GN 48/2020 Archiwum

Dziś Vincent wyszedł po raz ostatni z zakrystii...

Tego wieczoru budzę wspomnienia sprzed 4 lat, związane z Bazyliką Notre Dame, miejscem dzisiejszego zamachu - pisze z Francji ks. Rafał Bogacki.

Kościół w którym doszło do barbarzyńskiego mordu nawiedzałem regularnie. Niemal każdego poranka, tuż przed godziną 9. Wybudowana z okazji przyłączenia Nicei do Francji w 1860 roku bazylika Notre Dame znajdowała się na drodze z przystanku tramwajowego do szkoły języka francuskiego, którą przemierzałem przez pięć dni w tygodniu, począwszy od września 2016 roku… Pamiętam atmosferę i niezakryte jeszcze twarze ludzi na ruchliwej ulicy i wewnątrz kościoła. Strach nie opuszczał mieszkańców Nicei, ani turystów. W lipcu tamtego roku, na odległej o kilka kilometrów Promenadzie Anglików, islamski terrorysta wjechał ciężarówką w tłum zabijając 87 osób.

W okolicach godziny 9, a zatem w porze dzisiejszego zamachu, bazylika nigdy nie była pusta. Zabiegani przechodnie, którzy wchodzili na kilka minut, by zapalić świeczkę przed rozpoczęciem pracy. A także stali bywalcy, spokojniejsze, podparte często o laskę panie, wierne codziennemu nawiedzeniu kościoła. Dwie z nich straciły dziś życie. Gdzieś w oddali, za ołtarzem, otwierały się co jakiś czas drzwi zakrystii. Pojawiał się w nich także Vincent. Sprawdzał czy nie brakuje świeczek, przechodził między ławkami wewnątrz kościoła. Dzisiejszego poranka wyszedł po raz ostatni. I zrobił to prawdopodobnie reagując na panikę, wywołaną atakiem. Media podają, że pełnił także funkcję strażnika w kościele. Nic dziwnego. Tuż za kościołem znajduje się dzielnica zamieszkiwana w większości przez muzułmanów.

Przechodząc avenue Jean-Médecin niemal codziennie mijałem uzbrojonych w karabiny żołnierzy z operacji Sentinelle. Chodzili zawsze czwórkami. Dawali złudne poczucie bezpieczeństwa na ruchliwym chodniku. Wydaje się, że dobór żołnierzy też był nieprzypadkowy. Nietrudno było zauważyć po rysach twarzy, że wśród patrolujących żołnierzy znajdował się niemal zawsze autochton, a także obywatele Republiki o korzeniach azjatyckich i afrykańskich. Ci ostatni, pochodzili z Maghrebu, czyli Afryki Północnej, która zamieszkiwana jest dziś w większości przez muzułmanów oraz z Sahelu – obszaru na południe od Sahary. Pierwsi o śniadej karnacji, drudzy czarnoskórzy. Nie czynię tych rozróżnień by dzielić czy kogokolwiek klasyfikować. Chcę tylko powiedzieć, że tę różnorodność w armii udało się połączyć w jeden, sensowny i sprawnie działający system. Przeciwnie niż na ulicy… W społeczeństwie próby budowania wspólnego świata tak udane już nie są. Pamiętam, że w szkole spotkałem wielu ludzi, wielu kultur. Często były to spotkania ciekawe. W pamięć szczególnie zapadła mi lekcja z okolic stycznia 2017 roku. Pytanie Caroline – lektorki, zadeklarowanej ateistki pochodzenia żydowskiego: „czy ty już spowiadasz?” wywołało ciekawość jednej z uczennic, muzułmanki. Zdarzyło mi się dość często odpowiadać na pytania religijne, a w oczach braci i sióstr ze szkolnej ławy widziałem ciekawość. Ale to tylko wspomnienie. Doświadczenie spotkania z ludźmi, którzy chcieli się uczyć języka, a więc asymilować.

Na ulicach i w życiu budowanie mostów to inna rzeczywistość, a często abstrakcja. Francja jeszcze długo będzie płacić postkolonialne długi. Przesadzę tylko trochę jeśli powiem, że wszyscy są przerażeni. Jedni próbują pokonać strach gromadząc się w ulicznych manifestacjach. Inni zaszywają się w ciszy swoich mieszkań, przygotowując się na ogłoszoną wczoraj, narodową kwarantannę. Kościoły w Nicei są pozamykane. Niewiele pomagają słowa prezydenta, wzywające do tego by nie siać paniki. Żandarmeria postawiona w stan najwyższej gotowości. Nawet w 18 wioskach, które składają się na moją parafię, wezwano na służbę żandarmów będących od lat na emeryturze. Zapukali też w moje drzwi. Jeśli dodam do tego ilość odebranych telefonów z pobliskiej brygady, to mogę z ironicznym uśmiechem powiedzieć, że czuję się „zaopiekowany”. Jak nigdy. Pikanterii dodaje fakt, że we wtorek odebrałem telefon informujący o rozciągniętym na cały kraj alercie terrorystycznym. „W mediach społecznościowych widzimy wzmożone nawoływania do agresji” – poinformował mnie żandarm wypytując o to, co dzieje się w parafii w najbliższych dniach. Nikt z nas nie przewidywał, że dwa dni później, ton i temat naszej rozmowy będą nieco inne.

Wieczór mija, a na moim biurku leży zeszłotygodniowy numer Famille chrétienne. Tego poranka nie zdążyłem dokończyć artykułu z wymownym tytułem: „Otrzymywałem pogróżki od islamistów ”. Nauczyciel historii w strefie ZEP, czyli strefie o „priorytetowej edukacji” (czyt. w dzielnicach „opanowanych” przez islam) kończy swoje świadectwo wymownym zdaniem: „Islam jest religią polityczną i stawia problem o charakterze politycznym. Nie może być rozwiązany inaczej niż przez dogłębne nawrócenie…” Problem jednak w tym, że od czternastu ponad wieków w świecie muzułmańskim nawracają się jedynie jednostki. Nie udało się nawet świętym. Franciszek i Ignacy, franciszkanie i jezuici snuli wielkie, instytucjonalne projekty. Kilku innych odważnych także…

Dwa tygodnie temu zaatakowany został nauczyciel w szkole, dziś wierni w kościele. Znawcy od problematyki arabskiej tłumaczą dogłębnie problematykę świata. Mówią w mediach mądre, lecz mało pocieszające słowa. O ataku na symbole republiki i chrześcijaństwo. A w moich uszach brzęczą słowa niedawno zasłyszanej piosenki „nie próbuj wytłumaczyć wojny…”. I mam coraz mniej złudzeń, że kończy się świat który znałem. Nie pozostaje więc nic innego, jak podtrzymywać nadzieję. Mocno nadszarpnięta, ale to ona, pomaga zasypiać i budzić się z myślą, że kolejny dzień nie przyniesie nowych, hiobowych wieści.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama