Nowy numer 43/2020 Archiwum

Nocna zmiana

Francja przechodzi samą siebie. Nowa ustawa „bioetyczna” to całkowite odwrócenie porządku, który jeszcze kilka dekad wcześniej był czymś naturalnym nad Sekwaną.

To miała być tylko „niewinna” ustawa dotycząca in vitro: chodziło o rozszerzenie dostępu do tej procedury dla kobiet samotnych oraz dla kobiet żyjących w związkach jednopłciowych. W tym czasie, pod osłoną nocy, francuskie Zgromadzenie Narodowe przegłosowało kilka poprawek, w tym dopuszczające aborcję praktycznie do samego końca trwania ciąży. Wprowadzona nowa przesłanka – tzw. cierpienie psychospołeczne lub niepokój psychospołeczny (détresse psychosociale) – ma pozwolić na ominięcie dotychczasowego ograniczenia legalnej aborcji do 12. tygodnia ciąży oraz konieczności zgody lekarskiej w przypadku późniejszych aborcji (dotąd prawo dopuszczało taką możliwość w przypadku zagrożenia życia lub nieodwracalnych wad rozwijającego się w łonie matki dziecka).

Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by rozumieć, że „cierpienie psychospołeczne” czy też „niepokój psychospołeczny” to kategoria tak szeroka, dopuszczająca całkowicie subiektywną ocenę, że w praktyce będzie oznaczała nieograniczoną możliwość zabicia dziecka przed narodzeniem. Zawsze przy okazji podobnych rewolucyjnych projektów, które wychodzą z francuskiego parlamentu, można usłyszeć głosy, że Francja jest po prostu sobą, że kolejny raz wychodzi przed szereg i toruje drogę innym krajom europejskim. To niezupełnie prawda. Francja bynajmniej nie jest sobą, wchodząc na drogę, która jest zaprzeczeniem tego, co jeszcze kilkadziesiąt lat temu było częścią jej kodu kulturowego: aborcja była zakazana i oficjalnie nazywana morderstwem. Nowa ustawa „bioetyczna” zadaje ostateczny cios tej i tak zapomnianej już twarzy kraju nad Sekwaną.

Aborcja „naukowa”

Kluczowym terminem, który występuje w przyjętym projekcie, jest tzw. medyczne przerwanie ciąży (interruption médicale de grossesse, IMG). Zwolennicy ustawy argumentują, że nie jest ono niczym nowym, bo za IMG uznawało się dotąd późne aborcje (czyli po 12. tygodniu ciąży), konsultowane i poddawane ocenie zespołowi lekarzy w przypadku trwałego uszkodzenia płodu lub zagrożenia życia matki. Problem w tym, że przyjęta poprawka nakazuje lekarzowi wziąć pod uwagę również wspomniany „niepokój psychospołeczny”. Zatem nadal będzie to „medyczne przerwanie ciąży”, tzn. takie, na które zgodę musi wyrazić zespół lekarzy różnych specjalizacji (w przeciwieństwie do niekonsultowanego przerwania do 12. tygodnia), tyle że pole działania i lekarza, i osób zainteresowanych poszerza się praktycznie w sposób nieograniczony.

Oczywiście ustawodawca nie omieszkał stworzyć definicji, która czyniłaby sprawę bardziej „naukową”, tzn. oparł się na definicji wypracowanej w Krajowym Kolegium Ginekologów i Położników Francuskich (CNGOF). W dokumencie tegoż gremium ​​autorzy przyznają, że jest to praktyka „mało znana” w poradniach ginekologicznych, natomiast dotyczy ona kobiet „znajdujących się w sytuacji zagrożenia osobistego, przemocy, trudności psychicznych”, które „uniemożliwiają kontynuowanie ciąży”. Dokument CNGOF, na którym opierają się ustawodawcy, dodaje jeszcze, że „sytuacje te powodują znaczną część wyjazdów za granicę w celu przerwania ciąży, co jest szkodliwe dla zdrowia, kosztowne, a nawet niedostępne dla niektórych kobiet”. Czytając ten fragment, można odnieść wrażenie, że skądś już to znamy: przecież dokładnie tego samego argumentu używano w niemal każdym kraju, w tym w Polsce, w którym chciano liberalizować prawo aborcyjne – że zakaz aborcji tworzy tzw. podziemie aborcyjne i konieczność kosztownych wyjazdów, więc utrzymywanie zakazu aborcji jest utrzymywaniem iluzji (kobiety „i tak sobie poradzą”) i zarazem narażaniem kobiet na koszty i „ryzyko zdrowotne”. Pamiętajmy jednak, że tu mówimy o kraju, w którym aborcja bynajmniej nie jest zakazana, przeciwnie, w którym prawo już teraz daje dość szerokie „możliwości” w tym zakresie – a jednak dla wprowadzenia niemal nieograniczonej aborcji wykorzystuje się znowu argument tzw. podziemia czy też turystyki aborcyjnej.

Argument pandemii

Dziennik „Libération”, raczej przychylny zmianom w ustawie, przywołuje opinię prof. Auberta Agostiniego, również członka CNGOF, który przyznał, że „jest bardzo niewiele narzędzi do oceny tego, jaki przypadek powoduje cierpienie psychospołeczne”, choć zaraz dodał, że „może to być na przykład kobieta będąca ofiarą gwałtu lub nieletnia ofiara kazirodztwa, która odkrywa ciążę po upływie przewidzianego prawem terminu [12 tygodni]”. Problem w tym, że inny lekarz za cierpienie lub niepokój psychospołeczny może uznać coś zupełnie innego, na przykład niepokój dotyczący sytuacji materialnej czy po prostu niepokój związany z wychowaniem dziecka. Skoro „jest bardzo niewiele narzędzi” do weryfikacji owego „niepokoju”, łatwo domyślić się, jak w praktyce będzie wyglądać stosowanie nowego prawa. Co ciekawe, jego zwolennicy nawet specjalnie nie kryją się z tym, że pretekstem do tak radykalnych zmian jest pandemia koronawirusa. Wspomniany „Libération” jeden ze swoich artykułów promujących proaborcyjne poprawki zaczynał słowami: „W obliczu trudności spowodowanych obecnym kryzysem zdrowotnym podnoszone są głosy domagające się dalszego złagodzenia warunków dostępu do dobrowolnego przerywania ciąży”. Cytowana w tekście Caroline Rebhi, działaczka Planning Familial (francuski oddział Planned Parenthood), mówi m.in.: „W ciągu ostatnich dwóch tygodni otrzymaliśmy około pięćdziesięciu telefonów od kobiet zmuszonych do wyjazdu za granicę w celu dokonania aborcji z powodu przekroczenia ustawowego terminu we Francji. A przecież podróżowanie wiąże się z obawami o zarażenie się wirusem”.

Reakcjoniści

Z jednej strony zwolennicy poprawek przekonują, że tak naprawdę już dziś zdarza się, że przesłanką dla „medycznego przerwania ciąży” jest ów „niepokój psychospołeczny”. Ustawodawcy jednak chcieli, by taka przesłanka stała się wyraźną i czytelną częścią prawa aborcyjnego. Także w analizie opublikowanej przez katolicki dziennik „La Croix” pojawia się zdanie jednego z konsultantów ustawy, który przyznaje, że „rejestracja niepokoju psychospołecznego jako przesłanki dla medycznego przerwania ciąży jest jedynie prawnym i legislacyjnym uznaniem istniejących już praktyk medycznych”. Prawdę mówiąc, brzmi to dość przerażająco: okazuje się bowiem, że wszyscy nagle przyznają, iż takie praktyki stosowane są nielegalnie od dawna, a nowe prawo ma je tylko zalegalizować i tym samym zwiększyć ich liczbę. Cytowany przez „La Croix” Gilles Grangé, ginekolog-położnik ze szpitala położniczego Port-Royal, jest przekonany, że kryterium „niepokoju psychospołecznego” może zwiększyć liczbę wniosków o przeprowadzenie aborcji. „Ryzykujemy, że pacjenci będą domagać się prawa do aborcji niezależnie od terminu i jeśli się sprzeciwimy, zostaniemy nazwani reakcjonistami” – mówi lekarz.

Doganianie Ameryki?

Ten „reakcjonizm” pojawia się chyba nieprzypadkowo: przeciwnicy nowego prawa mają poczucie, że są świadkami kolejnej odsłony rewolucji, która ma na celu przedefiniowanie wszystkiego. Proces ten postępuje od mniej więcej półwiecza, a przyspiesza wyraźnie od dwóch dekad. „Reakcjoniści” pamiętają jednak, że jeszcze na początku XX wieku i w pierwszych jego dekadach aborcja była we Francji zakazana i nazywana morderstwem. Ba, najstarsi Francuzi pamiętają jeszcze czasy, gdy za dokonanie aborcji groziła… egzekucja. Dziś oczywiście nikt z obrońców życia nie domaga się powrotu do tak radykalnych kar. To raczej błaganie, by nie skazywano na egzekucję tych, którzy obronić się jeszcze nie mogą w żaden sposób. „Reakcjonistom” chodzi tylko o wykazanie, że stosunkowo nie tak dawno czymś oczywistym było poszanowanie życia również na jego najwcześniejszym etapie. Francja dopiero w 1975 roku przyjęła ustawę (słynny projekt Simone Veil), która zalegalizowała aborcję do 10. tygodnia ciąży, co było i tak pozostawaniem „w tyle” w stosunku do USA, gdzie w 1973 roku Sąd Najwyższy zalegalizował aborcję na życzenie przez cały okres ciąży, dając poszczególnym stanom możliwość regulacji warunków przerywania ciąży w drugim i trzecim trymestrze. Rewolucyjny zapał, z jakim obecnie próbuje się poszerzyć aborcyjne „możliwości”, choć wydaje się naturalny dla Francuzów żyjących dziedzictwem rewolucji francuskiej, w gruncie rzeczy jest sprzeczny z tym, co jeszcze 70–80 lat temu było świętością, nawet we Francji.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także