Nowy numer 2/2021 Archiwum

Kuracja historią

Świętujmy 11 Listopada. Wszyscy. Na przekór temu, co nas dzieli.

Dlaczego naszym świętem narodowym jest właśnie 11 Listopada? Bo to symboliczna data związana z odzyskaniem niepodległości po 123 latach niewoli. Wywieszamy flagi, śpiewamy hymn, oddajemy hołd tym, którzy za tę wolność oddali życie. To element polityki historycznej prowadzonej przez każde państwo. Wolny naród świętuje niepodległość, totalitarne państwo ma inne priorytety. Nie było przypadku w tym, że komuniści kazali ludziom fetować 22 Lipca, nie uznawali 11 Listopada, a wywieszanie flag 3 maja traktowali jak prowokację. To też była polityka historyczna.

Bohaterowie fałszywi i prawdziwi

Zapewne niewielu przedstawicieli pokolenia urodzonego po 1989 roku kojarzy, kim byli Hanka Sawicka, Janek Krasicki czy generał Świerczewski. A przecież ich portrety noszono na pochodach, to oni byli patronami szkół, trafiali na banknoty, bo taka była wówczas polityka historyczna. Na piedestał wynoszono zdrajców, kolaborantów albo ludzi zupełnie przypadkowych. Nic dziwnego, że żaden z nich nie przetrwał próby wolności.

– Dziś już nie neguje się faktu, że każde państwo taką politykę prowadzi. Lęki przed narzucaniem jednej, powszechnie obowiązującej, czy wręcz fałszywej wizji historii bardziej pasują do ustroju totalitarnego. W demokracji wizja polityki historycznej podlega ocenie w debacie publicznej – zauważa Paweł Ukielski, autor wydanej właśnie książki „Pamięć Polski, pamięć sąsiadów. Pamięć Europy”. Nie ma wątpliwości, że taka debata od wielu lat się u nas toczy. Dotyczy rzeczy bardzo istotnych, bo spór o kierunek transformacji jest też sporem o tożsamość. A ta nieuchronnie wiąże się ze stosunkiem do przeszłości. Pokaż mi, kogo uznajesz za bohatera, a powiem ci, kim jesteś. Najgorętszy spór toczy się dziś o ocenę antykomunistycznego powstania po 1945 roku. Są jednak daty i postaci z naszej historii, wokół których możemy się jednoczyć. Wymowy 11 Listopada i zasług ojców niepodległości nikt na szczęście nie kwestionuje.

To był przełom

Stosunek do przeszłości nie był tematem wygodnym po 1989 roku. Nie tylko ze względu na „historyczny kompromis”, jaki został zawarty z komunistami. Prof. Dariusz Gawin, jeden z twórców Muzeum Powstania Warszawskiego, przypomina, że był to czas, gdy nie tylko nad Wisłą rządzili wyznawcy teorii o końcu historii. Diagnozę Fukuyamy powszechnie uważano za trafną i ostateczną. – Rząd dusz miały środowiska niezainteresowane sięganiem do przeszłości, liberałowie wychowani w krytycznym podejściu do historii. Postkomuniści, gdy wrócili do władzy, trzymali podobny kurs, bo mieli szafy pełne trupów – przypomina prof. Gawin.

Dziś już nie pamiętamy, jak negatywne emocje wzbudziła w opiniotwórczych mediach bill- boardowa akcja „Bohaterowie naszej wolności” zainicjowana przez Kazimierza M. Ujazdowskiego, pierwszego po 1989 r. ministra kultury, który prowadził świadomą politykę historyczną. Oskarżano go o budzenie demonów i „militaryzm”. Dopiero powstanie IPN i otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego doprowadziło do przełomu. To dlatego termin „polityka historyczna” kojarzy się dziś głównie z konserwatystami, ludźmi prawicy, przywiązującymi szczególną wagę do tradycji, ciągłości, poszukiwania w przeszłości punktów odniesienia. Tymczasem – jak przypomina politolog, prof. Rafał Chwedoruk – pojęcie to wprowadzili do publicznej debaty lewicowi intelektualiści, najpierw w Ameryce, potem w Europie, na początku lat 70. ub. wieku.

Chcieliśmy być wolni

Spór o powstanie, a szerzej, cała tradycję insurekcyjną, towarzyszy nam od zakończenia II wojny światowej. Argumenty wciąż padają te same, powracają w kolejnych pokoleniach, które próbują rozwikłać odwieczny polski dylemat „bić się czy się nie bić?”. Ale powstanie to nie tylko temat sporu, to przede wszystkim wielki narodowy mit. – Za komuny był to symbol oporu wobec opresyjnej władzy, kolejne pokolenia odkryły w powstaniu mit pokazujący wierność wartościom uniwersalnym, porządkujący postmodernistyczny świat, pokazujący, gdzie jest dobro i zło – zauważa Dariusz Gawin. W ostatnich latach nawet ów odwieczny spór o sens powstania przestał być aż tak istotny, choć oczywiście nie zanikł. „Chcieliśmy być wolni i wolność sami sobie zawdzięczać” – ten cytat nad wejściem do muzeum przebił się jednak do świadomości współczesnych jako kluczowa metafora losów Polski. I w tym sensie powstanie stało się jednym z mitów jednoczących Polaków, podobnie jak rok 1920 czy Solidarność. Dynamika dramatycznych wydarzeń oglądanych dziś na polskich ulicach, eksplozja frustracji i agresji obcych naszej kulturze politycznej sprawiła, że już o tym zapomnieliśmy. A przecież 2020 to rok dwóch wielkich jubileuszy związanych z kluczowymi, radosnymi datami polskiej historii.

Może być gorzej

Obecne spory o przeszłość wydają się nam gwałtowne. Ocena II Rzeczpospolitej czy decyzji o przystąpieniu do wojny w 1939 roku – rozgrzewają media społecznościowe, a książki z kontrowersyjnymi tezami sprzedają się jak ciepłe bułeczki. Nie buduje to może wspólnoty, ale świadczy o tym, że wybory dokonywane w przeszłości wciąż mają dla nas znaczenie. Różnimy się jedynie w ich ocenie. Wkrótce może być znacznie gorzej.

– Kiedyś będziemy bardzo tęsknić do czasów, gdy spieraliśmy się o politykę historyczną – przestrzega prof. Rafał Chwedoruk. W jego opinii już dziś mamy do czynienia z zanikiem świadomości historycznej lub jej banalizacją. Tak naprawdę przebijają się jedynie tematy bardzo mocne i emocjonalne, ostro polaryzujące Polaków. Ale zdaniem politologa jeszcze poważniejszym problemem może okazać się zanik poczucia bycia wspólnotą przekraczającą nasze „tu i teraz”. Jeszcze ćwierć wieku temu lansowano definicję nowoczesnego patriotyzmu sprowadzającą się jedynie do płacenia podatków i dbałości o najbliższe otoczenie. Dziś 40 proc. młodych Polaków nawet płacenie podatków uważa za formę opresji, zaś stosunek do narodowej tożsamości i jej materialnych śladów nie łączy, a dzieli. Mogliśmy się o tym przekonać w trakcie ostatnich protestów, gdy obiektem agresji stały się świątynie i pomniki.

Na dobre i złe

Czy cywilizacyjne trzęsienie ziemi, jakie jesienią 2020 obserwujemy w polskiej przestrzeni publicznej, jest czymś wyjątkowym, skutkiem historycznego złego wychowania? Dariusz Gawin przypomina: „jesteśmy częścią Zachodu na dobre i na złe”. Fala buntu wobec tradycji, duchowego i materialnego dziedzictwa, przetacza się dziś przez cały obszar cywilizacji łacińskiej.

– Niepokojący stosunek do historii to nowe zjawisko. Szokuje gwałtowny potencjał nihilizmu, jaki został uwolniony – zauważa historyk idei. I w pewnym sensie kwestionuje proste analogie z lewicowymi ruchami XX wieku. Zwraca uwagę, że dla marksistów historia była (jednak) królową nauk. Uczyli jej po swojemu, do edukacji historycznej przywiązywali jednak dużą wagę. – Dzisiejsza lewica resetuje przeszłość, unicestwia historię, niejako wyrzuca ją do kosza – mówi D. Gawin. Niczego dobrego nie wróży taki stosunek do „nauczycielki życia”, którą, jak wiadomo, historia jest.

Budujmy wspólnotę

– W wymiarze wewnętrznym polityka historyczna powinna budować wspólnotę poprzez odwoływanie się do tych samych wartości. W wymiarze zewnętrznym ma budować obraz naszej wspólnoty w oczach innych wspólnot – przypomina Paweł Ukielski. Jakoś tak się składa, że w wymiarze wewnętrznym sukcesów ostatnio mamy jakby mniej niż za granicą. Udało nam się opowiedzieć o prawdziwej genezie i skutkach II wojny światowej przy okazji 80. rocznicy jej wybuchu. Otwieramy wystawy, staramy się przeciwstawiać próbom obsadzania Polaków w roli współsprawców zagłady Żydów. Jako państwo prowadzimy konsekwentną (zagraniczną) politykę historyczną. Gorzej jest w tym wymiarze wewnętrznym.

Z jednej strony chętniej niż jeszcze 20 lat temu uczestniczymy w narodowych świętach, z drugiej mamy coraz gwałtowniejszą polaryzację emocji. Miejsce historii zajmuje „pamięciologia”, pojawiają się konkurencyjne narracje związane z lokalnymi wydarzeniami lub indywidualnymi losami. Znów modna staje się dekonstrukcja narodowych mitów. „Białych plam” doszukiwano się ostatnio nawet w wyjątkowej na skalę światową opowieści o powstrzymaniu bolszewickiej nawały sto lat temu.

Tym bardziej, może na przekór temu, co nas dziś dzieli, świętujmy 11 Listopada, bo to data wyjątkowa. Nie kryjmy, że wolność wywalczyli dla nas wspaniali ludzie, na co dzień za sobą nie przepadający (mówiąc delikatnie).

Przeciwnie, podkreślajmy to, podobnie jak cud fenomenalnie szybkiego zintegrowania głęboko podzielonych ziem trzech zaborów. To może być skuteczna kuracja historią na nasze dzisiejsze lęki.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama