzenia sprzed 2000 lat. Czy mogą być atrakcyjne i nośne w procesie budowania wzorca własnej rodziny? Dla wielu młodych ludzi Józef i Maryja to postaci na tyle odległe, że trudno o jakieś szczególne do nich odniesienie. Potrzeba też zwykłej wiedzy i swobodniejszego poruszania się po kulturze i historii, by zrozumieć i odnieść tamte wydarzenia do współczesności. Dawne dzieje i dawne postaci zazwyczaj nie są dla młodych zrozumiałe, nie są autorytetami. Być może potrzeba innego przekazu, przekazu adresowanego do współczesności, z odniesieniami do Biblii. Być może trzeba innego języka, pogłębionej katechezy, refleksji. I dopiero wtedy młodzi odnajdą wartość w życiu Józefa i Maryi.•

Bogdan Stelmach

lekarz seksuolog z Mazowieckiego Centrum Psychoterapii.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama