Nowy numer 49/2020 Archiwum

Pytania o miłość

W dziewiątym dniu protestów Strajkowi Kobiet udało się ściągnąć do Warszawy kilkadziesiąt tysięcy młodych osób.

Prawa człowieka są niezbywalne, a prawo do aborcji jest jednym z nich – przekonuje Anna Tomaszewska, która nad neonem „Miło Cię widzieć” na moście Gdańskim kilka godzin przed demonstracją Strajku Kobiet zawiesiła 16-metrowy baner z napisem: „Prawo do aborcji prawem człowieka”. – Człowiek ma prawo do życia, jeśli odczuwa ból i nie jest częścią organizmu kobiety i płodem – argumentuje, podkreślając, że pod petycją organizacji Akcja Demokracja w tej sprawie podpisało się już ponad 560 tys. osób.

Na pytanie, czy człowiekiem zaczyna się być dopiero po porodzie, odpowiada, że pewnie wtedy, gdy zaczyna się rozwijać mózg. Kiedy zauważam, że dzieje się to już w trzecim tygodniu ciąży, około 20. dnia życia płodowego, trochę się złości. – Ale co by pan powiedział matce dziecka, które ma 300 napadów padaczki dziennie? Mamy dość kompromisów. Tylko matka może decydować, czy chce urodzić. Posłowie muszą zalegalizować aborcję.

Osobista sprawa

Organizatorzy marszu Na Warszawę chcą całkowitej swobody dokonywania aborcji na życzenie. Indywidualni uczestnicy protestu są jednak mniej radykalni.

– Mimo że sama uważam życie za święte, zdaję sobie także sprawę z tego, że żyjemy wśród innych, którzy mogą nie podzielać naszego systemu wartości. Ale to hasło: „Aborcja prawem człowieka” jest okropne – mówi Anna, komentując treść banera w obronie prawa do wolnego wyboru. Spaceruje nad Wisłą z dwiema wnuczkami Elą i Krysią. Spotykam ją na kilka godzin przed marszem, zwołanym na 17.00 przez Strajk Kobiet. – Myślę, że tę sprawę trzeba było zostawić tak, jak była uregulowana w 1993 roku.

Wieczorem przed kościołem z figurą „Sursum corda” modli się kilkudziesięcioosobowa grupa obrońców świątyni. Przed nimi zwarty kordon żandarmerii wojskowej. Gdy demonstracja z pl. Zamkowego przechodzi pod Sejm, z głośników słychać nagrany płacz noworodka. Maszerujący 20-, 30-latkowie odpowiadają skandowaniem: „Aborcja wszędzie: była jest i będzie!” i „Myślę, czuję, decyduję”.

Olga i Kuba, małżeństwo z czteroletnim stażem, przyszli na protest z 2-letnim synkiem w wózku. – Aborcja nie powinna być na pstryknięcie palcami, ale to zbyt osobista sprawa, by decydowali o tym politycy. Bóg po to oddał kobiecie czas 9 miesięcy ciąży, by to ona podjęła decyzję o urodzeniu lub nie – przekonują, rzucając na odchodne, że nie są wojującymi ateistami, ale też nie można powiedzieć, że wierzą. – Choć jesteśmy zwolennikami papieża Franciszka – dodają.

Nie słuchając papieża

Basia, Martyna i Ola przyjechały z Kalisza, miasta, w którym w 1997 r. najgłośniej zabrzmiał głos Jana Pawła II o nieskończonej wartości każdej ludzkiej istoty; o tym, że prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, ale jest najbardziej podstawowym prawem człowieka, i o tym, że cywilizacja, która zezwala na aborcję, zasługuje na miano barbarzyńskiej. „Jeżeli matce wolno zabić własne dziecko, cóż może powstrzymać ciebie i mnie, byśmy się nawzajem nie pozabijali? Jedynym, który ma prawo odebrać życie, jest Ten, który je stworzył” – wołał papież przed sanktuarium św. Józefa.

Trzy dziewczyny, które przysiadły na murku przy Dworcu Centralnym, nie słyszały słów papieża Polaka. Są za młode. Dwie 20-latki i 18-latka wsiadły rano do pociągu z czarną foliową torbą, w której schowały trzy tektury z hasłami na marsz organizowany przez Strajk Kobiet. – Dlaczego facet, który nie ma żony ani dzieci, nie musiał wspierać nikogo niepełnosprawnego, ma mi mówić, jak żyć? Nawet teraz do nas nie wyjdzie – złości się Basia, która napisała: „Było kobiet nie wk…ć”. – A przecież zarodek to nie człowiek – twierdzi z przekonaniem.

– To kiedy zaczyna być człowiekiem? – dopytuję.

– Tego nikt nie wie. To matka powinna decydować.

Sama jest pełna obaw o przyszłość: o maturę, o przyszłą pracę, o zdrowie i to, czy będzie w stanie się utrzymać. Nie chce rodzić dzieci. A na pewno nie w Polsce.

Ola (studiuje na politechnice) nie wie, czy sama zdecydowałaby się kiedyś na aborcję. – Ale przecież potem te dzieciaki trafiają do domów dziecka albo wyrzucane są po urodzeniu na śmietnik – mówi. Zna taką sytuację. – Jestem młoda i chciałabym mieć pewność, że jak zajdę w ciążę, będę miała wybór. Wiem, jakie to ciężkie wychowywać niepełnosprawne dziecko… A rządzącym łatwiej wydać 70 mln na telewizję niż na pomoc tym rodzinom – ma pretensje. Na kartonie napisała do wicepremiera, że skoro ukradł już Księżyc, to niech się tam wyniesie. Wulgarnie.

Nie jesteśmy za zabijaniem…

Wszystkie są ubrane na czarno. Każda ma dwójkę rodzeństwa. Basia – przybraną siostrę, którą rodzice adoptowali. Martyna popija karmelowe cappuccino ze Starbucksa. – Nikt z nas nie jest za zabijaniem. Ale rząd zajmuje się naszymi macicami, a ja przed chwilą widziałam dwóch mężczyzn śpiących na zimnie, na ławkach. Niech nimi się zajmą najpierw. Moralności nie da się nakazać – przekonuje studentka filologii polskiej. Mówi, że nie wierzy w Kościół, ale w Boga, który się nią opiekuje i stworzył świat. Wszystkie trzy złoszczą się na księży, którzy „tyle mówią o przykazaniach, a sami żyją, jak chcą”. Martyna na swoim kartonie przerobiła słowa z powieści „Igrzyska śmierci”: „Jarku, jeśli my spłoniemy, ty spłoniesz razem z nami”. Pod hasłem domalowała języki piekielnego ognia, który ma symbolizować stan, w którym po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego znalazły się polskie kobiety.

Za chwilę z trzech miejsc stolicy wyruszy pochód Na Warszawę.

Nikt ich tak nie wkurzył

– Mieliśmy w tym roku wziąć ślub. Pandemia wszystko popsuła. Ale też wykorzystano ją, by pokątnie wprowadzić zakaz aborcji. Nigdy nie angażowaliśmy się w żadne demonstracje, ale teraz się wkurzyliśmy – mówią Paulina i Sebastian, których spotykam w Alejach Ujazdowskich, niedaleko Sejmu. 34-latkowie przyjechali specjalnie z Krakowa, oboje pracują w korporacjach. Na swoim kartonie Paulina napisała: „Chcę rodzić bezpiecznie, nie umierać dla idei”. – Nigdy nie ośmielilibyśmy się mówić kobietom, co mają robić. Rząd pozwolił sobie na zbyt wiele, choć przyznajemy, że aborcja nie powinna być traktowana jak środek antykoncepcyjny. Sami nie wiemy, co byśmy zrobili, gdyby okazało się, że dziecko, które planujemy, jest chore – mówią, przyznając, że rażą ich też wulgaryzmy wśród haseł protestujących.

Przekleństwa wśród haseł ktoś podsumował swoim: „Nawet weganie rzucają w was mięsem”. Ktoś inny napisał: „W Polsce warto zostać już tylko dla Krawczyka”. Jedna z kobiet szła z hasłem: „Miałam obalić butelkę wina, a muszę obalić rząd”, inna z pretensją, że rząd „oderwał ją od Netflixa”. Ale nawet w brutalnych filmach rzadko słyszy się potok takich wulgaryzmów jak wykrzykiwane przez organizatorów w kierunku polityków i działaczy pro-life.

Na rondzie Dmowskiego, który 30 października Strajk Kobiet przemianował na rondo Praw Kobiet, panuje już zupełnie piknikowa atmosfera. W małych grupkach młodzi rozsiedli się na najważniejszym skrzyżowaniu w Warszawie. Ktoś proponuje kawę i herbatę, przy Rotundzie kilkanaście osób medytuje, na Pałacu Kultury wyświetlono czerwoną błyskawicę, symbol protestów.

Szukając Hioba

Wśród uczestników marszu dostrzegam też kilka osób niepełnosprawnych. Pola urodziła się w latach 50., zanim upowszechniono odkrytą przez Hilarego Koprowskiego szczepionkę przeciw wirusowi ­Heinego-Medina, prowadzącemu do porażenia kończyn i paraliżu. – Nie jest łatwo żyć osobom niepełnosprawnym. Dlatego możliwość wyboru, czy urodzić takie dziecko, powinna istnieć. Sama bym się nie wahała – mówi, choć przyznaje, że może zmieniłaby zdanie, gdyby wsparcie rządu dla osób z takimi chorobami było większe. Jeździ na wózku – skuterze elektrycznym podarowanym przez jednego ze sportowców. Nie założyła rodziny. – Nie wiem, czy mam szczęśliwe życie – dodaje.

Spotkana kilka godzin wcześniej pani Anna ma dziewięcioro wnucząt. Najbardziej brakuje jej dziś spokojnej rzeczowej rozmowy, sporu na argumenty. Urodziła się w 1956 r., gdy w Polsce zezwolono na aborcję z tzw. przyczyn społecznych. Przez wiele lat ginęło z tego powodu co piąte dziecko. Dlatego nie popiera postulatów protestujących, ale też nie uważa, że powinno się zmuszać matki do heroizmu prawem. Nie ma wątpliwości, że każde życie jest święte, nawet obarczone chorobą. W jej bliskiej rodzinie są dzieci, które urodziły się niepełnosprawne. Jedno zmarło kilka godzin po urodzeniu. Miało nierozwinięte płuca, choć dziś może medycyna poradziłaby sobie z tym. Drugie wychowywane jest tylko przez ojca, wdowca, i od 18 lat wymaga całodobowej opieki. – Ale jest kochane bezgranicznie. Dla nas ten tata jest jak Hiob i już ma w niebie wielki plus. Bo ostatecznie z czego będziemy rozliczani po drugiej stronie, jeśli nie z miłości? – pyta, oddalając się z wnuczkami.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama