Nowy numer 3/2021 Archiwum

Pięć minut chryzantemy

Kwiat jest uśmiechem rośliny – cytują pisarza Petera Hille. Na co dzień uśmiechają się nie do kwiatów, ale do siebie. – Bo ta praca to stres – mówią Oliwia i Krzysztof Kozowie.

Od 20 lat jesteśmy razem i to jest nasza radość – podkreśla Oliwia Kulisz-Koza. Z mężem, bratem Jakubem i jego żoną na ponad 5 tysiącach metrów kwadratowych prowadzi w Lublińcu rodzinną firmę Gospodarstwo Ogrodnicze Krzysztof Koza i Jakub Kulisz. Jest w niej prawą ręką męża, a dodatkowo uczy w szkole podstawowej angielskiego. – Rynek kwiatowy jest nieprzewidywalny, nie da się obliczyć, ile roślin warto wyprodukować, żeby był na nie popyt. O sprzedaży chryzantem, które hodujemy przez cztery miesiące, decyduje pięć dni przed 1 listopada – podkreśla. W tym czasie, patrząc na doniczki, nie nuci piosenki „Chryzantemy złociste”, ale stara się ocenić sytuację realistycznie i przeżywa stres. – Choć zawsze powtarzam mężowi, że najważniejsze, że jesteśmy razem, kochamy się i możemy na siebie liczyć, to przecież wtedy się denerwujemy. I on, i ja.

Powrót do szklarni

Nerwy puściły im tuż przed tegoroczną uroczystością Wszystkich Świętych. Od 18 lat sprzedają na Śląsku kwiaty i mają dobrze wypracowaną strategię działania. Wtedy ma swoje wielkie pięć minut chryzantema. Uprawiają wielkokwiatową, która ma mniejszą konkurencję i którą łatwiej sprzedać, no i popularną drobnokwiatową. – Wielkokwiatowa, która ma takie duże kule z płatków, jest delikatniejsza niż drobnokwiatowa – wyjaśnia pani Oliwia. – Od lat sadzimy ją tylko w jednej nawie jednego z obiektów, resztę zajmuje popularna chryzantema drobnokwiatowa.

W tym roku spakowali na sprzedaż około 10 tys. wielkich i drobnych chryzantem. Pani Oliwia ma zasadę, że dwa dni przed rozpoczęciem handlowania musi mieć wszystkie kwiaty przygotowane. I tak było tym razem. Teraz z mężem i synami zajmują się ich rozpakowywaniem. – Po prostu zostaliśmy z towarem – mówią. Przez cały rok opłacają swoje stoiska handlowe na dwóch ważnych w regionie giełdach kwiatowych – w Częstochowie i Tychach. Zimą z nich nie korzystają, bo nie sprzedają gwiazdy betlejemskiej, ale dobrze wiedzą, że gdyby z nich zrezygnowali, to ktoś natychmiast je wykupi. A poza tym odbiorcy hurtowi już się przyzwyczaili i wiedzą, gdzie mogą ich znaleźć.

W Częstochowie mają swoje stanowisko w tzw. pierwszej lidze, czyli w dobrym miejscu, gdzie zagląda wielu kupujących. – W gorącym okresie pod koniec października giełdy są czynne codziennie przez całą dobę, nie tak jak zwykle, dwa razy w tygodniu. Mąż jeździł tam sprzedawać kwiaty już dwa tygodnie przed 1 listopada. W tygodniu poprzedzającym święto pohandlował z wtorku na środę i następnego dnia. W piątek na giełdzie w Tychach kupujący powybierali sobie od nas towar, ale kiedy o 15.30 ogłoszono decyzję premiera, niczego nie kupili – opowiada pani Oliwia. Zaraz po Wszystkich Świętych pojechali z kwiatami pod cmentarze, ale nie było ruchu. Żeby zrekompensować swoją włożoną w hodowlę pracę, powinni na giełdzie sprzedać wielkokwiatówkę za 20 zł, a drobnokwiatówkę, którą handlują przy cmentarzach, trochę taniej. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa obiecała, że za tę kwotę wykupi kwiaty od producentów i handlujących. Teraz trzeba przenieść doniczki z wózków na stoły do szklarni, wypełnić formularz i do 16 listopada trzymać rozwinięte, bo żaden kwiat nie może przekwitnąć.

Wielkie i drobne

– Produkcja kwiatów to biznes, ale z mężem lubimy to, co robimy – opowiada pani Oliwia. – Nieraz mu mówiłam, że jak mam w szkole jakieś problemy z uczniami, tutaj biorę oddech – dodaje. W roku pandemii trudno jej było go tu złapać. Choć do pracy ogrodniczej jest przyzwyczajona od dzieciństwa, bo gospodarstwo Kozowie przejęli po jej rodzicach – Helenie i Józefie. – Najpierw hodowali pomidory. Miałam 16 lat, kiedy mama zdecydowała się na kwiaty rabatowe. Brat skończył Akademię Ekonomiczną, ja anglistykę, ale cały czas pomagaliśmy rodzicom w pracy. Oni też do dzisiaj służą nam pomocą, choć już są wiekowi. Mama prowadzi księgowość, tata podlewa kwiaty – opowiada. Niektóre obowiązki przejmują też synowie – 18-letni Oskar i 12-letni Kacper. Uważają to za swoją niepisaną powinność, obserwując, jak dużo zajęć mają rodzice.

– Mamy produkcję sezonową – mówi pani Oliwia. – Wczesną wiosną przychodzi tzw. rabatówka i pierwszy kwiat używany na rabatach – bratek. Potem wchodzą rośliny balkonowe – studentki, petunia, begonia bulwiasta, begonia semper flore, pelargonia – wisząca, stojąca. Co roku producenci sadzonek modyfikują geny i wymyślają coś nowego, co zaciekawi odbiorcę, więc jest w czym wybierać. Kiedy kończy się rabatówka, rozkładamy chryzantemy – wyjaśnia. Ich uprawa rozpoczyna się zwykle 15 maja każdego roku. Wtedy hodowcy odbierają sadzonki od producentów i sadzą w szklarniach. W 180-metrowym tunelu zwykle rośnie około 900 chryzantem. – Sama produkcja to nie tylko żmudna praca, ale i przygoda – podkreśla. – Każdą sztukę wkładamy do doniczki tzw. dziesiątki – o średnicy 10 cm. Ważne, żeby małej sadzonki nie przesadzić do dużej doniczki, bo wtedy nie będzie rozwijać się roślina nad ziemią, ale jej system korzeniowy. Po miesiącu przesadzamy je do doniczek o średnicy 17, 19 i 21 cm. Jeśli chce pani mieć dorodniejszy kwiat, to musi pani wsadzić do doniczki trzy sadzonki. Jeśli mniejszy – jedną. Im prędzej się je zasadzi, tym większy będzie kwiat, bo ma więcej czasu na rośnięcie – tłumaczy.

Po latach doświadczeń i obserwacji Kozowie wielkokwiatówkę kupują około 20 czerwca, a drobnokwiatówkę nawet 20 lipca, bo rośnie duża i zajmuje tyle miejsca, że staje się nieopłacalna. – Jeśli posadzimy ją 15 czerwca, to doniczkę mamy zarośniętą w lipcu i trudno zahamować jej wzrost, a sprzedaje się wyłącznie chryzantema niska i krępa. Kilka lat temu był boom na wielkie chryzantemy, ale minął, bo klienci wolą średniej wielkości, żeby zmieścić jeszcze inne kwiaty i znicze. Każdy chce dać coś od serca zmarłemu – mówi. Do tzw. skarlania, czyli zmniejszania objętości kwiatu, używają środków zapobiegawczych – zarejestrowanych preparatów, których lista zmienia się co roku. – My, ogrodnicy, rozmawiamy ze sobą, jeden drugiemu podpowiada, jakich użyć preparatów służących do skarlania czy chroniących przed szkodnikami. Pielęgnacją, wzrostem i ochroną zajmuje się mój mąż. Dwa razy w tygodniu musi spryskać chryzantemy preparatem przeciwgrzybiczym, bo gołym okiem nie jesteśmy w stanie uchwycić, że roślina może być zaatakowana. To czasem kwestia jednej nocy, dlatego profilaktycznie trzeba ten zabieg wykonywać tak często. Ja mogę nasze roślinki posadzić, rozłożyć, doglądać, a on zajmuje się resztą.

Twarz kwiatu

Czuwanie nad chryzantemami trwa całe cztery i pół miesiąca od posadzenia. W czasie ich wzrostu pani Oliwia „uszczykuje” górę każdej sadzonki i wtedy z jednej wychodzą trzy albo cztery pędy. Kiedy na początku września osiągają długość od 30 do 40 cm, wytwarzają dodatkowo dziewięć pędów, które wypuszczają jeszcze boczne. – Żeby uzyskać wielki kwiat, muszę usunąć wszystkie boczne pędy w każdej łodydze – mówi. – Mamy szczęście, że kupiliśmy długie na trzy tysiące metrów stoły zalewowe. Dzięki nim nie musimy zatrudniać pracowników do podlewania roślin. Stoły ze stojącymi na nich doniczkami są zasilane wodą z umieszczonego pod ziemią zbiornika z pompą. Tłoczy wodę, która płynie rurkami i wylewa się na blaty – opowiada. Wystarczy tylko, że pani Oliwia włączy program w obsługującym transport wody komputerze. – Kiedy stół się wystarczająco zaleje, woda automatycznie powraca do obiegu – wyjaśnia. – Gdy sadzonki są malutkie, podlewamy je od góry wodą z węży, ostrożnie, żeby ich nie zalać. Ale gdy robią się większe, woda jest wylewana na stoły. System korzeniowy każdej rośliny jest już wtedy dostatecznie wykształcony i przez dziurkę w doniczce może pobierać potrzebną ilość wody. Bardzo ważna jest ta dziurka w dnie donicy, bo wtedy do jej wnętrza dochodzi powietrze i korzeń nie obumiera.

Stoły zalewowe wykorzystują też do podlewania nawozami. – Nasze kwiaty podlewam z rana, wystarczy, że robię to o ósmej, byle nie w upał, bo wtedy sparzyłabym roślinę. Nie robię tego też na noc, bo po takim zabiegu ziemia jest narażona na zagrzybienie – opowiada.

Ich chryzantemy mają odpowiednią do wzrostu glebę. To torf, czasem powstały z kompostu z innych wyrzuconych roślin. – Mąż miesza go z czarną ziemią, żeby nie przesychała – opowiada. – Nasza ziemia jest balsamitowana, to znaczy, że na czas dwóch tygodni przykrywamy ją czarną folią i dodajemy specjalny preparat, żeby wytruć wszystkie chwasty. Jednak nie zawsze działa to perfekcyjnie, a wtedy ja muszę chodzić między doniczkami i plewić.

Nigdy nie narzeka, że musi się przy tym naschylać, bo wie, że taka jest powinność każdego ogrodnika. Wykształcony rolniczo tata był jej pierwszym nauczycielem. Uczył, na co zwracać uwagę przy obcowaniu z wzrastającą rośliną. Bo kiedy codziennie widzi się kwiaty, to tak jakby się patrzyło w twarz człowieka. – Po Wszystkich Świętych sadzę pozostałe chryzantemy w ogródku przed oknem, bo uwielbiam coś, co cieszy oko – mówi. – Mój mąż czasem powie, że się liczy cena, a nie jakość. Wtedy go pytam: „Czy potrafisz wyprodukować brzydki kwiat?”. „No nie” – słyszę odpowiedź i dyskusja skończona. Bo przecież wiadomo, że kochamy nasze chryzantemy. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także