Nowy numer 28/2020 Archiwum

Czas próby wiary, miłości i solidarności

O szansie na pogłębienie wiary w dobie pandemii, błędach w reagowaniu na pedofilię oraz zaangażowaniu Kościoła w sferę polityczną mówi przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki.

Bogumił Łoziński: Jaki wpływ na wiarę Polaków ma epidemia koronawirusa?

Abp Stanisław Gądecki: Już od dawna nie musieliśmy w Polsce stawiać czoła sytuacjom zagrażającym całemu społeczeństwu. Ani powietrze (zaraza), ani wojna, ani pożoga czy głód nie dotknęły nas od wielu lat z taką mocą, a wraz z rosnącym poczuciem bezpieczeństwa słabła też siła śpiewanych w kościele suplikacji. Obecnie epidemia postawiła każdego z nas osobiście i całą wspólnotę Kościoła wobec sytuacji granicznej, a rosnąca liczba osób zarażonych oraz kolejne przypadki śmiertelne wołają o głębszy namysł.

Święty Paweł mówi, że „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (Rz 8,28). Zamrożenie życia społecznego, jakiego doświadczyliśmy, jest także próbą naszej wiary. Nie mogliśmy swobodnie uczestniczyć w liturgii Kościoła, ale otrzymaliśmy jedyną w swoim rodzaju szansę na pogłębienie naszej wiary i bardziej świadome jej przeżywanie. Wiele osób doświadczyło w tym czasie pogłębienia duchowego przygotowania do Eucharystii w warunkach domowych, a także budzenia w sobie szczerego żalu za grzechy. W normalnych warunkach wystarczyło czasami bezrefleksyjne pójście do kościoła i wydawało się nam, że już należycie spełniliśmy obowiązek. Teraz poczuliśmy, że aby tak się stało, trzeba naprawdę zaangażować się wewnętrznie.

Możemy wymienić wiele innych pozytywnych zjawisk, takich jak codzienna modlitwa różańcowa kapłanów i osób konsekrowanych w kościołach i kaplicach oraz rodzin w ich domach. Jako wspólnota Kościoła dowartościowaliśmy też media elektroniczne i internet. Wiele osób zaczęło intensywnie pogłębiać swoją kulturę religijną, korzystając z wartościowych zasobów sieci. Niejedna rodzina celebrowała tzw. liturgię domową, wykorzystując liczne podpowiedzi, na przykład umieszczone na stronie swietawdomu.pl. Zrozumieliśmy jednocześnie, że rzeczywistość wirtualna nigdy nie zastąpi realnego spotkania, nie zastąpi wspólnoty liturgicznej. Wielu rodziców zaangażowało się ze zdwojoną mocą w przekaz wiary swoim dzieciom poprzez rodzinną katechezę czy większe zaangażowanie w przygotowanie dzieci do sakramentów. W tym roku przecież w wielu parafiach to właśnie rodzice decydują o tym, kiedy ich dziecko będzie gotowe do Pierwszej Komunii Świętej.

Wymienia Ksiądz Arcybiskup same dobre strony. Negatywnych nie ma?

Oczywiście, obok wszystkich blasków, pojawiają się również obawy o przyszłość wiary po epidemii. Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z nas może doświadczyć pokusy zatrzymania się na „chrześcijaństwie online”, bycia wierzącym bez liturgii i bez wspólnoty. Tymczasem na dłuższą metę nie ma wiary w pojedynkę, bo Kościół to wspólnota, to communio.

Może też zdarzyć się tak, że duchowo jeszcze bardziej się spolaryzujemy. Jedni przestaną udawać wierzących, nie będąc nimi w istocie, inni wewnętrznie jeszcze bardziej rozpalą swoje serca. Modlę się o to, by czas epidemii zaowocował zwiększoną gorliwością.

Pandemia wymogła ograniczenie liczby wiernych w kościołach. Czy wierni wrócą do świątyń?

Restrykcje wprowadzone przez władzę cywilną dla wielu ludzi były ogromnym wstrząsem. Dla niektórych była to pierwsza od kilkudziesięciu lat – może nawet pierwsza w całym świadomym życiu – Wielkanoc bez Eucharystii. Jako kapłan i biskup usiłowałem wczuć się w tę sytuację, chociaż ksiądz nie do końca może sobie to cierpienie ludzi wiary wyobrazić, bo on codziennie – nawet w pustym kościele – celebrował w tych dniach sakramenty. Aczkolwiek sprawowanie Triduum Paschalnego – liturgii najświętszych tajemnic naszej wiary – w pustej katedrze było również dla mnie osobiście doświadczeniem głęboko poruszającym.

Znoszenie restrykcji wiąże się zatem z prawdziwą ulgą dla wiernych, a także dla duszpasterzy, którzy najpierw osamotnieni wstawiali się w kościołach za swoich braci i siostry, a w ostatnim czasie widzieli, że limity nie wystarczają, by zaspokoić duchowy głód parafian spragnionych Eucharystii.

Myślę, że nastąpi teraz stopniowy powrót do świątyń. W niektórych ludziach jest jeszcze sporo lęku. Z tego też powodu zasugerowałem księżom biskupom stopniowe utrzymanie dyspensy od obowiązku niedzielnego i świątecznego udziału we Mszy Świętej dla wąskiego kręgu wiernych i zniesienie jej dla wszystkich pozostałych. Ponadto trzeba się liczyć z pokusami pozostania w domu z powodu lenistwa, które wzmocnione zostało wielotygodniowym przyzwyczajeniem. Potrzeba nieco czasu, aby odbudować nasze relacje międzyludzkie i całe życie społeczne, w tym także pełne praktykowanie wiary. Z pewnością jednak wielu ludzi wyposzczonych rzeczywistością wirtualną powróci ze zwiększoną gorliwością do Kościoła, tak jak dzieci, które spragnione są obecnie powrotu do szkoły.

Pandemia w dużym stopniu wymusiła indywidualne przeżywanie wiary. Czy istnieje groźba prywatyzacji wiary, bez wspólnoty Kościoła?

Ryzyko prywatyzacji wiary istnieje zawsze; słyszymy nieraz, że wiara to nasza osobista sprawa. A to nieprawda. Autentyczna wiara ma zawsze wymiar społeczny i nie dotyczy tylko przyszłego życia wiecznego, ale również teraźniejszości. Nie da się wierzyć w pojedynkę. Pan Jezus, który najlepiej zna ludzkie serce, dobrze o tym wiedział i dlatego dał nam wspólnotę Kościoła.

Mam wrażenie, że w czasie pandemii wspólnotowość ożyła. Wcześniej księża byli przyzwyczajeni do kościołów wypełnionych wiernymi, a wierni – do swobodnego dostępu do posługi duszpasterskiej. Sytuacja pandemii wyzwoliła w nas tęsknotę, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczaliśmy. Myślę, że ta tęsknota wielu z nas zbliżyła w pragnieniu do siebie i scementowała nasze wspólnoty. Obudziła większą kreatywność w nawiązywaniu kontaktów i przeżywaniu wiary.

Wewnątrz Kościoła toczy się debata na temat znaczenia pandemii dla naszego życia duchowego. Jedni mówią, że w ogóle nie powinniśmy tego zjawiska głębiej interpretować, inni, że każdy indywidualnie musi je odczytać, a część wskazuje, że to kara Boża za nasze grzechy. Jaka jest opinia Księdza Arcybiskupa na ten temat?

Gdy w kontekście epidemii pytamy o winę i karę, warto powrócić do postaci Hioba, który zaprzecza słuszności zasady utożsamiającej każdorazowo cierpienie z karą za grzech. Hiob jest świadom tego, że cierpi, choć nie zasłużył na karę, owszem, przedstawia wszelakiego rodzaju dobro, jakie czynił w swoim życiu. W końcu nawet Pan Bóg przyznaje, że Hiob nie zawinił, a jego cierpienie jest cierpieniem człowieka niewinnego; trzeba przyjąć je jako tajemnicę, której człowiek nie jest zdolny do końca przeniknąć swoim rozumem.

Jeśli jest prawdą, że cierpienie ma sens jako kara, gdy jest ono związane z winą, to nie jest prawdą, że każde cierpienie jest następstwem winy i posiada charakter kary. Postać sprawiedliwego Hioba jest tego szczególnym dowodem. Cierpienie może mieć także charakter próby. I tak z pewnością można potraktować to, co nas spotyka.

Zazwyczaj gdy ktoś mówi o karze Bożej – która jest wielokrotnie przedstawiana na kartach Pisma Świętego – odnosi ją do postępowania innych ludzi i podkreśla: to jest kara za ich grzechy. Raczej rzadko ktoś twierdzi, że owa kara jest spowodowana przez jego własne przewinienia. Pandemia może być jednak zawsze próbą, będącą wezwaniem do nawrócenia. Dlatego uważam, że to niełatwe doświadczenie można odczytywać jako znak, czyli wymaganie obecnego czasu i próbę. Epidemia jest więc zawsze próbą naszej wiary, miłości bliźniego i solidarności, a z tej próby możemy wyjść piękniejsi, szlachetniejsi i umocnieni.

W wyemitowanym niedawno filmie braci Sekielskich „Zabawa w chowanego” poruszony jest problem ukrywania pedofilskich zachowań duchownych przez przełożonych. Na ile, według rozeznania Księdza Arcybiskupa, taka postawa jest w Polsce powszechna?

Jestem przekonany, że każdemu biskupowi zależy na tym, aby wspólnota Kościoła była miejscem bezpiecznym, zwłaszcza dla najmłodszych. I każdy uczciwy pasterz dąży do tego, aby w szeregach kapłańskich nie było miejsca dla zachowań, które mogą stanowić jakiekolwiek zagrożenie. Kościół w Polsce wykonał wielką pracę w ostatnim czasie, aby tak właśnie było. Ustanowiliśmy delegatów, którzy zajmują się każdym zgłoszeniem, mianowaliśmy duszpasterzy, przygotowaliśmy odpowiednie procedury, opracowaliśmy programy prewencji, przeprowadziliśmy szkolenia księży i personelu pracującego z małoletnimi – to tylko niektóre z tych działań. Kościół – wbrew opinii medialnej – jest instytucją przodującą w tym względzie.

Trzeba jednak pamiętać, że jeszcze niedawno nie było w ogóle stosownych procedur, nie tylko zresztą w Kościele. Dawniej panowała inna świadomość: wydawało się, że żal sprawcy, rekolekcje, pokuta i obietnica poprawy wystarczą, aby człowiek przemienił swoje życie. Dlatego – w swojej naiwności – decydowano się na przenoszenie winnego księdza na inną placówkę. Dzisiaj wiemy, że to był błąd. Dlatego nie sądzę, aby ktokolwiek z ludzi odpowiedzialnych za wspólnotę Kościoła miał obecnie intencję tuszowania tych hańbiących spraw. W tej delikatnej materii – jak w ropiejącej ranie – trzeba dokonać radykalnego, oczyszczającego cięcia.

Mam więc nadzieję, że wiele się już nauczyliśmy. Jeśli jeszcze niedawno popełniane były przez przełożonych błędy czy zaniechania, to ufam, że nie oddają one dzisiaj powszechnego stanu rzeczy. Na podstawie licznych rozmów z księżmi biskupami mam głębokie przekonanie, że są oni bezkompromisowi wobec zła i że reprezentują taką samą postawę w tej materii jak wybrany przez nich delegat Konferencji Episkopatu do spraw ochrony małoletnich.

Czy Kościół w Polsce podejmuje działania, aby do takich nieprawidłowych reakcji przełożonych na skandal pedofilii duchownych nie dochodziło?

Panuje pewien mit – podtrzymywany ochoczo przez przekazy medialne – że Kościół nic nie robi w tej materii, co nie jest prawdą. Kościół robi bardzo wiele, także jeśli chodzi o system kontroli odpowiedzialności. Praktyczne narzędzia w tym względzie daje nam wydany przed rokiem dokument Ojca Świętego Franciszka „Vos estis lux mundi”, który ustanawia stosowne normy proceduralne dla zwalczania tego zjawiska, jak i do pociągnięcia do odpowiedzialności tych biskupów, którzy popełnili zaniedbania. Wierne trzymanie się owych zasad jest gwarancją uniknięcia tego rodzaju błędów.

Co najbardziej poruszyło Księdza Arcybiskupa w filmie „Zabawa w chowanego”?

To, co najbardziej porusza, to fakt, że przez 20 lat ludzie musieli żyć sami z tym tragicznym doświadczeniem.

W filmie rodzice pokrzywdzonego idą ze swoją tragedią do bp. Edwarda Janiaka, a ten traktuje ich jak natrętów, chce się ich jak najszybciej pozbyć, wykazuje brak współczucia. Dlaczego Kościół w Polsce, mimo wielu pozytywnych działań, jakie podejmuje na tym polu, wciąż nie potrafi zrozumieć dramatu molestowanych dzieci?

Cierpienia drugiego człowieka nie zrozumie do końca nikt, kto sam go nie przeżył. Zawsze jednak trzeba okazać współczucie i empatię. Osobiście spotkałem się z wieloma osobami pokrzywdzonymi i nie sądzę, aby ktokolwiek, kto poznał ich historie, mógł nie zostać nimi wstrząśnięty do głębi. Dlatego uważam, że twierdzenie, iż Kościół nie widzi dramatu osób wykorzystanych, jest krzywdzące.

Inną sprawą jest właściwe rozeznanie danej sytuacji w konkretnym przypadku oraz pełne empatii zmierzenie się z nią.

W życiu politycznym i społecznym w Polsce dochodzi do ostrych podziałów, traktowania osób o odmiennym zdaniu jak wrogów. Episkopat w swych dokumentach od lat wzywa do pojednania, ale to nie skutkuje. Może episkopat powinien zastosować jakąś inną metodę upominania, bardziej skuteczną, poruszyć sumienia i serca Polaków?

Mamy prawo między sobą się różnić. Spory są wpisane w pluralizm. Inną sprawą jest miłość, do której jesteśmy zobowiązani, niezależnie od poglądów politycznych. Do miłości nie można jednakże nikogo zmusić. Dlatego pasterze Kościoła mogą jedynie odwoływać się do wolności ludzkiej. Możemy głosić naukę Ewangelii, w której Pan Jezus poleca miłować bliźniego, w tym także nieprzyjaciół, oraz gorąco modlimy się w intencji otwarcia serc.

Problem w tym, że każdy jest gotów do zgody pod warunkiem, że to myślący inaczej zmieni się jako pierwszy. Tymczasem należy raczej przypuszczać, że tak się nie stanie. Jedyną osobą, nad którą mam władzę na wyciągnięcie ręki do zgody, jestem ja sam. Wprowadzanie społecznej miłości to zadanie, które trzeba zaczynać od siebie.

Rada Stała Episkopatu wydała specjalne oświadczenie w sprawie wyborów prezydenckich, w którym m.in. wskazała szereg kryteriów, jakie powinien spełniać prezydent. Wśród nich są np.: traktowanie władzy jako służby, kompetencje w dziedzinie życia politycznego, poszanowanie dla życia od poczęcia do naturalnej śmierci, gwarancja dla prawnej definicji małżeństwa jako trwałego związku mężczyzny i kobiety. Czy wśród ubiegających się o prezydenturę są osoby spełniające te kryteria?

Kryteria podane przez Radę Stałą nie służą wskazaniu konkretnego kandydata, ale raczej mają być pomocą w podjęciu przez każdego wyborcę osobistego rozeznania. Nie wystarczy bowiem, że ktoś przynależy do ugrupowania, które popieram, czy też wykazuje się cechami bądź sposobem bycia, który mi imponuje. Kluczem dobrych wyborów są wartości. W świecie nastawionym na szybki, łatwy i przyjemny efekt jest to niezmiernie ważne. Kierowanie się wartościami niesie bowiem długofalowe dobroczynne skutki dla całego społeczeństwa.

Jednak czy Kościół w Polsce nie jest zbyt powściągliwy w ocenianiu zjawisk politycznych, przyjmowanego prawa czy zbyt szeroko nie interpretuje zasady autonomii i bezstronności, obawiając się ataków ugrupowań, które w sferach etycznych mają poglądy przeciwne jego nauczaniu?

Trzeba przypomnieć, że Kościół zawsze – także w ostatnich latach – wypowiada się w sposób zdecydowany na niektóre ważne z punktu widzenia moralności i wiary tematy, na przykład w kwestii poszanowania dla życia od poczęcia do naturalnej śmierci, gwarancji dla prawnej definicji małżeństwa jako trwałego związku mężczyzny i kobiety, promocji kultury prorodzinnej, gwarancji prawnej dla rodziców do wychowania dzieci zgodnie z wyznawaną wiarą i wartościami. Są bowiem takie sprawy, w których nie ma kompromisu. Niestety, wygoda konsumpcyjnego życia pcha społeczeństwo do egoizmu. Wtedy cierpią najbardziej bezbronni, a Kościół musi być głosem tych, o których nikt nie walczy.

W kwestiach politycznych istnieje zjawisko skrajnego spolaryzowania interpretacji bieżących zjawisk. Księża biskupi byli, owszem, proszeni, aby wypowiadać się w tych sprawach. Zazwyczaj jednak były to próby instrumentalizacji Kościoła w walce z przeciwnikiem politycznym. Tymczasem Kościół ma zadanie o wiele poważniejsze aniżeli wikłanie się w bieżące zmagania polityczne; ma pomóc wszystkim – niezależnie od tego, do jakiej partii czy frakcji przynależą – w dojściu do zbawienia. Dlatego też nie może stać się narzędziem w rękach ludzi do walczenia z innymi ludźmi. Kościół jest narzędziem w ręku Boga do walki o człowieka.•

Abp Stanisław Gądecki

Metropolita poznański, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, doktor nauk teologicznych.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama