Nowy numer 44/2020 Archiwum

Między przeszłością a przyszłością

W tekście zatytułowanym „Między szkołą a parafią”, opublikowanym w 36 numerze „Gościa”, spróbowaliśmy dokonać pewnego podsumowania 30-letniej obecności nauczania religii/katechezy w szkole. Czy przeniesienie katechezy z salek parafialnych do klas szkolnych dało tylko dobre owoce?

Coraz częściej pojawia się dziś opinia, że szkolne lekcje religii nie miały zastąpić katechezy parafialnej, ale miały być jej dopełnieniem. Czy z perspektywy 30 lat można stwierdzić, że rzeczywiście tak jest? A może, w kontekście coraz częstszego i głośniejszego sprzeciwu wobec szkolnych lekcji religii, należy rozważyć wprowadzenie jakichś zmian? Z pewnością warto zastanawiać się nad formą katechizacji i przekazywania wiary młodemu pokoleniu, dlatego zapraszamy do rozmowy na ten temat. Oto pierwszy głos doświadczonego kapłana i katechety.

Prolog

„Pani jeszcze nie zapytała, które dzieci będą chodzić na religię, a tego pana nie ma prawa tutaj być” – to słowa ojca skierowane w obecności dzieci i pozostałych rodziców do wychowawczyni w dniu rozpoczęcia roku szkolnego w klasie pierwszej szkoły podstawowej. Konsternacja. W ułamku sekundy szuka się rozwiązania. Pierwszy pomysł – wyjmę świeżo podpisaną umowę o pracę i powiem: „Właśnie że mam prawo tu być, a pan jest tu gościem”. Bez słowa jednak zabieram teczkę i kieruję się do drzwi. Przystaję przy gniewnym ojcu i podając mu rękę, mówię z uśmiechem, jakby wbrew samemu sobie: „Bardzo mi było miło pana poznać”. Wychodzę.

Był rok 2006, a ja zrozumiałem, w jakim świecie działa Kościół, w jakiej rzeczywistości funkcjonuje katecheza/religia.

Zostawić przeszłość

Jestem z tego pokolenia, które miało religię i w salkach, i w szkole. Co było lepsze? Jako uczeń w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Na religię chodziłem, bo byłem z wierzącej rodziny, więc było to oczywiste. A to, czy odbywa się ona w ramach lekcji szkolnych, czy po lekcjach przy parafii – jaka różnica? Zapewne gdyby nie fakt, że zostałem księdzem, a tym samym katechetą, nadal nieczęsto bym o tym myślał. Jednak 18 lat kapłaństwa było równoznaczne z podejmowaniem problemu katechezy niemal stale. Przemyśleń przez te lata trochę się uzbierało…

Z sentymentem wracam myślą do religii w salkach. W chwilach frustracji spowodowanej uczeniem w szkole zdarzało mi się marzyć, by… religię ze szkoły usunięto. Ale powrotu do dawnej rzeczywistości nie ma. Uważam tak z kilku powodów.

Po pierwsze, zmienił się styl życia. My po szkole mieliśmy zwykle wolne. Dziś dzieci mają mnóstwo zajęć popołudniowo-wieczornych i na religię w salkach nie miałyby czasu. Nawet najpobożniejsi rodzice zastanawialiby się, jak wcisnąć religię między korepetycje z angielskiego a trening piłkarski. I choć przykro to stwierdzić, w takim zestawieniu lekcje religii nie mają szans. A przecież na religię w młodszych klasach często chodziło się z rodzicem. No to dziś trzeba by katechizować po 20.00. Albo w sobotę, choć też nie o dowolnej godzinie.

Po drugie, zmieniły się warunki i zaplecze. Dom katechetyczny w mojej rodzinnej parafii przypominał małą szkołę – bo przecież nią był. Obecnie dawne domy katechetyczne mają zwykle inne przeznaczenie. Te, które funkcjonują, często nie nadają się do prowadzenia w nich zajęć lekcyjnych. Nawet gdyby udało się przywrócić te obiekty do użytku edukacyjnego, należałoby się liczyć z koniecznością prawnego usankcjonowania prowadzonej w salkach katechezy. Bo organizowanie wszelkich zajęć dla dzieci i młodzieży jest z roku na rok coraz gęściej obwarowane przepisami – a to z zakresu bezpieczeństwa, a to higieny, a to strony merytorycznej. Biorąc pod uwagę fakt, że Kościół jest obecnie pod szczególną społeczną presją i obserwacją, jeśli chodzi o pracę z dziećmi, wprowadzenie regulacji i kontroli katechezy przyparafialnej byłoby tylko kwestią czasu.

Po trzecie, zmieniła się kadra. Pewnie rację ma dr Aneta Rayzacher-Majewska, że katechetami byli kiedyś często ludzie „z łapanki”. Jednak nie można im było odmówić oddania sprawie. Można było na nich liczyć podczas Mszy szkolnych, organizowania I Komunii, Różańca, spowiedzi. Bardzo często sami byli parafianami we wspólnocie, gdzie uczyli, dlatego ta więź i sposób funkcjonowania były inne. Dziś nierzadko katecheci świeccy w ogóle nie uczą na terenie swojej parafii, gonią między kilkoma szkołami w poszukiwaniu godzin, a potrzeby zaangażowania się poza lekcjami nie dostrzegają albo widząc ją, nie mogą jej sprostać. Twierdząc, że misja kanoniczna w szkole nie zobowiązuje do darmowego wykonywania dodatkowych prac w parafii, które należy odrębnie wynagradzać, dr Rayzacher-Majewska opisuje nie tyle stan faktyczny, ile zmianę sposobu myślenia i funkcjonowania wielu współczesnych katechetów. „Dodatkowe prace” są ujęte np. w statucie katechety (w części diecezji takowe funkcjonują) i nie ma tam mowy o ich wynagradzaniu. Wielu parafii nie stać na to, by takie „dodatkowe prace” wynagradzać. Tym bardziej nie stać parafii na pensje dla katechetów.

Wniosek jest dla mnie jasny – powrót do salek w wydaniu sprzed 1990 r. jest nierealny. Przeszłość należy zostawić.

Obserwować teraźniejszość

Wspomniany na początku przykry epizod to kwintesencja obecnej rzeczywistości. Co prawda dla dużej części społeczeństwa nauka religii w szkole jest wciąż do przyjęcia. Czasem wynika to z przekonania o konieczności nadawania szkole chrześcijańskich znamion, czasem z wygody, a w efekcie mamy 80–90 proc. uczniów zapisanych na te zajęcia. Jednak sprzeciw wobec katechezy w szkolnych murach jest coraz częstszy i głośniejszy.

Do głównych argumentów zwolenników obecności religii w szkole należy ewangelizacja. Mamy szansę docierać do tych, którzy w salkach pewnie nigdy by się nie pojawili – to jest bezdyskusyjne. Czy jednak nadal mamy do czynienia z katechezą? Czy jej forma rozwija i wychowuje w wierze? Śmiem wątpić. Można by to porównać z lekcją matematyki w klasie ósmej, gdzie należałoby odłożyć ćwiczenie wyrażeń algebraicznych, bo kilku uczniom trzeba tłumaczyć zasadność tabliczki mnożenia.

Często oczekuje się, że dla uczniów rzeczywiście wierzących kontestacja ze strony rówieśników jest okazją do dawania świadectwa. Bądźmy szczerzy – ile razy się to zdarza? Ci, od których tego świadectwa oczekujemy, na lekcji najczęściej są wycofani, bierni. Nie chcą „stanąć po stronie katechety”, bo byliby spaleni w oczach klasy. Katecheta sam musi być świadkiem, a tym samym stoi w nieustannej konfrontacji – wobec uczniów, wobec ich rodziców, wobec kolegów i koleżanek z grona pedagogicznego. Można myśleć idealistycznie, że taka jest jego rola: być jak Chrystus znakiem sprzeciwu. Jednak nie da się ciągle walczyć, ciągle czegoś udowadniać. Prędzej czy później wywołuje to złe skutki – wypalenie, depresję, strach, niechęć. Katecheci chcą katechizować, ale niejednokrotnie zwyczajnie nie mogą. Szeregi świeckich katechetów kurczą się. Ci zaś, którzy uczą, wszystkie siły poświęcają na szkołę, angażując się – co zrozumiałe – bardziej tam niż w parafii. Z kolei duchowni posyłani do szkoły „z automatu” (jesteś wikarym = będziesz uczyć) często szybko się zniechęcają. Lekcje tracą wówczas na jakości. Po co w takim razie posyłać do szkół księży, którzy tego nie chcą lub do takiego nauczania się nie nadają? Sprawa ma drugie dno – finansowe. Pokutuje nierozwiązany od 30 lat problem ubezpieczeń księży i tzw. funduszu kościelnego. Każdy duchowny, który nie jest zatrudniony (szkoła, uczelnia, szpital itp.), musi samodzielnie odprowadzać składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, a ściślej rzecz biorąc – ich część, bo reszta jest opłacana z funduszu kościelnego. Im więcej zatem niezatrudnionych księży, tym więcej środków musi pokryć ów nieszczęsny fundusz. W sytuacjach nierzadkiej kolizji zajęć w szkole i w parafii można liczyć tylko na dobrą wolę dyrekcji, żeby wyjść wcześniej z konferencji, bo trzeba zdążyć do konfesjonału, albo zwolnić się z konsultacji dla rodziców, bo właśnie idzie się na kolędę.

Teraźniejszość katechezy w szkole jest trudna. Trzeba ją bacznie obserwować, by wyciągać wnioski.

Kształtować przyszłość

Skoro nie ma powrotu do przeszłości, a obecna sytuacja nie napawa optymizmem, jak widzę przyszłość? Mimo wielu negatywnych spostrzeżeń jestem optymistą – prędzej czy później dojdzie do zmian, które pomogą katechizować lepiej.

Jestem zwolennikiem wariantu, który można roboczo nazwać „godzina w szkole, godzina w parafii” albo „pół na pół”. Takie propozycje pojawiają się w różnych dyskusjach i wydają się rozwiązaniem sensownym. Uczyłem już we wszystkich typach szkół i jestem pewien, że proponowany materiał z religii bez większych problemów można zrealizować w wymiarze jednej godziny lekcyjnej w tygodniu na wszystkich poziomach. To byłaby faktycznie lekcja religii – ze sprawdzaniem wiadomości, zadaniami, ocenami. Uczenie religii byłoby domeną tych katechetów (zasadniczo świeckich), którzy dobrze sobie radzą w szkolnych realiach. Druga godzina byłaby rzeczywistą katechezą, realizowaną w parafii. Zapewne nie wszyscy chodzący na religię byliby zgłoszeni na przyparafialną katechezę. Powinna ona być – zgodnie ze swą naturą – pogłębianiem relacji z Bogiem, rozwojem wiary młodego człowieka, a to w sposób naturalny ograniczałoby grono odbiorców. I to byłby jeden z celów owego rozdzielenia dwóch godzin. Osią spotkań byłyby sakramenty, przyjmowane niekoniecznie według zasady: „Jesteś w trzeciej klasie, więc idziesz do Komunii, jesteś w ósmej, przygotowujesz się do bierzmowania”. Katecheza mogłaby odbywać się w salce, w kościele, w plenerze, na wyjeździe – według potrzeb. Prowadzącymi byliby głównie duchowni, przy współudziale katechetów świeckich. Tak realizowałaby się postulowana w kościelnych dokumentach i przypomniana przez bp. Marka Mendyka komplementarność katechezy szkolnej i parafialnej (obecnie teoretyczna, bo katechezy parafialnej zasadniczo nie ma).

Wprowadzenie takiej zmiany musiałoby jednak być poprzedzone kilkuletnim okresem przygotowawczym. Od strony merytorycznej wymagałoby to opracowania dwóch niezależnych, choć skorelowanych ze sobą programów nauczania. Od strony organizacyjnej parafie musiałyby rozważyć własne możliwości, przeprowadzić niezbędne inwestycje i dokonać roszad personalnych. Od strony finansowej – to chyba najtrudniejsze – musiałaby zajść zmiana, czyli wprowadzenie odpisu od podatku na rzecz wspólnot wyznaniowych. Bez takiego sposobu utrzymywania Kościoła opłacanie osób zatrudnionych raczej nie byłoby możliwe.

Wychodzę. W natłoku zajęć nie myślę o przykrości, która mnie spotkała. Jednak w pierwszym dniu pracy mam się zgłosić do dyrekcji. Pani dyrektor (wyznania ewangelickiego) mówi: „Dlaczego ksiądz z tym do mnie nie przyszedł? Ksiądz jest moim pracownikiem i nie może być tak traktowany”. Dowiedziałem się, że część rodziców była zbulwersowana całą sytuacją, podobnie jak wychowawczyni. Gdy pani dyrektor dowiedziała się o zajściu, wezwała gniewnego ojca na rozmowę. Podziękowałem.

Epilog

Był rok 2006, a ja zrozumiałem, że funkcjonowanie katechezy/religii w systemie szkolnym opiera się w dużej mierze nie na prawie oświatowym czy wyznaniowym, ale na ludzkiej życzliwości. Gdy tej zabraknie, nie obronimy naszej obecności w szkołach. Dobrze by było przygotować sobie alternatywę wcześniej.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama