Nowy numer 48/2020 Archiwum

Lepiej nie wiedzieć?

Kilkanaście dni temu w pobliżu Ziemi przeleciała asteroida. Systemy stworzone do tego, by ostrzegać nas przed takimi zdarzeniami, zorientowały się, gdy kosmiczny głaz oddalał się już od naszej planety.

Nie była duża, liczyła od kilku do kilkunastu metrów. Nawet najbardziej niekorzystny zbieg okoliczności nie spowodowałby katastrofy, wymierania gatunków czy zmian klimatycznych. Jest niemal pewne, że rozpadłaby się przy wchodzeniu w ziemską atmosferę i spaliłaby się w całości z powodu ogromnych oporów, jakie stawiałyby – przy tej prędkości – cząsteczki gazów. Być może niektóre jej elementy przetrwałyby i spadły na powierzchnię Ziemi. Brzmi strasznie, ale powierzchnia planety to w większości morza i oceany. A większą część lądu zajmują pustkowia. Tereny zamieszkane przez ludzi to niewielka część naszej planety. No ale teoretycznie, gdyby akurat te resztki asteroidy uderzyły w obszar zamieszkany, a w dodatku gęsto zaludniony, mogłyby to spowodować straty porównywalne do tych sprzed kilku lat w Czelabińsku na Syberii. Wtedy uszkodzonych zostało kilka tysięcy budynków (głównie powybijane szyby), a obrażenia (zwykle lekkie, spowodowane odłamkami szkła) dotknęły około 1500 ludzi. W najczarniejszym z czarnych scenariuszy mogło nam grozić coś podobnego.

O tym, że Ziemia jest pod nieustannym ostrzałem, wiemy od bardzo dawna. Od niedawna funkcjonują systemy ostrzegawcze. Astronomowie patrzą w niebo i poszukują obiektów, które mogłyby nam zagrażać. Jest ich potencjalnie bardzo dużo, ale tak naprawdę, gdy przeanalizujemy sprawę na chłodno i wczytamy się w statystykę, zauważymy, że szansa na ich uderzenie jest bardzo, bardzo mała. Większe kolizje zdarzają się niezwykle rzadko. Pocieszające jest, że im większy jest obiekt, który leci w naszym kierunku, tym wcześniej go zobaczymy. Niepokojące jest to, że… przed tym zagrożeniem nie możemy się w żaden sposób uchronić. Dzisiaj nikt (poza scenarzystami hollywoodzkich filmów) nie dysponuje technologią, której można by użyć do zmiany trajektorii obiektu takiego jak asteroida czy planetoida. Nawet gdyby w naszą stronę pędziło coś, co nas wszystkich może zabić, nawet gdybyśmy to coś widzieli gołym okiem, moglibyśmy tylko czekać na koniec. Oczywiście podejmowane są próby znalezienia sposobu obrony przed takim zagrożeniem. Problem jest jednak bardzo skomplikowany, bo energia potrzebna do zmiany toru lotu skały o rozmiarach dziesiątek czy setek metrów (o skutkach kolizji z czymś większym nawet boję się myśleć) jest ogromna. A czasu niewiele. Gdy asteroida jest daleko, nie sposób szybko do niej dolecieć. Gdy jest blisko, za późno na reakcję. To może lepiej nie wiedzieć? •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się