Nowy numer 48/2020 Archiwum

Nadzieja ojca Wacława

Nadzieja. „Leczy, jest siłą twórczą, jest mądra” – powtarzał w swoich niezliczonych publikacjach. Głosił ją z pasją i odwagą. Fascynował się głębią prawosławnej teologii. Szukał jedności Kościoła. Rozumiał wątpiących.

Pamiętam pierwszy wykład z dialogu katolicko-prawosławnego dla doktorantów Instytutu Ekumenicznego KUL. Mała, wąska salka starego budynku uniwersytetu miała niepowtarzalny klimat. Trzeszczący parkiet, pełno książek na półkach i kilku doktorantów wokół małego stolika wsłuchanych w wykład. Profesor Wacław Hryniewicz opowiadał o pierwszym inauguracyjnym spotkaniu teologów katolickich i prawosławnych, którzy zgromadzili się na wyspie Patmos, aby rozpocząć dialog nad możliwością pojednania. On sam był uczestnikiem tego spotkania, jak i kolejnych obrad mieszanej komisji przez 25 lat. Przyniósł na wykład oryginalną ulotkę, którą wręczano na lotnisku w Grecji. „Bójcie się papistów, nawet gdy niosą miłość” – ostrzegali prawosławni przeciwnicy dialogu. Potem profesor szczegółowo omawiał inauguracyjne przemówienia, w których reprezentanci obu stron podkreślali, że chcą przede wszystkim wspólnie słuchać słowa Bożego oraz odkrywać na nowo naukę ojców niepodzielonego Kościoła. Te mowy były pełne nadziei. Czuło się, że dzieją się rzeczy wielkie, historyczne. Po latach sporów, niechęci i walk chrześcijanie odnajdują wspólny język i zagubione poczucie wspólnoty.

Wielki ciąg dalszy

Profesor wykładał z pasją, czasem wręcz z patosem. Uwodził słuchaczy. Lubił zatrzymywać się nad jakimś słowem i kręcąc w powietrzu palcem nad tekstem, zachęcał: „Podrążmy jeszcze trochę”. Zależało mu nie tyle na tym, by przekazać maksimum informacji, ile raczej na zaproszeniu do współmyślenia, do pójścia w głąb jakiegoś jednego zdania czy słowa. Wykład przechodził w medytację. „Prawdy nie da się zamknąć w formułach”; „W chrześcijaństwie prawda ma charakter osobowy”; „Pełnia prawdy ma charakter eschatologiczny – poznamy ją dopiero po drugiej stronie” – powtarzał często. Był niezwykłym erudytą, płynnie przechodził z jednego języka na drugi, cytując wszystko w oryginale greckim, łacińskim, angielskim, francuskim czy rosyjskim. Wciąż szukał, zadawał pytania. Uczył szacunku dla tajemnicy, której nie da się zamknąć w słownych formułach. Nawet dogmaty są tylko udziałem w prawdzie, wskazują na nią, ale jej nie wyczerpują – przypominał za św. Tomaszem z Akwinu. „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno… Teraz poznaję po części…” – wracał do zdań św. Pawła.

Gdy byłem już dziennikarzem „Gościa”, udało mi się raz namówić go na wywiad na temat zmartwychwstania. Przygotowałem sobie pytania, ale już w trakcie rozmowy niektóre z nich wydały mi się zbyt naiwne. Chciałem więc je pominąć, ale profesor zauważył moje wahanie i zachęcał, by nie rezygnować z żadnego. Miał wielki szacunek dla trudności z wiarą, dla wątpliwości. Wiedział, że zadaniem teologa jest najpierw wsłuchiwać się w te znaki zapytania i pokazywać drogę w stronę odpowiedzi.

Na wieść o śmierci ojca Wacława, 26 maja br., przypomniał mi się tytuł tego wywiadu „Wielkie CDN”. Obok ekumenizmu i prawosławia to właśnie eschatologia, czyli sprawy ostateczne (nie rzeczy! – co zawsze podkreślał) były jego pasją. Dodajmy, pasją, która pochłonęła go całkowicie. Chciał dawać ludziom nadzieję. Nadzieję na to, że Bóg poradzi sobie z każdym grzechem i z każdym grzesznikiem, że ocali, zbawi nas wszystkich. Będzie wielki ciąg dalszy przygody zwanej ludzkim życiem. On sam już teraz doświadcza tego CDN, o którym tak wiele myślał i pisał. Powtarzał, że jesteśmy pielgrzymami do Prawdy. Za życia ziemskiego tylko przybliżamy się do niej. On już teraz wie. Nam zostawił swoją teologię nadziei, która jednych będzie nadal inspirowała, a innych niepokoiła lub budziła sprzeciw.

Zaczęło się od hasła „apokatastaza”

Dlaczego nadzieja stała się wiodącym tematem w życiu i twórczości o. Hryniewicza? Jak sam opowiadał w wywiadach, początek był dość prosty, wręcz banalny. Zamówiono u niego opracowanie hasła „apokatastaza” dla Encyklopedii Katolickiej. Pisanie artykułu dało impuls do dalszych naukowych poszukiwań, które trwały do samego końca jego aktywności. Przypomnijmy, że apokatastaza to pogląd, który mówi, że przy końców czasów nastąpi ostateczna odnowa całego wszechświata, a zbawienie obejmie wszystkich ludzi bez wyjątku. W potocznym rozumieniu ideę apokatastazy streszcza hasło „pustego piekła”.

Sięgnijmy do tego tekstu, od którego wszystko się zaczęło. Profesor przypomina w nim, że teologia katolicka nie przyjmuje apokatastazy ze względu na dogmat o wieczności mąk piekielnych oraz o śmierci jako kresie zasługi (czyli po śmierci człowiek już nie ma wpływu na swój los). W zakończeniu artykułu czytamy, że istnieje napięcie między prawdą o wolności i miłosierdziu Boga a prawdą o wolności istot rozumnych. W Nowym Testamencie znajdziemy wypowiedzi św. Pawła, który mówi, że łaska jest potężniejsza niż grzech, z drugiej mamy wyraźne słowa Chrystusa o wiecznym potępieniu. „Wydaje się, że teologia nie jest w stanie spekulatywnie pogodzić tej pełnej napięcia antynomii” – kończy o. Hryniewicz. Jak pogodzić prawdę o dobrym Bogu z istnieniem wiecznego piekła? To właśnie pytanie inspirowało twórczość lubelskiego teologa. Odpowiedzi szukał przede wszystkim w teologii i duchowości prawosławnej. Także w tekstach ojców Kościoła, w literaturze, filozofii religii. Fascynował go ten nurt chrześcijańskiej tradycji, głównie wschodniej, który pozytywnie odnosił się do możliwości zbawienia wszystkich. Krytycznie odnosił się do tych świadków tradycji, którzy idąc za Biblią, dowodzili istnienia wiecznego piekła. Widział w tym pedagogię strachu, która, jego zdaniem, odstrasza ludzi od Boga.

W 1978 roku o. Hryniewicz opublikował w „Więzi” pierwszy artykuł mówiący wprost o nadziei powszechnego zbawienia. Pojawiły się polemiki, które zagrzewały go do walki. 10 lat później opublikował książkę pt. „Nadzieja zbawienia dla wszystkich”. Później systematycznie ukazywały się kolejne publikacje, które drążyły wytrwale ten sam temat (zazwyczaj z zieloną okładką). Profesor na dosłownie setki sposobów uporczywie szukał uzasadnienia nadziei na to, że ostatecznie wszyscy zostaniemy ocaleni od zguby wiecznej mocą Bożego miłosierdzia. Ta teza wywoływała sprzeciw wśród teologów. Dyskusja bywała gorąca. Ojciec Hryniewicz początkowo podkreślał, że nie chodzi mu „o głoszenie doktryny, lecz o sferę nadziei ożywiającej modlitwę i duchowe zmaganie chrześcijanina o to, aby wszyscy byli zbawieni”. Z biegiem lat, wraz z kolejnymi tekstami, ta nadzieja stawała się coraz bardziej pewnością. To właśnie wywoływało, i nadal wywołuje, wiele zastrzeżeń. Podkreślmy, całkowicie słusznych.

Idea nadziei zbawienia była gwiazdą przewodnią twórczości KUL-owskiego profesora. Była to teologia głoszona pięknym językiem, z zacięciem, ekspresją i podziwu godną erudycją. „Jeśli nadzieja ta jest prawdziwa, iść będzie w parze z wielką pokorą. Nie może mieć w sobie nic z zadufania. W obliczu spraw ostatecznych wszyscy stajemy z drżeniem i bojaźnią” – pisał w 1988 roku. U wielu osób, zwłaszcza tych bardziej oddalonych od Kościoła, o. Hryniewicz budził fascynację i przekonywał do swoich racji. Wielu katolików widziało jednak w tym nauczaniu zagrożenie katolickiej ortodoksji. Nie miejsce i nie czas, by przywoływać nawet w wielkim skrócie argumenty obu stron. Niewątpliwą zasługą o. Hryniewicza było to, że skłonił wielu do refleksji o sprawach ostatecznych. Wywołał w polskiej teologii jedną z najbardziej ciekawych debat.

Teraz, gdy jego twórczość teologiczna została domknięta, być może przyjdzie czas na spokojną ocenę całości dzieła oraz dyskusji wokół niego. Teologowie mają prawo poszukiwać nowych dróg, ich zadaniem nie jest tylko powtarzanie starych sformułowań. Z drugiej jednak strony teolog pozostaje na służbie wiary Kościoła. Jego nauczanie ma pomagać ludziom w głębszym zrozumieniu wiary, nie może stawać się tylko kijem włożonym w mrowisko. Żyjemy w czasach dominacji nowoczesnych „dogmatów” subiektywizmu i relatywizmu. Nie dziwi więc to, że wierzący szukają skały ortodoksji, na której mogliby oprzeć swoje życie.

Pascha, Wschód, ekumenizm

Byłoby czymś niesprawiedliwym, gdyby teologiczną myśl ojca Wacława ograniczyć tylko do szufladki z napisem „nadzieja powszechnego zbawienia”.

Zanim teologia nadziei zdominowała jego twórczość, wiele uwagi poświęcił teologii paschy. Trylogia poświęcona tej tematyce (ukazywała się w latach 1982–1990) to bodaj najczęściej cytowane dzieło w polskiej posoborowej literaturze teologicznej. Pascha Chrystusa, czyli Jego przejście ze śmierci do życia, stała się kluczem do nowego spojrzenia prawie na całość katolickiej dogmatyki. To swoista suma teologiczna. Kapitalna synteza, a jednocześnie wspaniały przegląd różnych stanowisk teologicznych, z uwzględnieniem teologii prawosławnej i protestanckiej.

Obok nadziei powszechnego zbawienia myśl i twórczość o. Hryniewicza były zdominowane przez dwie inne miłości. Ukochał teologię wschodnią. Kształcił się u najlepszych, między innymi w Paryżu, w słynnym Instytucie św. Sergiusza, gdzie słuchał Pawła Evdokimova. Studiował teologię staro­ruską, fascynował się twórczością rosyjskiego filozofa Bierdiajewa, cytował wszystkich najlepszych teologów prawosławnych. Niektórzy mówili nieco złośliwie, że jest najlepszym teologiem prawosławnym wśród katolików. Arcybiskup Nossol napisał, że „niejednemu teologowi prawosławnemu trudno byłoby się z nim zmierzyć”. Z miłością do prawosławia łączyła się ściśle pasja ekumeniczna. Był wieloletnim uczestnikiem dialogu teologicznego z Kościołem prawosławnym. Swoim studentom wpajał przekonanie, że współczesna teologia potrzebuje myślenia scalającego, czerpiącego z bogactwa różnych chrześcijańskich tradycji. Na poziomie najgłębszym istnieje jeden Kościół – przekonywał. Choć szata Chrystusa została rozdarta, to jednak szata jest czymś zewnętrznym w stosunku do ciała. A Ciało Chrystusa – Kościół – jest jedno. W monumentalnym podręczniku do ekumenizmu („Ku chrześcijaństwu jutra”, KUL 1997), którego był redaktorem, pisał: „Kościół podzielony pozostaje nadal jednym Kościołem zmartwychwstałego Pana dziejów ludzkich”. Zadaniem ekumenizmu jest odkrywanie tej jedności istniejącej pod powierzchnią podziałów. Nasze podziały nie sięgają nieba, podkreślał. Nigdy nie tracił nadziei na jedność chrześcijan, choć wiedział doskonale, że droga do niej jest długa i trudna. Jesteśmy dopiero na początku drogi jako chrześcijanie – to także jedna z jego ulubionych tez.

Można się było z nim nie zgadzać, ale bez wątpienia należał do najwybitniejszych teologów w Polsce. Jego dzieła będą nadal inspirować, niepokoić, dawać nadzieję, prowokować do myślenia zwłaszcza o tym, co nas czeka za zasłoną śmierci.

W jednym z wywiadów po przeżyciu śmierci klinicznej na pytanie, czy boi się śmierci, odpowiedział: „Jak się zapadałem, to miałem w sobie wielką ufność. Powiem więcej, była w tym nawet wielka ciekawość tego, jak to jest po drugiej stronie. Jak to tam wszystko wygląda”. No właśnie, Ojcze Profesorze… jak to tam wygląda? Jak? •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama