Nowy numer 47/2020 Archiwum

"Po Allahu był Srugi. Był morzem dobroci"

"Podziękujcie Sitti Mariam, Maryi Dziewicy. To Ona uzyskuje zawsze od Boga, co zechce". Dzięki niemu imiona Jezusa i Maryi zadomowiły się wśród muzułmanów. Kim był ten niezwykły człowiek?

Na historię Szymona Srugi trafiłam jakiś czas temu. Teraz wydaje mi się być niezwykle bliska, gdy sytuacja sytuacja na Bliskim Wschodzie ciągle jest niestabilna, do tego dochodzi pandemia koronawirusa. Kim był Szymon Srugi?

Już sam jego rodowód jest niezwykły. Jego genealogia sięga aż do 1550 roku, gdy to Faraon mieszkający w Syrii południowej przybył jako emigrant do Palestyny. W ostatniej linii genealogii czytamy: "Aazar poślubił Dalleh, oboje zrodzili Simaan'a 15 kwietnia 1877 roku w Nazarecie". Simaan po polsku znaczy Szymon. Został ochrzczony 10 maja 1877 roku w Nazarecie. 

Gdy miał 3 lata zmarli jego rodzice. Przygarnęła go babcia. W tym czasie w Palestynie było bardzo dużo sierot, ale rząd się nimi nie interesował. Domy dla takich dzieci zaczął otwierać ks. Antoni Belloni, który przebywał w Jerozolimie. Ludzie nazywali go po swojemu Abuliatama, czyli ojcem sierot. W 1888 roku Szymon skończył 11 lat i został przyjęty do domu Abuliatama w Betlejem. Nauczył się czytać, pisać, a także sztuki piekarskiej. 

W 1891 roku Szymon jest świadkiem wydarzenia, które zaważy na całym jego życiu. Ks. Belloni i jego współpracownicy stają się salezjanami. Srugi, podjął w tym czasie decyzję, by zostać z ks. Antonim i zajmować się sierotami. Mając 17 lat przybył do szkoły rolniczej w Beit Gemal. Tutaj został aspirantem salezjańskim, po skończeniu nauki odbył nowicjat i złożył śluby zakonne w 1896 roku. W wieku 19 lat został salezjaninem. 

Warto dodać, że Dom w Beit Gemal miał młyn, piekarnię, tłocznie oliwek. Wokół niego skupiały się domki muzułmańskich Arabów. Co rusz przybywali oni do szkoły, by zmielić ziarna, wycisnąć olej, sprzedać winogrona. 

Srugi salezjaninem był przez 45 lat. Na jego barkach spoczywało bardzo wiele obowiązków. Rankiem służył do Mszy, potem prowadził rozmyślania dla współbraci, asystował sierotom - w kościele, na boisku, w szkole. Znajdował czas na służenie  swoim współziomkom w sklepiku. Miał pod opieką szpitalik szkolny, zarządzał piekarnią i młynem (w promieniu 300 km). Zawsze był pracowity, delikatny i grzeczny. 

Kiedyś muzułmański chłopiec przyszedł do szkoły - bosy i głodny. Zasnął na ławce. Gdy się obudził, Szymon czekał na niego z bułką na obiad. 

W wieku 40 lat Szymon został kierownikiem młyna. Mielił mąkę wszystkim przybywającym, rozmawiał z każdym, uśmiechał się. Czasem rozdzielał kłócących. Mówili, że jest "ojcem wszystkich", a także "po Allahu jest Srugi". Potem nazwali go muallem czyli mistrzem. Gdy coś radził innym przytaczał słowa Ewangelii. Zwykle zaczynał: "Jezus mówi...." albo "Maryja powiedziałaby ci tak..". Dzięki temu imiona Jezusa i Maryi zadomowiły się wśród muzułmanów. 

Wiele osób, które przybywało do młyna było chorych lub cierpiących. Szymon był lekarzem wszystkich. Dawał zastrzyki, maści, zioła. Codziennie przybywało nawet 120 osób. Muallem stał się haqim czyli lekarzem. I choć salezjanie nie mieli wtedy zbyt wielu leków, to Srugi oddawał chorym wszystko, co miał. Kto mógł zapłacić płacił, kto nie mógł szeptał: "Chwała Jezusowi". Było to ulubione pozdrowienie Szymona. Gdy ktoś nie mógł przyjść z powodu choroby, Srugi sam się do niego udawał. Kiedyś przywieziono mu ciężko chorego, który nadawał się jedynie do specjalistycznego szpitala, ale rodzina nie chciała nawet słyszeć o dalekim transporcie i oddaniu w obce ręce. Szymon wziął leki i powiedział: "Módlcie się do Sitti Mariam. Jeżeli Ona zechce, Bóg go uzdrowi". Po kilku dniach rodzina wróciła podziękować za przywrócenie choremu zdrowia. Srugi odpowiedział: "Podziękujcie Sitti Mariam, Maryi Dziewicy. To Ona uzyskuje zawsze od Boga, co zechce".

W międzyczasie wiele się dzieje - konflikty, II wojna światowa. Włoscy salezjanie są izolowani. Wszystkie obowiązki spadają na 63-letniego Szymona. I choć pojawiają się apteki, szpitale, biedni ludzie wolą leczyć się u Haqim'a, ponieważ jego "ręce miały moc i dobroć Allaha". 

W październiku 1943 roku silny kaszel i astma wytrącają go z pracy. Musi pozostać w domu. Po przeżyciu silnego ataku powiedział: "Coś strasznego, gdy człowiek nie może oddychać. Ale jeżeli Bóg tak chce, to dobrze". Umarł samotnie z 26 na 27 listopada 1943 roku. Ludność arabska zbiegła się z okolicznych wiosek, by jeszcze raz go zobaczyć. Szeptano: "Po Allahu był Srugi. Był morzem dobroci".

Ta historia zachęca i obliguje, byśmy nie zapominali o tych, którzy ciągle są w ogniu konfliktów, którzy oprócz wojny, biedy, muszą zmagać się z pandemią. Zachęcam, by wejść na stronę np. caritas.pl/syria lub Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego. Jeśli my nie będziemy o nich pamiętać, to kto?

Może kiedyś o nas też ktoś powie, że "byliśmy morzem dobroci", oby....


Korzystałam z książki ks. S. Szmidta SDB, Święci, błogosławieni, słudzy boży rodziny salezjańskiej, Wyd. Salezjańskie 1997 

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama