Nowy numer 3/2021 Archiwum

Ta powieść była dla mnie nudna

O tym, jak powstawał Teatr Telewizji, i o okolicznościach, w jakich doszło do realizacji „Nocy i dni”, opowiada Jerzy Antczak.

Edward Kabiesz: Była druga połowa lat 50., a Pan nie wiedział, czym jest telewizja?

Jerzy Antczak: Tak. Nie wiedziałem. Zresztą w tym czasie byłem zajęty teatrem jako aktor, bo zostałem zaangażowany do Teatru Powszechnego prowadzonego przez znakomitą aktorkę i pedagoga Jadwigę Chojnacką. Od 1953 do 1956 r. zagrałem kilkanaście ról. To bogate doświadczenie aktorskie pomagało mi potem w reżyserii.

Jak więc doszło do założenia studia telewizyjnego w Łodzi? W jakich warunkach realizowano spektakle?

Studio telewizyjne założyła grupa kolegów ze Szkoły Filmowej. Dowiedziałem się o tym przez przypadek, kiedy z rozdziawioną gębą patrzyłem na dziwną skrzynkę z ekranem, na którym były widoczne ruchome obrazy. Stała w witrynie jednego ze sklepów. Nagle poczułem klepnięcie w ramię i Kazio Oracz, mój kolega, absolwent Szkoły Filmowej, oznajmił mi: „Jurku, założyliśmy w Łodzi telewizję. Mamy studio na 17. piętrze dawnego banku. Może byś się do nas zapisał i wymyślił jakiś dobry pomysł realizatorski”. Zgodziłem się bez wahania. Studio to był pokój około 80 m kw. oraz jedna kamera. Potężny „grzmot”, ważący ponad 300 kilogramów.

Jaki tytuł miał zapoczątkować działalność Teatru Telewizji?

Doświadczenie aktorskie podpowiedziało mi bez wahania, że w tak małym studiu potrzeba czegoś bardzo kameralnego. Na podstawie „Wielkiego Testamentu” Franciszka Villona napisałem scenariusz i wyreżyserowałem widowisko, które stało się początkiem Teatru TV w Łodzi. Od pierwszej chwili urzekła mnie magia przenoszenia obrazów na odległość. Instynkt mi podpowiedział, że jest to nowe medium, umocowane między teatrem a filmem, i można w nim dokonywać wspaniałych rzeczy.

W „Wiernej rzece” po raz pierwszy użył Pan dokrętek filmowych, co w teatrze telewizyjnym było czymś niezwykłym.

„Wierną rzekę” reżyserowałem w 1960 roku, kiedy miałem już za sobą cały szereg inscenizacji. Dokrętek filmowych użyłem, aby wyjść poza ściany studia i dać oddech temu epickiemu zamysłowi, jakim była powieść Żeromskiego. Był to początek moich narodzin jako przyszłego reżysera filmowego, czego kulminacją były „Noce i dnie”.

Równolegle pracował Pan w Teatrze Nowym, gdzie wyreżyserował m.in. „Nie igra się z miłością”. Przedstawienie cieszyło się powodzeniem. Dlaczego spektakl został zdjęty z repertuaru?

W Teatrze Nowym byłem wtedy, kiedy Kazimierz Dejmek brał rozbrat z realizmem socjalistycznym, zapoczątkowanym „Brygadą szlifierza Karhana”. Wystawił wówczas „Ciemności kryją ziemię” oraz „Święto Winkelrida”. Miałem to wielkie szczęście, że byłem jego asystentem przy obu inscenizacjach. Była to dla mnie najlepsza szkoła reżyserii, kiedy z bliska podpatrywałem jego geniusz. W 1960 roku Dejmek otrzymał stypendium artystyczne we Włoszech. Kilka dni po premierze „Wiernej rzeki” poprosił mnie do siebie dyrektor administracyjny Teatru Nowego i zapytał, czy mam pomysł na jakąś sztukę, którą można szybko przygotować. Sytuacja repertuarowa była kiepska, a frekwencja tragiczna. Zaproponowałem Musseta. Miałem przeczucie, że Dejmek się nie zgodzi, a tu Mistrz dał zielone światło. Widownia waliła drzwiami i oknami. W okolicach czterdziestego spektaklu Dejmek wrócił z Włoch i po obejrzeniu przedstawienia zdjął go z afisza! Kazimierz Dejmek był genialnym reżyserem, ale... marnym człowiekiem.

Stworzył Pan łódzki Teatr Telewizji, nazwany Teatrem Popularnym. Jakimi kryteriami kierował się Pan przy doborze repertuaru?

Dla znalezienia oblicza Teatru Popularnego wybierałem takie pozycje, które kryją elementy prawdy zdolnej zainteresować widza, np. dotyczące człowieka postawionego w sytuacji ostatecznej, która nie pozwala na dwuznaczne odpowiedzi i mgliste wyjaśnienia. Czechow, Balzak, Puszkin, Turgieniew, Niekrasow, Żeromski, Vercors... To kilku autorów, w których arcydziełach odnajdywałem przesłania dla Teatru Popularnego.

Jak doszło do realizacji „Nocy i dni”? Mówił Pan, że powieść Dąbrowskiej jest potwornie nudna.

Bo była dla mnie nudna. Jak wielu czytelników nie dorosłem do jej wielkości. W 1970 roku byliśmy z Jadzią (Jadwigą Barańską, żoną reżysera, która zagrała główną rolę w „Nocach i dniach” – przyp. red.) w Jugosławii i to ona nieomal zmusiła mnie do przeczytania tej genialnej książki. Kiedy skończyłem, doznałem uniesienia. Los dał mi w ręce kawał pięknej literatury, której dotąd nie rozumiałem. Ujrzałem ogromną szansę dla nas obojga. Dla Jadzi jako Barbary, dla mnie jako reżysera i scenarzysty. Pobiegłem do Jerzego Kawalerowicza, szefa zespołu „Kadr”, i powiedziałem, że chcę zekranizować „Noce i dnie”. Mina mu zrzedła: „To najnudniejsza książka świata... Nieprzekładalna na język filmowy. Tam nic się nie dzieje. Do »Nocy i dni« przymierzało się już kilku i każdy się poddawał!” – powiedział. Ale ja byłem jak w gorączce. Powiedziałem mu, że muszę zrobić ten film. W dwóch wersjach, jako fabułę i jako serial telewizyjny. W końcu usłyszałem, że mam napisać tak zwany długi konspekt. Był początek września 1970 roku. Miałem świadomość, że projekt filmu znajdzie wielu przeciwników. Zwłaszcza że dla każdego stało się jasne, iż w roli Barbary obsadzę Jadwigę Barańską. W końcu lutego oddałem Jerzemu Kawalerowiczowi konspekt przyszłego scenariusza, na którego podstawie mieliśmy podpisać umowę. Po tygodniu poprosił mnie na rozmowę razem z kierownikiem literackim Ryszardem Kosińskim. Niestety, konspekt ich nie zachęcił. Potwierdził nieprzekładalność książki na ekran. Widząc moją determinację, dali mi jeszcze jedną szansę, ale już po złożeniu pełnego scenariusza. Z tym, że muszę go pisać na własne ryzyko. Bez umowy. Myślałem nawet, aby się poddać. Przez kilka dni chodziłem z przetrąconym kręgosłupem. Wkrótce odzyskałem wiarę i powiedziałem sobie, że będę robił ten film.

Przyjaźnił się Pan z ks. Kazimierzem Orzechowskim. W swojej autobiograficznej książce wspomina Pan, że ksiądz dokonał „cudu”.

Kazio Orzechowski był moim kolegą ze szkoły aktorskiej w Łodzi. Byliśmy w wielkiej przyjaźni. Ale potem nasze drogi rozeszły się. On zrezygnował z aktorstwa i poszedł do seminarium. Jest rok 1994. Po 14 latach pobytu poza krajem powracam, aby wyreżyserować „Damę kameliową”. Jadzia, autorka scenariusza, wpadła na pomysł, aby księdza, który spowiada Małgorzatę, zagrał Kazio. W tym czasie szukaliśmy pieniędzy na realizację filmu o Chopinie. Przy pożegnaniu Jadzia powiedziała mu o naszych kłopotach. Kazio zrobił znak krzyża na jej czole i powiedział: „Będziecie robili ten film”. I stał się cud. W kilka dni potem dyrektor Banku Polskiego poprosiła o spotkanie i postanowiła sfinansować film „Chopin. Pragnienie miłości”!•

Jak w filmie

Jerzy Antczak waz z żoną Jadwigą Barańską wyjechał z Polski wkrótce po wielkim sukcesie „Nocy i dni”. Film obejrzało w Polsce ponad 21 milionów widzów, a w 1977 roku został nominowany do Oscara. Serial do dzisiaj często pokazywany jest w telewizji. Przez 12 lat reżyser był szefem Teatru Telewizji i autorem wielu telewizyjnych spektakli. Najnowszy, bogato ilustrowany tom wspomnień „Jak ja ich kochałem” to niezwykle barwna i jednocześnie dramatyczna opowieść o życiu autora oraz o ludziach, którzy w jakiś sposób wpisali się w jego biografię. Ludziach, których kochał. Najważniejszą z nich jest oczywiście żona. Autor rozpoczyna swoje wspomnienia obrazkami z dzieciństwa spędzonego we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie stacjonował pułk jego ojca. To właśnie lata spędzone na Wołyniu przed II wojną światową i częściowo w czasie jej trwania należą do najciekawszych partii książki. Mocno przeżył tragiczne wydarzenia związane z wkroczeniem Armii Czerwonej na Wołyń, był też świadkiem tragedii, jaka dotknęła przyjaciół rodziny zamordowanych przez Ukraińców. Rodzina Antczaka cudem uniknęła wywózki na Sybir. Ostatecznie udało się jej dotrzeć do Częstochowy. Książka szczegółowo oddaje też realia życia w Polsce pod niemiecką okupacją. Najobszerniejsze fragmenty dotyczą kariery teatralnej, telewizyjnej i filmowej reżysera w latach PRL-u. Antczak potrafi znakomicie opowiadać. Mnóstwo tu ciekawostek i mało znanych faktów, a niektóre opisane wydarzenia wydają się wprost znakomitym materiałem na filmowy scenariusz.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także