Nowy numer 2/2021 Archiwum

Kryzys

Nasz Kościół przeżywa kryzys. Coraz więcej Polaków traci z nim kontakt. Co jest tego przyczyną? Jedni mówią: społeczne grzechy ludzi Kościoła. Inni: medialna nagonka. Obie strony mają rację, ale tylko częściowo.

Badania socjologiczne od dłuższego czasu wskazują na stopniowy spadek religijności oraz stopnia identyfikacji z Kościołem. Wydarzenia ostatnich tygodni prawdopodobnie przyczynią się do pogłębienia, a może i radykalnego przyspieszenia tego trendu. Pojawiają się pytanią: dlaczego tak się dzieje? Dlaczego coraz więcej Polaków sytuuje siebie poza Kościołem? Dlaczego młodzi w nim nie pozostają?

Wśród odpowiedzi dominują dwie narracje. Według pierwszej wszystkiemu winni są duchowni, a zwłaszcza hierarchowie. Ich grzechy – począwszy od nadużyć seksualnych, a na zaniedbaniach i zamkniętości kończąc – mają wymiar społeczny. A Kościół przesiąknięty złem musi odpychać. Druga narracja podkreśla, że choć przypadki zła w Kościele realnie się zdarzają, mamy do czynienia z wielką manipulacją. Wpływowe media kreują niesprawiedliwy wizerunek Kościoła, nagłaśniając tylko kościelne zło lub same podejrzenia jego wystąpienia. Dlatego ludzie dystansują się wobec Kościoła, nie znają bowiem jego prawdziwego oblicza i dobra, które się w nim dzieje.

Nie należy lekceważyć żadnej z tych opinii. Z jednej strony jest faktem, że ostatnio ujawniono dobrze potwierdzone informacje o moralnie przerażających czynach niektórych duchownych. Być może ich ukrywanie miało zmniejszyć falę zgorszenia; w rzeczywistości jednak doprowadziło do jej powiększenia: zło ukrywane gorszy podwójnie. Z drugiej strony trzeba być naiwnym, by nie dostrzegać, że wiele mediów tak konstruuje swą narrację, by obrzydzić Kościół. Gdyby przybyli do nas Marsjanie i przejrzeli część wpływowych gazet, pomyśleliby, że Kościół to jakaś organizacja przestępcza. Rzecz w tym, że sporo młodych ludzi ma dziś właśnie mentalność Marsjan.

Nie lekceważąc obu opinii, muszę wskazać na ich ograniczenia. Tym bardziej że choć są one diametralnie różne, ograniczenia, którym podlegają, są takie same. Pierwsze ma charakter historyczny, drugie – zdroworozsądkowy.

Ograniczenie historyczne opiera się na naszej wiedzy z historii Kościoła. A mówi ona i to, że zło istniało w Kościele nawet w czasach jego duchowej i misyjnej świetności; i to, że Kościół znakomicie się rozwijał, gdy był oczerniany i prześladowany. Ani wewnętrzne zło, ani zewnętrzna nieżyczliwość nie muszą więc prowadzić do kryzysu. Z kolei aby uświadomić sobie ograniczenie zdroworozsądkowe, puśćmy na chwilę wodze fantazji. Wyobraźmy sobie, że w Kościele nie ma żadnych skandali, a wszyscy ludzie Kościoła zachowują się przykładnie. Czy automatycznie spowodowałoby to radykalny wzrost religijności? Wątpię. Podobnie będzie, gdy – nawiązując do drugiej opinii – wyobrazimy sobie nasz kraj, w którym Kościół ma tylko dobrą prasę i nikt nie pisze o nim nic złego. Może wtedy nie byłoby nastrojów antykościelnych, jednak raczej nie przerodziłyby się one natychmiast w żywą wiarę.

Jak widać, obie hipotezy – hipoteza wewnętrznych grzeszników oraz hipoteza zewnętrznych wrogów – podają tylko częściowe wyjaśnienie kryzysu Kościoła. Gdzie więc leży jego główna przyczyna?

Sprawa jest skomplikowana i wymaga odrębnych analiz. Gdybym miał jednak odpowiedzieć na powyższe pytanie krótko, powiedziałbym: przyczyną jest po prostu to, że coraz więcej ludzi nie chce być chrześcijanami. A nie chcą być chrześcijanami dlatego, że chrześcijaństwo jest trudne. Co więcej, jego praktykowanie dziś jest trudniejsze niż dawniej.

Mówiąc, że chrześcijaństwo jest trudne, nie neguję tego, że jego przesłanie jest wspaniałe i pociągające. Nie twierdzę też, że ludzie, którzy w naszym kręgu kulturowym nie wybrali chrześcijaństwa, są gorsi. Chcę tylko powiedzieć, że życie chrześcijańskie wymaga specjalnego nastawienia. Wymaga otwartości na nadprzyrodzoność – a współczesna wiedza i kultura bombardują nas tym, co przyrodzone. Wymaga zaparcia się samego siebie, by służyć Chrystusowi w najmniejszych – a ideałem naszego świata jest konsumpcja.

Chrześcijaństwo zawsze było trudne. I dlatego ludzie żyli w Kościele lub w jego okolicach. Wiedzieli bowiem, że pomimo grzechów i ułomności pasterzy Kościoła można w nim usłyszeć, choćby przygłuszony ludzkimi niedoskonałościami, głos Boga. Głos, który przemienia i skierowuje nas do tego, co w górze. Można też spotkać w Kościele tych, którzy naprawdę przejęli się tym głosem i świętością swego życia dali nam przykład i wsparcie.

Dziś wielu ludzi nie chce lub nie potrafi wspólnotowo wsłuchiwać się w głos Boga. Jeśli dopuszczają jakiś rodzaj duchowości, to jest ona raczej zindywidualizowana, spontaniczna i przypadkowa. Taka duchowość nie oprze się jednak silnym pokusom zejścia na łatwiznę. Dlatego ci, którzy nie dają szansy Kościołowi, nie dają szansy samym sobie.

 

« 1 »

Jacek Wojtysiak

profesor filozofii, kierownik Katedry Teorii Poznania  Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Prywatnie: mąż Małgorzaty oraz ojciec Jonasza i Samuela. Sympatyk ruchów duchowości małżeńskiej i rodzinnej.  

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji