Nowy numer 48/2020 Archiwum

Rycerz chrześcijański

Są postacie historyczne, o których mówi się „bohater niespełniony”. Niewątpliwie należy do tego grona gen. Józef Haller.

Choć stworzył Błękitną Armię, jako jedyny dowódca walczył z trzema zaborcami, dokonał zaślubin Polski z morzem i dowodził frontem północnym w wojnie z bolszewikami, to jego wspaniała kariera załamała się zdecydowanie zbyt wcześnie. Wadził się z Józefem Piłsudskim, którego zawsze uważał za socjalistę. Sam, jako człowiek ideowy i prostolinijny, nie potrafił znaleźć swojego miejsca w świecie intryg, w Polsce rządzonej przez sanację. Niespełnienie to sprawiło, że w opinii wielu środowisk, zwłaszcza endeckich, pozostających w II RP w opozycji, Haller stał się kimś w rodzaju symbolicznej alternatywy dla marszałka. Niepotrzebnie, bo jako człowiek głębokiej wiary i sprawdzonego w ogniu patriotyzmu mógł i powinien być lepiej wykorzystany w służbie państwowej. Po 1926 roku zamknęła się dla niego nawet możliwość pracy wychowawczej i formacyjnej, którą kochał.

Twórca dwóch armii

Swoje rozkazy do żołnierzy kończył zawsze zwrotem: „Bóg z Wami”. To on położył krzyż Virtuti Militari na trumnie ks. Ignacego Skorupki i wygłosił porywające przemówienie na pogrzebie kapłana. Był nie tylko szanowany, jego sława wojenna działała niczym magnes. Najpierw w 1918 roku z obieżyświatów, jeńców i emigrantów stworzył armię, którą potrafił przez teren wroga przetransportować bezpiecznie do Polski, potem, w jeszcze krótszym czasie, sformował drugą armię, ochotniczą, latem 1920 roku. Wstąpiło do niej – podobnie jak do Błękitnej – przeszło 100 tys. osób. I nie wiadomo, które dzieło można uznać za trudniejsze.

Wincenty Witos, premier rządu ocalenia narodowego, w swoich wspomnieniach tak pisał o misji błyskawicznego stworzenia armii ochotniczej: „To jest wielką historyczną zasługą gen. Hallera. Niestrudzony w swej pracy, był on zawsze na podległym mu froncie, gdzie się tylko decydował jego los, nie ograniczając się do pracy sztabowej. W chwilach najcięższych stał obok żołnierza, dręczonego głodem i pościgiem, dodając mu otuchy i starając się przelać w niego gorącą wiarę w zwycięstwo, do którego się sam w wielkiej mierze przyczynił, nie reklamując tego nigdy”.

Na liście ojców sukcesu, jakim była Bitwa Warszawska, nazwisko Hallera pojawia się daleko, choć bez twardej postawy żołnierzy dowodzonego przezeń frontu północnego obrona stolicy byłaby ekstremalnie trudna. Bolszewicy mieli bowiem zamiar powtórzyć manewr Paskiewicza z czasów powstania listopadowego i zaatakować Warszawę właśnie od północy. Historycy wojskowości podkreślają, że opór na odcinku dowodzonym przez Hallera pozwolił przełamać atak i uniemożliwił konsolidację sił bolszewików po Bitwie Warszawskiej.

Postawa generała „nie załapała się” jednak do oficjalnej legendy. Za daleko mu było do marszałka. W PRL, krytycznej wobec sanacji, Haller też nie mógł liczyć na docenienie. Wybrał los emigranta, do ostatnich dni życia nie uznawał bowiem komunistycznej władzy.

Siła symboli

Urodził się 13 sierpnia 1873 roku w Jurczycach pod Krakowem, gdzie do dziś aktywnie działa towarzystwo kultywujące pamięć o czynach generała. Jego ojciec, Henryk, powstaniec styczniowy, swoich synów przeznaczył do nauki w najlepszych szkołach wojskowych Austro-Węgier. Wiedział, że tam zostaną dobrze przygotowani do walki o niepodległość. Tak też się stało. Cezary Haller poległ w 1919 roku w obronie Śląska Cieszyńskiego, Józef przeszedł drogę typową dla swego pokolenia – ruch sokoli, potem legiony. Próbował doprowadzić do zjednoczenia „Sokoła” i Związku Strzeleckiego, tworzył ruch harcerski – i ta pasja pozostała mu do końca życia.

Jako dowódca II Brygady Legionów po traktacie brzeskim zmienił front i w marcu 1918 roku przeszedł na stronę ententy. Dzięki temu stał się postacią symboliczną, jako jedyny polski dowódca czynnie walczący ze wszystkimi trzema zaborcami. Jego brygada połączyła się z II Korpusem Polskim działającym na terenie Rosji. W ten sposób, jeszcze przed odzyskaniem niepodległości, z żołnierzy walczących w zaborczych armiach Haller tworzył Wojsko Polskie. To dzieło, już na polecenie Komitetu Narodowego, kontynuował we Francji. Armię, od koloru mundurów nazywaną Błękitną, alianci oficjalnie uznali za „samodzielną, sojuszniczą i współwalczącą”. To jej żołnierze reprezentowali Polskę w defiladzie zwycięstwa pod Łukiem Triumfalnym w Paryżu.

Pierwszym zadaniem, jakie gen. Haller otrzymał po odzyskaniu niepodległości, było wyegzekwowanie postanowień traktatu wersalskiego i zajęcie Pomorza. Znów dokonał rzeczy symbolicznej. 10 lutego 1920 roku w Pucku, wraz z kpt. Władysławem Zakrzewskim, wjechał konno do Bałtyku. Zaślubin Polski z morzem dopełnił poprzez wrzucenie pierścienia w morskie fale.

Jak bieda doskwiera…

Takie czyny powinny zaprowadzić na najwyższe urzędy. Nie stało się tak z kilku powodów. Oprócz tych politycznych na przeszkodzie stanęła natura generała. Jak trafnie zauważył Witos, Józef Haller nie zabiegał specjalnie o dyskontowanie swej popularności. Wynikało to także z faktu, że był człowiekiem żarliwej wiary i głębokiej pobożności maryjnej. Jako chłopiec wstąpił w szeregi Sodalicji Mariańskiej, później starał się swoją wiarą żyć na co dzień, nawet w wojsku, gdzie nie było to łatwe. Zawsze znajdował czas na Mszę Świętą. Są świadectwa, że podczas Bitwy Warszawskiej codziennie o godz. 7.00 przystępował do Komunii św. w kościele Najświętszego Zbawiciela, dbał też o opiekę duszpasterską dla prostych żołnierzy.

Józef Haller nigdy też nie zapominał o hallerczykach, których spotkało wiele krzywd w II Rzeczypospolitej. Tysiące ochotników zza oceanu nie znalazło w Polsce domu i tułało się po świecie. W latach 20. i 30. XX wieku generał popłynął do Stanów Zjednoczonych, by wędrując od parafii do parafii, zbierać pieniądze dla swoich podwładnych, będących w potrzebie. Wtedy też pojawiło się popularne powiedzenie: „Jak bieda doskwiera, to się idzie do Hallera”.

W Muzeum im. ks. Józefa Jarzębowskiego działającym przy sanktuarium w Licheniu można zobaczyć wystawę zatytułowaną „Zapomniany Generał”. Wśród prezentowanych na niej pamiątek znajduje się 16 relikwiarzy z relikwiami m.in. św. Andrzeja Boboli i św. Franciszka Salezego, które należały do Józefa Hallera. Jest tam także obrazek generała z modlitwą za żołnierzy polskich z czasów II wojny światowej.

Polityczny falstart

Nie można stwierdzić, że Haller w ogóle stronił od polityki. Miał swoje poglądy, blisko mu było do endeków. Dawał temu wyraz w wystąpieniach publicznych, nie zawsze rozważnie, bo, niestety, instynktu politycznego mu brakowało. W 1923 roku, zaraz po wyborze Gabriela Narutowicza, generał dał się wykorzystać w kampanii wymierzonej w prezydenta RP. Po jego zaprzysiężeniu przemawiał na wiecu endeków, a ówczesne słowa Hallera o „sponiewieranej ojczyźnie” wypominano mu przez wiele lat. Generał pojedynkował się nawet na pistolety z oskarżającym go o moralną współodpowiedzialność za zabójstwo prezydenta posłem Marianem Kościałkowskim. Był to zresztą pojedynek raczej symboliczny. Kościałkowski celowo chybił, a Haller odrzucił pistolet bez wystrzału.

W maju 1926 roku generał oczywiście stanął po stronie prezydenta Wojciechowskiego. Po udanym przewrocie wojskowym marszałek Piłsudski wydał rozkaz o przeniesieniu Hallera w stan spoczynku. I to był faktyczny koniec jego wojskowej kariery. Generał wycofał się z życia publicznego, poświęcając się całkowicie służbie swoim żołnierzom. Choć może nie do końca była to działalność jedynie pomocowa. „Związek Hallerczyków”, formalnie organizacja kombatancka, był istotnym zapleczem antysanacyjnej opozycji.

Po wybuchu II wojny światowej na krótko wrócił do aktywnej polityki, został ministrem oświaty w londyńskim rządzie Władysława Sikorskiego. Pod koniec życia podobno chciał wrócić do kraju, spotkać się z prymasem Stefanem Wyszyńskim i nawiedzić sanktuarium na Jasnej Górze. Zrezygnował, obawiając się, że taka wizyta zostałaby wykorzystana propagandowo przez władze komunistyczne. Zmarł w Londynie 4 czerwca 1960 roku. Prasa emigracyjna pisała: „Umarł jako wygnaniec, legendarny »błękitny generał«, serdeczny rycerz niepodległości i jak dawni z Królową Korony Polskiej w sercu i na ryngrafie – rycerz chrześcijański”.

Nie chciał być pochowany w Polsce będącej sowieckim protektoratem. Jego prochy wróciły do kraju dopiero w 1993 roku. Rycerz chrześcijański spoczął ostatecznie w krypcie kościoła garnizonowego pw. św. Agnieszki w Krakowie.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama