GN 48/2020 Archiwum

Do kapłaństwa przez zasieki

To powołanie nie od razu było oczywiste, a droga, która do niego wiodła, najeżona była wieloma trudnościami. Historia ks. Karela Skalickiego ma jednak swoje drugie dno, o którym kandydat do kapłaństwa przez długi czas nie miał pojęcia.

Pavel wyjmuje obcęgi i naciąga gumowe rękawice. Kładzie się na ziemi, przykłada obcęgi do drutu. Ciach! Przecięty drut odskakuje i przelatuje mu tuż obok twarzy. Miał szczęście, mógł go nieźle pokaleczyć. Za drugim razem robi to ostrożniej. Wyciął już sporą dziurę. Przechodzi przez nią, odrapując o druty swój igelitowy worek. Między barierami są jeszcze następne zasieki... Ja ze swym tobołem przeciskam się i podążam jego śladem... Następuje moment kulminacyjny, który zadecyduje o naszym zwycięstwie lub porażce. Pavel przejeżdża obcęgami po drutach elektrycznych. Żadna iskra nie przeskoczyła. Świetnie! Nie ma prądu. Pewnie gdy pada deszcz, prąd wyłączają – myślę sobie.

Na drugim brzegu rzeki

Opis tej sceny, jakby wyjętej z jakiegoś dreszczowca, rozciąga się na kolejne strony. W pewnym momencie obaj uciekinierzy stają nad brzegiem rzeki Malšy, biegnącej wzdłuż granicy czechosłowacko-austriackiej. Jest czerwiec roku 1956. Młodszy, Karel, ma wtedy 22 lata. Pavel jest starszy od niego o 10 lat. Pod nimi wysoka i rwąca woda. Nie mają innego wyjścia, jak tylko przejść przez nią w bród. „Rozbieramy się. Idę pierwszy. Wchodzę do wody. Błędny krok i zjeżdżam po pokrzywach. Pavel podaje mi z brzegu nasze toboły. Niosę je na głowie, przytrzymując lewą ręką, a prawą trzymam się gałęzi zwisającej nad rzeką. Potem wracam po moje ubranie. Dno jest pełne głazów, nierówne i źle się po nim idzie. Po raz trzeci idę po ubranie Pavla, a po raz czwarty po niego samego, żeby nie poślizgnął się na kamieniach. Po chwili stoimy na drugim brzegu rzeki, poparzeni od pokrzyw, ale szczęśliwi, że daliśmy radę i że w końcu znaleźliśmy się w Austrii”.

Przed paroma tygodniami dotarła do mnie przesyłka z Czeskich Budziejowic – świeżo opublikowana przez wydawnictwo Trinitas książka pt. „Vyznání na hraně času a věčnosti” (Zwierzenia na krawędzi czasu i wieczności), i to z niej właśnie przytoczyłem powyższe fragmenty. Stanowi ona pierwszą część autobiografii jednego z najwybitniejszych czeskich teologów, wieloletniego wykładowcy Uniwersytetu Laterańskiego. Autor, ks. prof. Karel Skalický, przez niemal cztery dekady mieszkał i pracował w Wiecznym Mieście, gdzie powstały jego najważniejsze dzieła i gdzie pełnił m.in. funkcję sekretarza prymasa Czech kard. Josefa Berana, wypędzonego z kraju przez komunistów.

Księdza Skalickiego miałem zaszczyt poznać dawno temu w Rzymie i od tej pory regularnie ze sobą korespondujemy. W 1994 r. powrócił z emigracji do Czeskich Budziejowic. W maju tego roku ukończył 86 lat, ale nadal jest bardzo aktywny. Wspomnienia, które mi przesłał, ukazują wczesny okres jego życia, począwszy od rodzinnej, niemiecko-czeskiej genealogii, przez dzieciństwo, lata szkolne i studencką młodość, aż po brawurową ucieczkę z „komunistycznego raju”.

Zaczęło się znienacka

Młody Karel rozpoczął studia na wydziale mechanizacji rolnictwa w Pradze, lecz w głębi serca marzył, by zostać wirtuozem gry na fortepianie. Któregoś dnia przyjechał na krótko do Budziejowic i kiedy stał przed witryną sklepu muzycznego, podszedł do niego nieznajomy, który zaczął z nim rozmawiać. Wypytywał najpierw o zamiłowania muzyczne, ale potem zmienił temat i wystrzelił z niespodziewanym pytaniem:

„– A o teologii nigdy pan nie myślał?

Bez chwili zastanowienia, jakby w odruchu obronnym, odpowiedziałem:

– Nie, nigdy.

Jednak w tym samym momencie, w którym to wypowiedziałem, zacząłem sobie uświadamiać, że to nieprawda, bo o tym już myślałem, nawet dwukrotnie. I nagle wiedziałem już, gdzie i kiedy o tym myślałem. Moja obrona zaczęła się kruszyć, więc powoli i z wahaniem wycedziłem z siebie:

– Właściwie tak, przyszło mi to do głowy, dwa razy, ale to nie wchodzi w rachubę.

– Dlaczego? – nalegał.

Odpowiedziałem mu na to, jakoś mimowolnie zamieniając studiowanie teologii na wybór stanu kapłańskiego:

– Nie wchodzi w rachubę, ponieważ chcę się ożenić i założyć rodzinę.

– Sądzi pan, że przyniesie to panu szczęście?

– Tak sądzę – odpowiedziałem z jakimś wymuszonym zdecydowaniem.

– Teologia też mogłaby panu dać szczęście, może nawet głębsze – nalegał.

– Być może, ale to nie wchodzi w rachubę – upierałem się przy swoim. I tak oto nasza rozmowa znalazła się w ślepej uliczce, więc po wymianie kilku grzecznościowych zwrotów pożegnaliśmy się i każdy poszedł swoją drogą”.

Znając dalsze dzieje młodego studenta, wiemy dziś, że na tym epizodzie ta znajomość nie mogła się zakończyć. W trakcie drugiego, przypadkowego (?) spotkania nieznajomy pożycza Skalickiemu niewielką książeczkę – „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza à Kempis i po raz pierwszy przedstawia mu się z imienia i nazwiska. Mówi, że nazywa się Vladimír Třebín i jest klerykiem ze zgromadzenia premonstratensów o imieniu zakonnym Pavel.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama