Nowy numer 39/2020 Archiwum

Włoski marynarz w Bejrucie: Żyję, ale straciłem dwóch kolegów

W momencie wybuchu znajdował się w swoim biurze na statku, 200 metrów od centrum eksplozji.

Vincenzo Orlandini jest szefem sekcji hotelowej wycieczkowego statku "Orient Queen", który cumował w porcie stolicy Libanu w momencie wybuchu. Chwilę wcześniej Vincenzo przeszedł do lepiej chronionej części statku. "Gdybym poszedł wypoczywać do swojej kabiny, najprawdopodobniej teraz byśmy nie rozmawiali" - powiedział dziennikarzom.

Jego historię opisuje Giulia Cannizzaro z "Il Fatto Quotidiano". "W momencie eksplozji byłem w moim biurze na pokładzie, które znajdowało się ok. 200-300 metrów od miejsca, gdzie doszło do wybuchu" - opowiada marynarz, który większość swojego 70-letniego życia spędził na pokładach statków na całym świecie.

"Patrząc przez okno mojej kabiny, byłem świadkiem pierwszego wybuchu. Myślałem, że na tym się skończyło, gdy nagle druga eksplozja w nas uderzyła" - mówi V. Orlandini. "Na szczęście zdążyłem rzucić się na ziemię. To był ogłuszający wybuch, połowa statku została kompletnie zniszczona. Nie wierzyłem własnym oczom".

Mężczyzna opowiada swoją historię dziennikarce w pokoju hotelowym, niedaleko od bejruckiego portu. Z lekkim zażenowaniem wyznaje, że nadal ma na sobie wczorajsze ubrania - mundur pokładowy, poplamiony krwią. "Usiłuję się zebrać, żeby pójść i kupić nową odzież. Próbowałem wejść na pokład, żeby odzyskać rzeczy osobiste, ale jedyna rzecz, jaką udało mi się uratować, to aktówka z roboczymi dokumentami, wszystko inne jest kompletnie zniszczone".

"Orient Queen" stoi teraz przechylona na bok, a ta strona, która wystawiona była na eksplozję, jest całkowicie zdewastowana. "Kiedy udało nam się uratować, myślałem, że statek zatonie, biorąc pod uwagę zniszczenia. Na szczęście nadal tam jest. Armator szacuje straty, ale także - niestety - liczbę ofiar" - opowiada włoski marynarz.

Na razie potwierdzone są dwie ofiary, jest też sześciu rannych - wszyscy są członkami załogi. "Moim zadaniem w ciągu ostatnich godzin było głównie uspokajanie załogi i utrzymywanie wysokiego morale w zespole. Wielu moich kolegów chce wrócić do ojczyzny i zobaczyć się z rodzinami. Rozumiem ich, oczywiście" - opowiada V. Orlandini.

Jednak wyjechać z Bejrutu w tym momencie trudno jest temu, kto - jak Vincenzo - stracił wszystko, łącznie z dokumentami. Włoskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych robi wszystko, by umożliwić rodakom powrót do Italii. "Moje dokumenty podróżne zostały całkowicie zniszczone. Udało mi się połączyć telefonicznie z jednostką kryzysową MSZ. Zapewniono mnie, że w ciągu dwóch-trzech dni wyrobią mi niezbędne do powrotu dokumenty" - opowiada 70-latek.

Mężczyzna wypłynął z Włoch kilka miesięcy temu - w lutym wyruszył do Libanu, planując zostać tu kilka dni, ale wybuch pandemii koronawirusa unieruchomił go w Bejrucie. "Odbyłem tu kwarantannę, ale teraz chcę wrócić do domu. W moim długoletnim doświadczeniu zawodowym bardzo dużo podróżowałem, przede wszystkim w rejony niełatwe, jak np. Nigeria, więc przyzwyczaiłem się do tego typu wydarzeń. Około 15 lat temu uciekłem z eksplozji minibusa w Kusadasi, która spowodowała śmierć i rany kilku osób, ale była ona zupełnie nieporównywalna z tym, co zdarzyło się wczoraj w Bejrucie" - kończy opowieść włoski marynarz.

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama