GN 48/2020 Archiwum

Żyj!

O umieraniu każdego dnia, przemienionym ciele, które doświadczy kondensacji łaski oraz zerkaniu w wieczność, mówi o. Wojciech Surówka OP.

Marcin Jakimowicz: Ojciec Wojciech Surówka umrze. Pierwsza reakcja?

O. Wojciech Surówka: Kiedy? Oby jak najszybciej… (śmiech) Ostatnio mam coraz silniejsze pragnienie tego, by Pan Jezus już w końcu przyszedł. A to jest przecież związane również z tym, że umrzemy, bo nie sądzę, by w chwili Jego przyjścia serce nie pękło nam z radości.

Jaka jest Ojca motywacja? Wielka tęsknota za paruzją czy „bo jest tak źle”?

Tęsknota za Jego przyjściem, ale za dobrze przecież też nie jest. (śmiech) Patrzę na to, co dzieje się w polskim Kościele, z jak wieloma rzeczywistościami sobie nie radzi, i myślę, że oczekiwanie interwencji Pana Jezusa jest w pełni uzasadnione. To nie jest tak, że chciałbym umrzeć, by mieć święty spokój, niech się inni martwią. Nie! To raczej wołanie, by Bóg przyszedł, zainterweniował. Rozpoznaję się w słowach św. Pawła: „Pragnę odejść, a być z Chrystusem, bo to o wiele lepsze, pozostawać zaś w ciele – to bardziej dla was konieczne”.

Święty Piotr pisał, abyśmy „starali się przyspieszyć nadejście dnia Chrystusowego”. Jak Jan Kowalski może przyspieszyć paruzję?

Przez tęsknotę, wyrażoną w wołaniu Oblubienicy, czyli Kościoła: „Marana tha!”. Tak kończy się Apokalipsa. To suma pragnień wszystkich wierzących. Gdy będziemy wołali: „Przyjdź!”, to przyjdzie…

Ojciec Jan Góra opowiadał mi: „Podszedłem do umierającego brata. »Trzymaj się« − rzuciłem, a on jęknął: »Łatwo powiedzieć«”. Wraca Ojciec właśnie od dominikanek ze Świętej Anny. Przed laty opowiadały mi, że nawet siostry mistyczki, które miały niezwykle bliską więź z Bogiem, tuż przed śmiercią zaczynały drżeć, były bezradne. Jak dzieci.

Nie jesteśmy specjalistami w umieraniu, bo umieramy tylko raz. Śmierć jest dla nas zagadką, niewiadomą. Trzeba rozgraniczyć dwie kwestie: samą śmierć i proces umierania. Myślę, że strach przed śmiercią bierze się z konfrontacji z własnym życiem, z wyrzutów sumienia, świadomości zmarnowanych łask. Wywołuje to u nas lęk przed odrzuceniem. Czy Pan Bóg nas przyjmie?

O tym, jak jest po „drugiej stronie”, mogliby opowiedzieć ci, którzy stamtąd wrócili: Jezus, młodzieniec z Nain, córka Jaira, Łazarz, Eutych…

A oni jak na złość nic nie powiedzieli… Nie wiem, co czuł umierający, pozostawiony przez Jezusa Łazarz. Czy myślał, że bierze udział w wydarzeniu prorockim? Chyba nie. Jasne, strach przed śmiercią jest czymś naturalnym, ale naturalna powinna być też tęsknota za śmiercią, za przyjściem Jezusa…

Co się z nami stało? Chrześcijanie czekali dzień po dniu. „Nie przeminie to pokolenie…”. A my? Ktoś, kto mówi o Godach Baranka, traktowany jest jak Świadek Jehowy…

Zacząłem poważniej zajmować się eschatologią po rekolekcjach, które głosiłem we Wrocławiu. Na trzy dni przygotowałem trzy tematy: piekło, czyściec, niebo. Po rekolekcjach podeszła do mnie starsza osoba i rzuciła: „Ojcze, dziękuję. Chodzę tu od czterdziestu lat i w życiu czegoś takiego nie słyszałam!”. Może rzeczywiście nie głosimy Chrystusa, który ma przyjść i zainterweniować, i zbyt często sprowadzamy chrześcijaństwo do projektu społecznego? Jezus ma nam pomóc lepiej zajmować się biednymi, dbać o ekologię…

I urządzać wielki katolicki MOPS.

To wszystko jest ważne, ale nie kluczowe! Siłą napędzającą to wszystko jest oczekiwanie przyjścia Chrystusa. Staramy się zmienić świat sposobami tego świata i chcemy, by Jezus pomagał nam wdrożyć te światowe środki. Nie! Świata nie przemienimy za pomocą narzędzi, jakie on sam oferuje.

Współczesny świat staje na głowie, by przedłużyć życie o kwadrans, a Ojciec wyjeżdża z książką o umieraniu, wieczności. Trzeba wywoływać wilka z lasu?

Trzeba. Z jednej strony obserwujemy tendencję do zapominania o wieczności, z drugiej budzenie w wiernych eschatologicznego strachu. Pojawiają się różne „proroctwa”, wizjonerzy, hasła typu: „Nigdy nie było tak źle”, teksty o dwóch papieżach…

A „Bóg przychodzi ze sprawiedliwością, a nie miłosierdziem”.

Pojawia się pytanie, kto dał ludziom mandat do wypowiadania się w ten sposób. Pamiętam gorący spór w internecie na temat mariologii między pewnym publicystą a członkami grupy modlitewnej. Publicysta był wykształcony teologicznie, jego oponenci natomiast posiadali doświadczenie religijne. Było ostro i pewnie każdy z nich miał trochę racji. Tyle że żadna ze stron nie miała mandatu Kościoła, by się na ten temat wypowiadać. Mogli dać świadectwo, jednak oni mówili, jakie jest nauczanie Kościoła na temat Maryi. Do tego potrzebna jest jeszcze misja kanoniczna. Dlatego napisałem książkę opartą na wykładni katechizmowej. Tłumaczę, jaka jest wiara Kościoła. To wiele porządkuje, a także uspokaja.

Nie ma Ojciec dość tego umierania z dnia na dzień?

Nie. Bo ja jeszcze nie obumarłem. Za dużo jest we mnie starego człowieka. Paweł, widząc mnie, złapałby się za głowę.

Kultura na słowo „śmierć” reaguje histerią, a Ojciec psuje zabawę, pisząc: „Zaakceptowanie końca, klęska stają się początkiem życia”.

Tak jest! Tak jest w Ewangelii. Inaczej ziarno nie przyniesie owocu. Często, przygotowując plany duszpasterskie czy działania ewangelizacyjne, nie planujemy tego czasu obumierania. A jest on przecież konieczny, byśmy mogli zebrać owoc. Jest świetny tekst ks. Franciszka Blachnickiego, który za swe apostolskie działania trafił po raz drugi do więzienia. Pisał: „W zasadzie już uznałem, że całe moje życie dotychczasowe kwalifikuje się do tego, aby je osądzić i »potępić« w sobie i objąć je aktem żalu. Całe to życie zasługuje na to, aby je skrytykować jako bezwartościowe – jako okres subiektywny lub okres »inspiracji oddolnej w moim życiu« (…) W podświadomości czułem się faktorem działającym w Królestwie Bożym, czułem się jakby »partnerem« Pana Boga, który przynosił i wnosił coś swojego do budowy Królestwa Bożego”. Pisał to 19 lat po nawróceniu i po 11 latach w kapłaństwie! Ileż w naszym duszpasterstwie jest działań wynikających z naturalnej skłonności do aktywizmu, „robienia rzeczy dla Boga”. Jeżeli to w nas nie obumrze, nie wyda owoców i nie pozostanie z tego kamień na kamieniu.

Ma Ojciec doświadczenie tego, że czas obumierania ziarna jest przygotowaniem na wielkie żniwo? Przez ostatni rok przygotowywał Ojciec wielotysięczne spotkanie na Lednicy. Miało być tak pięknie: telewizja, autografy, a tu wszystko się posypało…

I bardzo dobrze! To było nam: środowisku, Kościołowi w Polsce bardzo potrzebne. Oderwało nas od wpadania w samozachwyt, że jesteśmy najlepsi, najliczniejsi, najwierniejsi, a Lednica będzie trwała do końca świata i jeden dzień dłużej. Rzeczywistość oczyściła takie myślenie.

Naprawdę nie był Ojciec rozczarowany i nie szlochał w rękaw habitu: „A myśmy się spodziewali…”.

Nie było nawet maleńkiego szloszku. (śmiech) Widzę w owym „obumieraniu” mądrość prowadzenia tych dzieł przez Pana Boga. Jeśli chcemy, by przynosiły trwałe owoce, musimy sięgnąć do korzeni, zanurzyć się głębiej. A nie da się tego zrobić, gdy człowiek jest nieustannie zaangażowany w działanie. Pandemia nam pomogła, mogliśmy się zatrzymać. Zaczęliśmy na Polach Lednickich comiesięczne nocne ­adoracje. Adoracja jest każdego dnia. Prowadzimy rekolekcje zamknięte. Kierujemy wzrok na Jezusa. Jak można nie pragnąć Jego przyjścia w chwale i zanurzenia w królestwie?

Pamiętam popłoch moich dzieci, które usłyszały, że w niebie będziemy cały czas się modlić…

Warto tłumaczyć im przez miłość: chcesz być blisko z tymi, których kochasz. Poza tym nasze kategorie wieczności są z tego świata. Wszystko umiejscawiamy w nieadekwatnych do wieczności pojęciach przestrzeni i czasu.

Znam takich, których przeraża słowo „wieczność”, bo nie potrafią sobie jej wyobrazić.

Lubię patrzeć w nocne niebo, obserwować kosmos, którego krańca nie znamy. Człowiek – maleńki pyłek – może czuć się przytłoczony, a doświadczenie bezkresu może napawać go lękiem. To trochę jak w górach… Gdy wejdziesz na szczyt i ujrzysz przed sobą ogromną przestrzeń, błędnik zaczyna wariować. Musisz dać mu chwilę, by przyzwyczaił się, skupił na jakimś elemencie ekspozycji. Podobnie jest w życiu duchowym. Musimy od czasu do czasu zerkać w wieczność, by się do niej przyzwyczajać.

„Wierzę w ciała zmartwychwstanie” – recytujemy jak z nut. Ale jakiego ciała? Jak będzie ono wyglądać? Ani Maria Magdalena, ani uczniowie idący do Emaus nie rozpoznali zmartwychwstałego Jezusa…

Nasze ciała będą inne, przemienione przez łaskę. To wielki i piękny temat! Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nasze ciało jest ciałem stałym. Tymczasem widzimy, że ciało Zmartwychwstałego czy ciała niektórych świętych (np. ojca Pio) zachowywały się inaczej niż nasze. Jezus przechodził mimo drzwi zamkniętych. Nie wiemy, jak będzie wyglądało nasze ciało przy dużej kondensacji łaski. Spójrzmy na zwykłą wodę. Gdy jest zimno – jest lodem, gdy cieplej – cieczą, ale przy wysokich temperaturach zmienia się w parę. Może nawet przejść do stanu gazowego wprost z lodu. To nieudolna metafora tego, co może stać się z naszym przemienionym przez łaskę ciałem, gdy doświadczymy zmartwychwstania, czyli przejścia energii w materię.

Czy po adoracji albo uwielbieniu we wspólnocie mam prawo powiedzieć, że byłem w przedsionku nieba?

Tak, ale ze świadomością, że to jedynie jedna milionowa tego doświadczania, które będzie naszym udziałem. Jej przedsmak związany z obecnością Jezusa, Jego łaski. Niebo zahacza o nasz świat, wieczność odciska się na naszej historii. Bóg przemawiał do naszych ojców „wielokrotnie i na różne sposoby”, ale Jego ostatecznym słowem jest Jezus. To w Nim doświadczamy kumulacji łaski, błogosławieństwa i życia wiecznego. A On zechciał być stale obecny w sakramentach swego Kościoła i przez to pozwolił nam stanąć w przedsionkach nieba. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama