Nowy numer 32/2020 Archiwum

Chrześcijaństwo, a nie BLM

O przyczynach eskalacji protestów po zabójstwie George’a Floyda, niepokojach, które ogarnęły świat po pandemii, oraz chrześcijaństwie jako drodze do odzyskania pokoju mówi socjolog i antropolog dr hab. Michał Łuczewski.

Bogumił Łoziński: W USA dochodziło już do zabójstw czarnoskórych obywateli w wyniku interwencji policji, co spotykało się z protestami. Jednak po zabiciu czarnoskórego George’a Floyda protesty są znacznie gwałtowniejsze i obejmują cały świat. Skąd bierze się ta eskalacja?

Michał Łuczewski: Mamy tu do czynienia z ogólną zmianą norm moralnych, która wiąże się z obejmującą cały świat reakcją na koronawirusa. Nie da się wytłumaczyć globalnej, masowej i radykalnej reakcji na zabójstwo Floyda bez brania pod uwagę tego, że wcześniej była światowa pandemia i wynikające z niej radykalne ograniczenia, nieznane w dziejach wyłączenie gospodarki czy zakazy poruszania się. Kiedy protestujący na całym świecie skandowali słowa Floyda: „I can’t breathe” (nie mogę oddychać), mówili również o sobie, bo w czasach pandemii nikt nie mógł swobodnie oddychać. #BLM było globalnym odreagowaniem pandemii, a zapalnikiem stała się śmierć Floyda. Do tego w USA główne źródła wyznaczające moralność, np. Kościół katolicki, przestały być autorytetami. Punktem odniesienia przestało być nawet Hollywood, choć promowana przez nie moralność kierowała się zasadą, że wszystko, co dotychczas było zabronione, stało się dozwolone. Amerykanie stracili najważniejsze instytucje, które dotąd określały ich wyobraźnię i moralność. Ameryka – a razem z nią cały świat – znalazła się w chaosie i panicznie szukała nowej formy jedności.

Tylko że ta nowa forma jedności często sprowadza się do zakwestionowania wartości chrześcijańskich, które są podstawą naszej cywilizacji.

Nie do końca tak jest. W tych protestach są elementy chrześcijaństwa.

Jakie?

Przede wszystkim skupienie na ofierze. To ofiara staje w centrum wspólnoty moralnej, a nie jakiś bohater czy wojownik. Floyd dla swych morderców był kimś winnym, jego zabójstwo było dla nich uzasadnione, jego ofiara miała pozostać ukryta, a on – bezimienny. Ale dzięki mediom społecznościowym wszyscy nagle zobaczyli, że Floyd był tylko kozłem ofiarnym, a jego imię stało się globalnym symbolem niewinnej ofiary, niesprawiedliwości i rasizmu. Mamy tu ideę męczeństwa, która wzięta jest z chrześcijaństwa.

Sposób, w jaki został zabity Floyd, nosi znamiona męczeństwa, jednak formy protestu przeciwko temu morderstwu są z katalogu przemocy, a nie miłości – plądrowanie sklepów, ataki na ludzi białych czy niszczenie pomników i cenzurowanie dzieł kultury.

Tu się zgadzam. Ale nie jest to ruch antychrześcijański, który sprzeciwia się wszystkiemu, co ta religia reprezentuje. Ten ruch można nazwać postchrześcijańskim, gdyż bardzo mocno korzysta z motywu męczeństwa i tradycyjnych elementów liturgicznych, np. procesji, aklamacji (wspólnego wzywania imienia męczennika), klękania czy prostracji (kładzenia się krzyżem). Na miejscu zabójstwa Floyda odbywały się nawet chrzty.

Te motywy są używane w zupełnie innym znaczeniu niż w chrześcijaństwie, w którym wyrażają relacji do Boga.

Te gesty, nawet jeśli nie wszyscy protestujący tak je rozumieją, też mają przywołać boga, który przywróci jedność i poczucie wspólnoty.

Wspólnoty, którą łączyć ma nienawiść do wiary. Związany z ruchem Black Lives Matter (BLM) Shaun King napisał na Twitterze: „Posągi białego Europejczyka, o którym twierdzą, że jest Jezusem, powinny także być zburzone. Są one formą białej supremacji”. W San Francisco zburzono pomnik założyciela tego miasta hiszpańskiego misjonarza św. Junipera Serry. W holenderskiej Bredzie ruch BLM sprofanował kaplicę Czarnej Madonny. Tu nie chodzi o walkę z rasizmem, lecz z chrześcijaństwem.

Ruch jest globalny i ma wiele twarzy. Do mediów nie przedostają się pokojowe marsze czy żałobne zgromadzenia, których podniosłej atmosfery nic nie zakłóca. Ale rzeczywiście ten bóg, którego przyzywają żałobnicy, nie nadchodzi. Liturgie, gesty i znaki, które sobie przekazują, nie przynoszą upragnionego pokoju, nie nastąpiło powszechne braterstwo. W związku z tym nurt #BLM, który nawiązuje do chrześcijaństwa, wydaje się zawodzić. Potężniejszy staje się więc ruch konkurencyjny, coraz silniej antychrześcijański. To, co widzimy, przypomina sceny z czasów ostatecznych, kiedy pojawiają się fałszywi prorocy. Nie tyle są oni przeciwieństwem Chrystusa, ile Go imitują. Tak jak On chcą zaprowadzić miłość, równość i braterstwo między ludźmi. Rywalizują z chrześcijaństwem, korzystając z chrześcijańskiej idei niewinnej ofiary. Tę ideę doprowadzają jednak do skrajności – w roli sprawcy najpierw postawiony zostaje Kościół, a następnie sam Chrystus. Niewinna ofiara Chrystusa zostaje mu przeciwstawiona, a On jest przedstawiony jako agresor. Na miejsce Jego Kościoła ma powstać Kościół nowy, który ustanawia Floyda pierwszym męczennikiem i kamieniem węgielnym. Ale paradoksalnie ten nowy Kościół zaczyna przypominać swoją przemocą i rytuałami kulty przedchrześcijańskie. Radykalizacja chrześcijaństwa prowadzi w ostatecznym rachunku do prymitywnych form religijnych. Operują one w nieświadomym schemacie, gdzie my zawsze jesteśmy nieskazitelnymi bohaterami, broniącymi niewinnych ofiar i bezwzględnie rozliczającymi sprawców, którzy reprezentują czyste zło. Takie małpowanie Boga tradycja chrześcijańska określała jako działanie Antychrysta.

Niszczenie pomników jest wyrazem takiego rozliczenia?

Zdecydowanie. Protestujący walczą z przemocą w kulturze, ale nie potrafią wyjść poza tę przemoc. Walka z pomnikami przypomina zwalanie pogańskich bożków. Dla protestujących pomniki są jakimiś groźnymi totemami białej supremacji, monstrami, które trzeba zniszczyć. Reprezentują one rasizm, którego skutkiem było morderstwo Floyda. Ale niszcząc je, powtarzają, a nawet radykalizują tę samą przemoc, od której chcą nas wyzwolić. Jak w antycznych czasach upamiętnione przed wiekami postaci duszą, podpalają, topią, skaczą po nich. Są w tym bardziej brutalni niż amerykańscy policjanci wobec Floyda. To ciekawy paradoks: żeby obnażyć przemoc wobec Floyda, oni powtarzają tę samą przemoc wobec pomników. Owszem, pomniki są celami zastępczymi, ale chodzi przecież o rasistów, których te pomniki mają reprezentować, a na samym końcu o wszystkich białych, bo każdy biały może być rasistą. Broniąc jednego kozła ofiarnego, protestujący zaczynają mnożyć kolejne ofiary. W imię antyrasizmu można dziś dokonać bezkarnie każdego przestępstwa.

W tym proteście pojawia się też silny element neomarksizmu i ruchu LGBT. Założycielki Black Lives Matter otwarcie mówią, że są marksistkami, angażują się na rzecz społeczności LGBT. Do protestów przyłączyła się skrajnie lewicowa Antifa. W tym projekcie rewolucji społecznej i obyczajowej podejrzany jest biały człowiek, bo ma na sumieniu rasizm, podejrzany jest mężczyzna, bo stosował przemoc wobec kobiet, podejrzani są ludzie heteroseksualni, bo zapewne są homofobami, a także tradycyjna rodzina jako symbol patriarchatu.

Wydaje mi się, że ten projekt nie ma nic wspólnego z marksizmem, bo nie pojawia się wątek wyzysku klasowego, walki klas.

Neomarksizm polega tu na zastąpieniu walki klas walką płci.

Być może tak jest, jednak pamiętajmy, że największe szkody czarnoskórym w Ameryce wyrządziła aborcyjna organizacja Planned Parenthood. Inspirowana ideami eugeniki do tej pory zabija w większości nienarodzone dzieci osób czarnoskórych. To są miliony niewinnych ofiar, których głosu nikt nie słyszy. Proponuję spojrzeć na problem z innej strony. Jeśli mówimy o różnych -izmach, np. totalitaryzmie, to prowadzi nas to do wieku XX, a w przypadku marksizmu nawet do XIX. To, z czym mamy obecnie do czynienia, jest bardzo archaiczne i gwałtowne. Protestujący nie potrzebują żadnych nowoczesnych środków, żadnej wymyślnej technologii, żeby dać upust swej agresji. Nie ma w tym fabrycznego zabijania jak w nazizmie, albo komunistycznego, biurokratycznego, bezdusznego porządkowania świata. Mamy eksplozję, dynamikę, która rozprzestrzenia się jak ogień.

Czym ten pożar może się skończyć?

Nowoczesne społeczeństwa są w nieustannym niepokoju. Koronawirus ten niepokój doprowadził do zenitu i zaczęliśmy na oślep szukać sposobu odzyskania równowagi i jedności. Gdy prawo duszące społeczeństwa podczas lockdownu przestało działać, weszliśmy w oscylację między postchrześcijańskimi liturgiami a przedchrześcijńskimi rytuałami i wkroczyliśmy do antychrześcijańskiego świata. Tyle że to nie działa, a niepokój nieustannie się zwiększa. Jedynym lekarstwem i odpowiedzią jest to, co jest najbardziej atakowane: chrześcijaństwo. Chrystus daje nam możliwość wyrwania się z koła archaicznej przemocy, wyjścia z nieświadomości, uzyskania prawdziwego przebaczenia. Jednak Jego nauka jest twarda i nikt nie chce jej słuchać: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo budujecie groby prorokom i zdobicie grobowce sprawiedliwych i mówicie: »Gdybyśmy żyli za czasów naszych przodków, nie bylibyśmy ich wspólnikami w zabójstwie proroków«. Przez to sami przyznajecie, że jesteście potomkami tych, którzy mordowali proroków! Dopełnijcie i wy miary waszych przodków!” (Mt 23,29-34). •

Dr hab. Michał Łuczewski

jest socjologiem, psychologiem i antropologiem. Zajmuje się m.in. nauczaniem Jana Pawła II, a także tematyką wartości, związków teologii i nauk społecznych. Pracuje jako adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama