Nowy numer 2/2021 Archiwum

Oni patrzą

Malarstwo i street art to jego pasja i źródło utrzymania. Czy malowane na deskach stodół murale Arkadiusza Andrejkowa są tylko próbą przywrócenia tego, co przeminęło?

Poranne słońce pod koniec października potrafi zdziałać cuda. Tym bardziej w bieszczadzkim krajobrazie, w którym złota więcej jest chyba niż w skarbcach legendarnego Midasa. Czegokolwiek dotkniesz, gdziekolwiek spojrzysz... złoto. Wmieszane w górski krajobraz z czerwienią, zielenią i żółcią. Samochód krąży powoli po podkarpackich drogach w poszukiwaniu artysty, który rozpoczyna właśnie kolejne dzieło kolejnego cyklu. Jest. Przy drodze w Ustjanowej na dużej konstrukcji z drewna kończy właśnie głowę Karola Wojtyły. Na jego obrazach kolorów jesieni brak. A właściwie są tylko dwa, bo to reprodukcje czarno-białych fotografii. Arkadiusz Andrejkow schodzi z prowizorycznej ławy ze szkicem postaci w ręku. Kartka, pokratkowany obrazek, dwie, trzy puszki farby i pędzel. To wszystko. Wiem już, że potrafi się spakować do plecaka, kiedy rusza w podróż do kolejnych kawałków drewnianych ścian, aby je pomalować. W końcu jest graficiarzem.

Nie wszystek umrę

Arkadiusz Andrejkow, rocznik 1985. Absolwent Wydziału Sztuki Uniwersytetu Rzeszowskiego. Jeszcze na początku ubiegłego roku nie miał świadomości, że w ramach stypendium ministerialnego pomaluje ze trzydzieści stodół, z których powstanie „Cichy memoriał”. Tyrawa, Załuż, Haczów, Wola Komborska... wymienić je wszystkie trudno, bo internetowa mapa miejscowości w okolicach podkarpackich jest wyjątkowo zagęszczona. A przecież dotarł aż na Podlasie i tam również pozostawił swoje prace. Teraz pracuje nad nowym projektem – portretuje Karola Wojtyłę w poszczególnych stacjach papieskiego szlaku. Ledwo się słyszymy – ruchliwą drogą, przy której pracuje, przejeżdżają samochody, ciągniki, motocykle. A Arkadiusz Andrejkow mówi cicho. Skromny, zwyczajny, w odpowiedziach rzeczowy, wręcz lakoniczny. Nie przypomina stereotypu artysty, kolorowego ptaka i lekkoducha. Raczej zamyślonego intelektualistę, który ma plan. Trzyma się go konsekwentnie. A tym planem jest utrwalenie przemijających. Odwraca historię. Kiedyś ludzi portretowano farbami, później obiektywami aparatów. On z czarno-białych fotografii maluje portrety. Na deskach, które nie są starannie wypielęgnowane, zaprawione klejami i płótnem, jakby przygotowane pod ikony. Jego materiałem są surowe, sterane wiekiem i służbą fragmenty stodół, domów, innych pomieszczeń gospodarczych... bo i nie o ikony tu chodzi. Raczej o to, co bliższe naturze człowieka niż jego wzniosłym ideałom.

– Nie żal panu poświęcać czas na pomalowanie nietrwałego materiału? – pytam zaciekawiony. Nie ja jeden zapewne, bo z wszelkich prezentacji jego twórczości widać wyraźnie, że co jak co, ale wiecznie to ona trwać nie będzie. Non omnis moriar w tym wypadku nie sprawdzi się zapewne.

– Nie – odpowiada. – I nawet jeśli widzę, że któraś z prac niszczeje, żyję bardziej tą, którą akurat tworzę – dodaje. Mądrze. Bo mieszkańcy wsi, których maluje, nie wracają na wieki wieków. Przetrwają być może kolejne pokolenie, może dwa. Ale powiedzą swoje.

Patrzą i mówią

– Wie ksiądz, jak tak chodzę po placu, to mam cały czas wrażenie, że oni na mnie patrzą – mówi Paweł Chrupek z Hoczowa. Ogromna stodoła przed jego domem, bardzo zadbana, choć stara, zamalowana jest zbiorowym portretem siedmiu postaci. Patrząc od prawej strony – dwóch księży, mężczyzna z poważnych rozmiarów wąsiskiem, dwie kobiety, legionista i jeszcze jeden mężczyzna. Gospodarz, były poseł Sejmu kontraktowego z 1989 roku i główny specjalista Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, opowiada o nim z dumą, ale i humorem. Zdjęcie, na podstawie którego powstał mural, pochodzi z 1918 roku. – Na tym muralu jest moja rodzina ze strony matki. Mój dziadek Władysław Turkiewicz, w mundurze legionisty. Był legionistą od 1918 do 1921 roku, został odznaczony orderem niepodległości. Dwóch księży to stryjowie mojego dziadka. On był właściwie sierotą. Matka zmarła, kiedy miał 4 lata, a ojciec rok później. Ci dwaj księża to Jan i Władysław Turkiewiczowie. I kolejny stryj, inżynier górnik. Trzeci mężczyzna, który tam jest, to mój prapradziadek. A kobiety to żona stryja dziadka i ich córka. Razem trzy pokolenia – dodaje.

– Dlaczego akurat to zdjęcie pan wybrał? – dopytuję. – Chyba dlatego, że jest najbardziej reprezentatywne, jeśli chodzi o rodzinę mojej matki. Poza tym ja wychowywałem się z dziadkiem, dlatego jest mi bliskie. Mój dziadek to był człowiek zdyscyplinowany. To nie było tak, że ja mogłem sobie na obiad przyjść o którejkolwiek godzinie. Nie było terroru, ale szacunek i wymagania. Chodziło o szacunek do pracy gospodyni. Jak nie przyszedłem o 12, to nie dostałem obiadu – wspomina, śmiejąc się.

– Trauma z dzieciństwa? – podpytuję również z humorem.

– Ależ skąd, dzisiaj to pewnie wszyscy by powiedzieli, że trauma, a dla mnie to były po prostu jasne zasady i konieczność poszanowania pracy innego człowieka – mówi z przekonaniem.

Twarze ludzi wymalowanych na stodole patrzą gdzieś w przestrzeń. Czarno-biali. Może z lekką domieszką sepii? Patrzą i patrzą. Ja też, jak Paweł Chrupek, czuję, jakby zadawali pytania. Mam wrażenie, że cały projekt Andrejkowa na tym właśnie polega. Ci z przeszłości, którzy przeminęli, wracają na krótko. Po to, żeby pytać.

Pęknięta twarz dziecka

Mural na stodole w Hoczowie jest jednym z największych i na pewno powstawał najdłużej. W przeciwieństwie do małego portretu dziewczynki z Woli Komborskiej. Trzeba się bardzo zbliżyć, by zobaczyć szczegóły. To najmniejsza z prac Andrejkowa. Nieopodal hasają alpaki – Małgorzata Jachimowska zajmuje się ich hodowlą. – Uwielbiałam to zdjęcie od dziecka – opowiada pani Małgorzata. – Zawsze byłam nim urzeczona. Ciocia znajduje się w ogrodzie makowym, choć maków na drewnalu nie widać. Ona tego muralu nie widziała, już nie podróżuje.

Bohaterka muralu ma dzisiaj ponad osiemdziesiąt lat. Pochodzi z Kielc. Na portrecie, jako pięcioletnia dziewczynka, jest w ogrodzie. Patrzy prosto przed siebie. Tu znowu spojrzenie jakby znaczy coś więcej. Im bliżej podchodzisz, tym więcej wiesz, dostrzegasz. Zbliżając się, można odnieść wrażenie, że buzia dziecka poorana jest przemijaniem desek, na których została namalowana. Pomieszanie młodości ze starością? W tym przypadku materiał, na którym powstał malunek, genialnie dopisuje historię. Twarz pęknięta jest na pół. Z czoła i policzków odchodzą drzazgi. Dobra lekcja dla każdego, kto uczy się liczyć swoje dni.

Szlakiem Karola

„Pilnujcie mi tych szlaków” – powiedział podczas swojej pierwszej pielgrzymki do ojczyzny najbardziej chyba rozpoznawalny na polskich górskich szlakach turysta. Stąd pomysł na powstanie organizacji, która pod nazwą Fundacja „Szlaki Papieskie” działa od 2003 roku. Jej siedziba znajduje się w Krakowie. – Fundacja dokumentuje i opisuje miejsca odwiedzane przez Karola Wojtyłę oraz wytycza na podstawie dokumentów trasy turystyczne, które przeszedł na terenie Polski – opowiada Urszula Własiuk, jej prezeska, autorka przewodników po górskich szlakach Karola Wojtyły. – Postanowiliśmy zrobić prezent Ojcu Świętemu na 25-lecie pontyfikatu, stąd pomysł na papieskie szlaki. „Pilnujcie mi tych szlaków” to nie była jego jedyna prośba. Kiedy indziej, wspominając o swoich wędrówkach, powiedział, że chciałby, aby takie szlaki były wyznaczone... „Żebym tak był wrośnięty w polską ziemię” – powiedział. A jeśli chodzi o Bieszczady, to... on był po wojnie chyba jednym z pierwszych turystów na tych ziemiach – dodaje Urszula Własiuk.

Jak to się stało, że w Bieszczadach szlaki te wyznaczają stacje z portretami przyszłego świętego namalowane na drewnianych tablicach przez Arkadiusza Andrejkowa? – Inicjatywa wyznaczenia papieskiego szlaku w Bieszczadach związana jest z setną rocznicą urodzin Karola Wojtyły – mówi Paweł Germański z Ustjanowej Dolnej, prezes stowarzyszenia „Ustyan”. I dodaje: – Nawiązaliśmy kontakt z Fundacją „Szlaki Papieskie” i postanowiliśmy się włączyć w ich projekt. Nasz szlak został oznaczony na istniejącym szlaku niebieskim. Zostały wymienione i odnowione drogowskazy i słupy. Użyliśmy przy tym znaków Fundacji w celu ujednolicenia.

Nie zdążyliśmy wrócić do redakcji, a poranna praca Andrejkowa znalazła się już w mediach społecznościowych. „W ramach projektu »Pilnujcie mi tych szlaków« organizowanego przez Stowarzyszenie rozwoju Ustjanowej Dolnej »­Ustyan« wykonałem dwa portrety Karola Wojtyły inspirowane fotografiami z okresu, gdy spacerował on po Beskidzie Niskim i Bieszczadach. Jeden obraz znajduje się w Teleśnicy, a drugi w Ustjanowej” – napisał na Facebooku. Wojtyła z Ustjanowej odwrócony jest tyłem, patrzy w prawo. Typowe oprawki okularów z epoki, spojrzenie intelektualisty. Inaczej niż ten w Teleśnicy, który jakby szedł, z szerokim uśmiechem, pozdrawiając kogoś podniesioną ręką. Nie wiem, jak Andrejkow to robi, ale pęknięcia pomiędzy deskami też pasują do całości. Podszedłem bliżej do Wojtyły z Teleśnicy. Szpara pomiędzy centralnie położonymi deskami tworzyła szczelinę, przez którą wyraźnie widać było niebo nad Bieszczadami. Nie muszę chyba dodawać, że była to szczelina wzdłuż serca…•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ks. Adam Pawlaszczyk

Redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego”, dyrektor Instytutu Gość Media.

Święcenia kapłańskie przyjął w 1998 r. W latach 1998-2005 pracował w duszpasterstwie parafialnym, po czym podjął posługę w Sądzie Metropolitalnym w Katowicach. W latach 2012-2014 był kanclerzem Kurii Metropolitalnej w Katowicach. Od 1 lutego 2014 r. pełnił funkcję oficjała Sądu Metropolitalnego. W 2010 r. obronił pracę doktorską na Wydziale Prawa Kanonicznego UKSW w Warszawie i uzyskał stopień naukowy doktora nauk prawnych w zakresie prawa kanonicznego. Współpracował z Wydziałem Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego i Wydziałem Duszpasterstwa Rodzin Kurii Metropolitalnej w Katowicach w ramach formacji duchownych i świeckich w zakresie kościelnego prawa małżeńskiego oraz teorii prawa kościelnego. Szczególnie zainteresowany literaturą i muzyką, autor poezji, tekstów pieśni religijnych, artykułów i felietonów, współpracował z TVP, Radiem Katowice i Radiem eM.

Więcej artykułów ks. Adama Pawlaszczyka

Zobacz także