Nowy numer 2/2021 Archiwum

Jak przeżyć Mszę w telewizji?

O tym, jak respektowanie ograniczeń pandemicznych wiąże się z przykazaniem miłości Boga i bliźniego, i o tym, czy transmisja Mszy św. przeżywana przed komputerem lub telewizorem jest prawdziwa, mówi ks. prof. Wiesław Przyczyna.

Joanna Jureczko-Wilk: Jesień przypomina wiosnę: strach przed wirusem, nakazy i ograniczenia, także w kościołach. Niektórym trudno te ostatnie zrozumieć, bo przecież do kogo jak nie do Boga mamy się w czasie pandemii uciekać.
Ks. prof. Wiesław Przyczyna: Chrześcijaństwo opiera się na dwóch przykazaniach: miłości Boga i bliźniego. Przykazania te są ze sobą nierozerwalnie złączone, o czym pisze nam w swoim liście św. Jan Ewangelista. Oznacza to, że kto miłuje Boga, miłuje też człowieka, kto kocha człowieka, kocha też Boga. Mówiąc konkretnie, kto w niedzielę nie idzie do kościoła, bo jest przeziębiony, daje dowód swojej miłości Bogu, a kto przyjmuje Komunię na rękę, okazuje swoją miłość człowiekowi.

Jeśli jesteśmy chorzy, w izolacji albo kwarantannie sprawa jest jasna: nie możemy być na niedzielnej Eucharystii z przyczyn obiektywnych. Ale gdy nie idziemy do kościoła, bo boimy się koronawirusa albo nie chcemy narażać bliskich, mamy grzech?

Jeśli w niedzielę lub święto nie idziemy do kościoła, bo boimy się zarażenia siebie lub swoich bliskich, nie mamy grzechu. Jeśli korzystamy z dyspensy zwalniającej nas z niedzielnego obowiązku uczestnictwa we Mszy, ponieważ się boimy, również nie mamy grzechu. Ale może zdarzyć się tak, że ktoś w czasie pandemii chodzi na zakupy, spotyka się z przyjaciółmi, odwiedza restauracje, puby, natomiast w niedzielę czy święta nie idzie do kościoła, ponieważ się boi, to musi sam przed sobą rozsądzić, czy popełnił grzech, czy nie. Tego nie zrobi za niego nikt z zewnątrz, nawet spowiednik. W teologii moralnej obowiązuje zasada: o tym, czy jest grzech, czy nie, każdy rozstrzyga we własnym sumieniu.

Wielu biskupów udzieliło wiernym dyspensy od niedzielnej Eucharystii, zachęcając do korzystania z transmisji. Czy Msza św. przeżywana przed komputerem czy telewizorem jest prawdziwa, czy to jakiś substytut?

W badaniach nad telewizją istnieje nurt nazywany imagologią. Przedstawiciele tego nurtu twierdzą, że obraz elektroniczny ma się nijak do rzeczywistości, którą przedstawia. Wynika z tego, że podczas telewizyjnej lub internetowej transmisji mamy na ekranie telewizora lub komputera jedynie elektroniczny obraz Mszy, wykreowany przez nadawcę. Inni badacze tego nurtu idą jeszcze dalej i uważają, że podczas transmisji na ekranie widzimy nie obraz, lecz kopię obrazu, ponieważ z obrazem mamy do czynienia wtedy, gdy uczestniczymy w Eucharystii w sposób fizyczny. Oznacza to, że Msza transmitowana przez telewizję lub internet nie jest tożsama z Eucharystią sprawowaną we wspólnocie. Podczas transmisji bowiem mamy do czynienia z elektronicznym zapisem i przekazem zewnętrznego wymiaru Eucharystii, a nie z jej misterium. Dlatego nieżyjący już arcybiskup Paryża kard. Jean-Marie Lustiger powiedział kiedyś, że Eucharystia na ekranie jest wielkim oszustwem, ponieważ w swej istocie jest ona ofiarą i ucztą. Przez telewizor nie da się w niej uczestniczyć ani zjeść konsekrowanej Hostii. Jeśli więc transmisja nie zastępuje Eucharystii, to ten, kto z niej nie skorzystał, nie zaciąga z tego powodu winy moralnej.

Jeśli nie ma tożsamości między Eucharystią celebrowaną w kościele a tą, do której mamy dostęp na ekranie telewizora, to czemu ma służyć jej transmitowanie i oglądanie?

Oglądanie transmisji Mszy ma sens, nawet gdy nie jest to Eucharystia, lecz jej elektroniczny obraz. Dzięki niej osoby, które z obiektywnych racji nie mogą być w kościele, mają możliwość duchowego zjednoczenia w realnym czasie z Eucharystią celebrowaną w kościele. Transmisja jest też swego rodzaju zaproszeniem tych, którzy zostali w domach, do wspólnej modlitwy z tymi, którzy zgromadzili się na Eucharystii. Co więcej, teolodzy uważają, że oglądając z wiarą i pobożnością nawet elektroniczny obraz celebracji ofiary Chrystusa, mogę się z Nim jednoczyć, składając Bogu ofiarę w głębi swego serca. Oczywiście transmisja nie dokonuje sakramentalnego uobecnienia Chrystusa, bo to może się dokonać tylko podczas samej Eucharystii, ale daje wierzącym szansę duchowego w niej udziału. I wreszcie pobożne przeżywanie transmisji Mszy w domu może być aktem chrześcijańskiego świadectwa wiary w Eucharystię, zwłaszcza wobec domowników.

A przyjęta w tym czasie Komunia duchowa?

Komunia duchowa jest to pragnienie przyjęcia do serca Pana Jezusa obecnego w Eucharystii. Polega ona na wyrażeniu chęci zjednoczenia się z Nim myślą i sercem. Jest dostępna wszystkim, którzy są w stanie łaski uświęcającej. Można ją przyjmować podczas transmisji Mszy lub poza nią. W pierwszym wypadku Komunię duchową przyjmuje się wtedy, gdy w kościele, z którego transmituje się Mszę, rozdzielana jest Komunia sakramentalna. W drugim przypadku przyjęcie Komunii duchowej powinno być poprzedzone aktem żalu za grzechy. Dobrze jest też w ramach przygotowania odmówić modlitwę „Ojcze nasz” i „Baranku Boży”, a potem odprawić dziękczynienie.

Jak dobrze przeżyć Mszę św. w domu?

Przeżywanie transmisji Mszy zależy w dużej mierze od wrażliwości odbiorców. Większość z nich zachowuje się tak, jakby była na Mszy w kościele: odpowiada na wezwanie celebransa, wykonuje przypisane gesty, przyjmuje wymagane postawy ciała, włącza się w śpiew pieśni. Inni natomiast zasiadają w fotelu i ze skupieniem śledzą na ekranie przekazywane treści. W obydwu przypadkach jednak istotne jest intencjonalne złączenie się ze wspólnotą, w której jest celebrowana Msza. Pomocą w przeżywaniu transmisji może być katolicka teologia obrazu. Według niej cześć oddawana wizerunkowi przenosi się na osobę, którą ten obraz przedstawia. Oznacza to, że modląc się przed obrazem, modlimy się nie do obrazu, lecz do osoby, którą obraz przedstawia. Podobnie ma się rzecz z obrazem elektronicznym. Klękając podczas transmisji Mszy, nie klękamy przed telewizorem lub komputerem, lecz przed Chrystusem obecnym w celebrowanej w innym miejscu Eucharystii. Msza bowiem nie odprawia się w telewizorze lub w komputerze, lecz poza nimi w konkretnej wspólnocie. Najważniejsze w owocnym przeżyciu transmisji jest wzbudzenie intencji, duchowe zjednoczenie z modlącym się Kościołem i pragnienie Komunii duchowej.

Ostatnie miesiące to korepetycje z teologii: przypomnienie tego, że Bóg nie jest ograniczony w swym działaniu do sakramentów, uczenie się żalu doskonałego, przyjmowania Komunii w sposób duchowy.

Co więcej, pandemia uświadomiła nam, że w duszpasterstwie nie wszystko muszą robić księża. Po raz pierwszy w ubiegłą Wielkanoc wierni świeccy sami błogosławili pokarmy na stół świąteczny. Być może w okresie najbliższej kolędy sami też będą błogosławić własne domy i mieszkania oraz modlić się o Boże błogosławieństwo w nowym roku. Pandemia stała się też wyzwaniem dla duszpasterzy. Widząc puste kościoły, zaczęli szukać nowych dróg dotarcia z posługą do swoich parafian. Dla przykładu można tu wymienić transmitowanie Mszy z parafialnych kościołów, spotykanie się z parafianami za pośrednictwem internetu, zamieszczanie na stronach parafii różnego rodzaju rekolekcji, rozważań, modlitw. Jesteśmy być może świadkami tworzenia się „elektronicznego Kościoła” i „elektronicznych wspólnot”…

Pamiętam radość pierwszej Mszy św. w kościele po wiosennym zamknięciu. Ale niektórzy do kościoła nie wrócili. Epidemia obnażyła naszą wiarę.

Chyba nie jest jeszcze tak źle. Pokazują to wrześniowe badania CBOS. Wynika z nich, że katolicy przed pandemią praktykujący regularnie (w każdą niedzielę) i mniej regularnie (jeden, dwa razy w miesiącu), w zdecydowanej większości (odpowiednio: 86 i 73 proc.) powrócili do kościołów po majowym zawieszeniu ograniczeń liczby osób obecnych na nabożeństwach. Trochę inaczej wygląda sytuacja katolików, którzy praktykują kilka razy w roku, z okazji świąt lub uroczystości rodzinnych. Z badań wynika, że 44 proc. z nich po zawieszeniu restrykcji ani razu nie było w kościele na żadnym nabożeństwie. Jest więc wielce prawdopodobne, że duży odsetek tych katolików nie wróci do swoich praktyk, bo ich wiara jest słaba, a pandemia jeszcze bardziej ją osłabiła.•

Ks. prof. Wiesław Przyczyna

dyrektor Instytutu Liturgicznego Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie i przewodniczący Stowarzyszenia Homiletów Polskich.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama