Nowy numer 48/2020 Archiwum

Lisbon Story Lewandowskiego

W Lizbonie po ekscytującym turnieju tąpnęło Barceloną oraz ustalonym porządkiem w klubowej piłce. Czy nowy format finału Ligi Mistrzów pozostanie w kalendarzu na stałe?

Przed meczem Bayernu Monachium z PSG miliony telewidzów (pierwszy finał Ligi Mistrzów przy pustych trybunach) usłyszało przeróbkę Georga Friedricha Händla. Oryginalny utwór sięga późnego baroku, ale jego piłkarska wersja jako hymn rozgrywek zrodziła się wraz z Ligą Mistrzów blisko trzy dekady temu. Chór orkiestry Academy of St. Martin in the Fields śpiewa po niemiecku i francusku: „Die Meister (mistrzowie), Die Besten (najlepsi), Les Grandes Équipes (największe zespoły)”. Co tym razem zabrzmiało jak futbolowe proroctwo.

Lewandowski jak Cruyff

Piłkarski turniej w Lizbonie nie bez przyczyny okrzyknięto najważniejszą imprezą sportową roku. Pandemia koronawirusa pozbawiła nas letniej olimpiady i Euro 2020. Bezlitośnie wykreślała kolejne punkty z tegorocznej mapy zawodów. Dokończenie rozgrywek Ligi Mistrzów, po zawieszeniu ich w marcu, miało złagodzić bolesną tęsknotę nie tylko za utraconą cząstką sportu, ale w ogóle za normalnym życiem sprzed epidemii. Kibice czekali na ten moment aż 149 dni. Kolejne 12 przyniosło m.in. tąpnięcie w Barcelonie, utratę posady dwóch trenerów, grad bramek, meczowe rekordy czy kolejny dowód na to, że o zwycięstwie nie decyduje klubowy budżet.

Jeszcze się nie zdarzyło, aby triumfator Ligi Mistrzów wygrał wszystkie mecze w drodze po tytuł. Aż do niedzieli 23 sierpnia. Bayern Monachium zasłużenie pokonał PSG 1:0, a Robert Lewandowski, chociaż bramki nie strzelił, zapisał się w piłkarskiej historii, zdobywając potrójną koronę króla strzelców (w Champions League, Bundeslidze i Pucharze Niemiec). Tym samym dorównał wyczynowi Johana Cruyffa sprzed prawie pół wieku. Wygrał wszystko, co było do wygrania. I raczej nikt nie ma wątpliwości, że zasłużył na statuetkę Złotej Piłki. Tyle tylko, że prawdopodobnie jej nie otrzyma, ponieważ tygodnik „France Football” odwołał plebiscyt na najlepszego piłkarza roku, a presja kibiców, którzy domagają się przyznania corocznej nagrody, raczej nie wpłynie na zmianę decyzji francuskiej redakcji.

W tej edycji Ligi Mistrzów na medal z pewnością zasłużyła niemiecka myśl trenerska. Wśród czterech najlepszych zespołów turnieju aż trzema dyrygowali Niemcy – Hansie Flick, Thomas Tuchel i Julian Nagelsmann. Przypadek pierwszego to przebłysk trenerskiego geniuszu. Hansie Flick w Bayernie zjawił się na moment... Taki przynajmniej był plan włodarzy klubu z Bawarii. Nie musiał mierzyć się z własną legendą, bo jako piłkarz nie zagrał nigdy w reprezentacji, a jako trener samodzielnie prowadził tylko trzecioligowy Hoffenheim. Wieczny asystent (głównie Joachima Löwa) – bez ciężaru oczekiwań, ale i ze świadomością szansy, przed jaką staje – poskładał na nowo nieco rozregulowaną monachijską maszynę. To między innymi jego mądrość taktyczna plus dobra intuicja sprawiły, że Bayern dorównuje dziś drużynie Heynckesa, która wznosiła Puchar Europy w 2013 roku. A może nawet ją przerasta...

Cena piłkarskich emocji

Eksperymentalna formuła rozgrywek „Final 8” gwarantowała kibicom przed telewizorami spore emocje. Siedem spotkań w jednym mieście w ciągu 12 dni. O awansie decydował jeden mecz. Taki substytut piłkarskiego Euro znalazł tylu entuzjastów, ilu sceptyków. Pierwsi dostrzegli urok nieprzewidywalności i emocji do ostatniej minuty każdego meczu. Brak opcji – oszczędzamy siły na później, na rewanż. O losach zwycięstwa decydowało „tu i teraz”.

Co do nieprzewidywalności – wystarczy wspomnieć, że pierwszy raz od prawie trzech dekad w półfinale zabrakło drużyny z Anglii, Włoch lub Hiszpanii. Co więcej, od 15 lat w meczach o finał zawsze meldowała się na boisku przynajmniej jedna z ikon Ligi Mistrzów – Cristiano Ronaldo, Lionel Messi. Stąd ich bogate konto bramkowe – razem 245 goli we wszystkich edycjach LM. Teraz jednak znaleźli się za burtą już po ostatnim gwizdku sędziego w 1/8 finału (Ronaldo) i ćwierćfinale (Messi).

Koniec końców portugalski miniturniej przy pustych trybunach z maksipulą nagród (tylko dla zwycięzcy 19 mln euro) przekonał głównie kibiców-telewidzów… I może jeszcze klubowe grono francusko-niemieckich profitentów. A do UEFA dochodzą głosy wątpiących w sprawiedliwość nowej formuły. Bramkowej straty tym razem nie dało się nadrobić w meczu rewanżowym. Co i może rozpalało emocje, ale z drugiej strony bywa i tak, że o wyniku decydują zdarzenia losowe, jak błąd sędziego, kontuzja gracza czy warunki atmosferyczne sprzyjające określonemu stylowi gry. Rewanż to okazja dla… zwycięzcy, by udowodnił swoją wyższość – tak powiedzieliby sportowi dżentelmeni. Tylko ci akurat nie rozmawiają o pieniądzach. A te we współczesnym futbolu bywają kluczowe.

Dziś trudno sobie wyobrazić, by na stałe udało się w piłkarskim kalendarzu znaleźć miejsce na dwutygodniowy turniej. Zwłaszcza jeśli sezon kończy duża impreza jak mundial lub mistrzostwa Europy. Konflikty na linii kluby–reprezentacje to kolejna obawa. I odrobina futbol fiction: kolejni piłkarze – jak bywało już w innych dyscyplinach zespołowych – rezygnują z występów w kadrze narodowej. Mistrzostwa świata i Europy, a także Copa America tracą swój splendor. Mieszczą się za to w jednej, klubowej pigułce. A wracając już do futbolowego realizmu – obecna formuła „Final 8” to mniej meczów niż dotychczas, a więc straty finansowe dla klubów.

Barcelona poza strefą komfortu

W zakończonej edycji rozgrywek zawiodły najlepsze drużyny z trzech najsilniejszych lig – La Ligi, Premier League i Serie A. Powód? Na myśl nasuwają się statystyki zakażeń, lecz powód jest nieco bardziej złożony. W Europie koronawirus najmocniej uderzył właśnie w Hiszpanię, Wielką Brytanię i Włochy. W tych krajach zdecydowano się na dokończenie piłkarskiego sezonu, wydłużając go do końcówki lipca. Inaczej było m.in. we Francji, gdzie PSG cieszyło się z trzeciego z rzędu tytułu mistrza bez konieczności rozgrywania 10 ostatnich kolejek. I jak się okazało, długa przerwa meczowa wyszła Francuzom na dobre. Z kolei w niemieckiej Bundeslidze udało się zachować złoty środek. Rozgrywki dokończono, tyle że jeszcze w czerwcu.

Mocne sygnały, że europejska piłka właśnie obiera nowy kierunek, dały mecze ćwierćfinałowe. Porażka Barcelony, czy raczej „katastrofa w Lizbonie”, jak napisał hiszpański dziennik „El Mundo”, była sygnałem numer 1. Wynik 8:2 trafnie spuentował dziennikarz „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pisząc, że Bayern „rozebrał” Barcelonę. To, że król jest nagi, widział każdy. Leo Messi odkleił się od drużyny… I trudno ocenić, ile w tym jego własnej winy, a ile całego zespołu, nie wyłączając panów decydentów w garniturach. Argentyńczyk nie wyczerpał przecież piłkarskiego geniuszu, wciąż też jest głodny zwycięstw. Dawno temu, za górami, za lasami żyli tacy piłkarze, co w pojedynkę wygrywali mecze. Dziś, aby piłka trafiła do siatki, potrzeba wysiłku – zarówno fizycznego, jak i mentalnego – całego teamu. I nieustannego wychodzenia poza strefę komfortu, jaki dają klubowa marka i nieco przykurzony patent na wygrywanie, ale także niewyobrażalne dotąd sumy w klubowych budżetach.

Ten ostatni przykład z pewnością dotyczy wyspiarskiego futbolu. Bo jak to możliwe, by Olympique Lyon w roli Kopciuszka (zaledwie 7. miejsce we francuskiej Ligue 1) odesłał do domu jeden z najdroższych klubów świata? Manchester City to niejedyna drużyna z Anglii z ogromną fortuną i… brakiem zadowalających wyników na europejskim podwórku. Staje się już tradycją, że przed nowym sezonem kluby Premier League wydają na transfery grubo ponad miliard funtów. Wiosną i latem tego roku oczekiwania sponsorów przerosły jednak możliwości sportowe. Przygodę w Lidze Mistrzów zawodnikom City przerwał Lyon, Liverpool padł pod naporem Atletico, Chelsea uległa Bayernowi, a Tottenhamowi nie starczyło sił na zdobycie Lipska. Podobnie było w Lidze Europy, gdzie Arsenal uznał wyższość Olympiacosu Pireus, a Manchester United – Sevilli.

Rewolucja czy ewolucja?

Będzie trudno sprawić, by tegoroczny model finału rozgrywek przyjął się na dłużej. Skądinąd obecny sezon przypomniał o tym, że piłka nożna wciąż ewoluuje. Nieprzerwanie od chwili, gdy przeszło 150 lat temu kilku dżentelmenów zdecydowało w Londynie, by zabronić dotykania piłki rękami. W nie tak odległej historii futbolu mieliśmy rozpalający emocje Puchar Zdobywców Pucharów (1960–1999), Puchar UEFA (od 1971 r.), zastąpiony przed dekadą przez Ligę Europy. I wreszcie Puchar Mistrzów (od 1955 r.), który ustąpił w 1992 r. miejsca Lidze Mistrzów, lecz nie tej, jaką znamy dziś – znacznie skromniejszej zarówno pod względem liczby drużyn, jak i puli nagród.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Piotr Sacha

Kierownik serwisu internetowego gosc.pl

Jest absolwentem socjologii na Uniwersytecie Śląskim oraz dziennikarskich studiów podyplomowych w Wyższej Szkole Europejskiej w Krakowie. Były korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej w Katowicach. W „Gościu Niedzielnym” pracuje od 2006 roku. Wieloletni redaktor „Małego Gościa Niedzielnego”. Autor książki dla dzieci „Mati i wielkie fałszerstwo”. Jego obszar specjalizacji to kultura, zwłaszcza współczesna literatura i muzyka, a także tematyka społeczna.

Kontakt:
piotr.sacha@gosc.pl
Więcej artykułów Piotra Sachy

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także