Nowy numer 47/2020 Archiwum

Należę do pokolenia JPII

O tym, dlaczego płakaliśmy po papieżu, o ideologii gender i o znaczeniu Jana Pawła II dla młodzieży opowiada ks. Luigi Maria Epicoco, autor wywiadu rzeki z papieżem Franciszkiem pt. „Święty Jan Paweł Wielki”.

Jakub Jałowiczor: Jan Paweł II i Franciszek to postacie z dwóch różnych końców planety. Jest między nimi jakieś podobieństwo?

Ks. Luigi Maria Epicoco: Tym podobieństwem jest przede wszystkim głębokie zaufanie Chrystusowi. Obaj nie mieli strategii w znaczeniu politycznym lub ideologicznym. Mieli za to bardzo głęboką wiarę w Chrystusa. I byli zakochani w Kościele. Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie bardzouderzyła, i was, w Polsce, pewnie też – to duchowość miłosierdzia. Jeśli Jan Paweł II był papieżem Bożego miłosierdzia, to Franciszek jest papieżem, który chce naznaczyć swój pontyfikat słowem „miłosierdzie”.

Jan Paweł II rzeczywiście bywa nazywany papieżem miłosierdzia, ale też papieżem rodziny, czasem papieżem cierpienia. Które określenie jest najbliższe prawdy?

Papież Polak interesował się wieloma wymiarami życia Kościoła, ale – moim zdaniem – najważniejsze były dla niego dwie kwestie: młodzież, czego świadectwem są Światowe Dni Młodzieży, a także rodzina. To dwa wielkie obszary zaangażowania Jana Pawła II. Jako ksiądz sam mogę o tym zaświadczyć. Bardzo często młodzi i rodziny zwracają się do niego w modlitwie z trudnościami. Kiedy małżeństwa nie mogą mieć dziecka, modlą się za jego wstawiennictwem. Gdy mają problemy we wzajemnych relacjach, jego proszą o pomoc. Młodzi ludzie, którzy rozeznają powołanie albo potrzebują znaku w życiu duchowym, zwracają się do Jana Pawła II.

Kiedy Jan Paweł II zapowiedział pierwsze ŚDM, wiele osób odradzało mu to, spodziewając się klapy frekwencyjnej. Dlaczego to zadziałało?

Kiedy myślimy o wierze, zbyt często rozumiemy ją w sposób indywidualistyczny. Zakładamy, że relacja z Bogiem zaczyna się i kończy na każdym z nas. Te dni dały nam wielkie pocieszenie. Pokazały, że nie jesteśmy sami z naszą wiarą w Boga i przynależnością do Kościoła. Pomogły zrozumieć, że wspólnota, która nas łączy, jest widoczna i można jej dotknąć. Widok tak wielu osób, które podzielają naszą wiarę, daje nam siłę. Wzmacnia nas jako lud Boży. Myślę, że młodzi szukają takich wydarzeń nie tylko po to, żeby zrobić coś nowego, ale żeby poczuć, że jest nas znacznie więcej, niż na co dzień się wydaje.

Niektórzy mówili, że to chrześcijańska odpowiedź na Woodstock. I chyba nie jest to tylko żart, bo ŚDM mają dawać odpowiedź na pytania, których młodzi ludzie mogliby szukać nie tam, gdzie trzeba.

ŚDM były mocno krytykowane. Mówiono: co zostaje w sercach uczestników, kiedy kończy się event? Mogę zaświadczyć, że wielu osobom ŚDM pomogły dokonać wyborów: o zawarciu małżeństwa, pójściu do seminarium, rozpoczęciu życia konsekrowanego. Myślę, że takich wydarzeń nie ocenia się po statystykach, ale po owocach rozumianych ewangelicznie – a to co innego niż rezultaty. Nie miliony młodych ludzi uczestniczących w ŚDM są godne podziwu – dyktator też może zebrać wielkie tłumy. ŚDM przyniosły owoce świętości w życiu wielu osób i to jest dowód na to, że były znakomitą intuicją Jana Pawła II. Nie są przeciw komukolwiek, bo dobro nie ustawia się w opozycji do zła, to zło ustawia się w opozycji do dobra. Jan Paweł II dał młodym możliwość wyrażenia głośno swojej wiary.

Zna Ksiądz osobiście ludzi, którzy dzięki Światowym Dniom Młodzieży zdecydowali się na małżeństwo albo kapłaństwo?

Mnóstwo. To m.in. osoby z mojego pokolenia, a w tym roku kończę 40 lat. Jan Paweł II to papież naszych czasów, większości naszego życia. Sam zostałem księdzem dzięki niemu. Nie tylko dzięki ŚDM, ale z powodu jego pontyfikatu, który wywarł wpływ na moje życie i na życie bardzo wielu z nas.

ŚDM w Panamie były mniej liczne od poprzednich, spotkanie w Lizbonie przesunięto o rok. Czy to oznacza zmierzch tych spotkań?

Tego nie wiem, bo to, co rodzi się z Ducha, a myślę, że była to inspiracja Ducha Świętego, zawsze jest nieprzewidywalne. Nie wiem, czy istnieje alternatywa dla ŚDM. Musimy natomiast odróżnić to, co widzimy jako wydarzenie, od tego, co dzieje się głębiej, w ciszy. Kiedy zasiejemy ziarno, wzrost zaczyna się pod ziemią. Dopiero w pewnym momencie na powierzchni pojawiają się kiełki, które można zobaczyć. Lata ciszy i przygotowań to wielka praca Ducha Świętego w diecezjach, w poszczególnych Kościołach, w grupach, w sercach młodzieży. Potem przychodzi moment, kiedy owoce są widoczne – podczas ŚDM. Nie wiem, czy Dni zawsze będą się odbywały, czy to będzie właściwe narzędzie w każdym czasie. Pewne jest, że Duch działa. I w sposób ukryty, i jawny. Jeśli będzie dalej jawnie działał poprzez ŚDM, będziemy bardzo szczęśliwi.

W Polsce dużo mówiono o pokoleniu JPII. Dostrzega Ksiądz coś podobnego w Europie?

Czuję się członkiem tego pokolenia. To dla mnie zobowiązanie. My, którzy należymy do pokolenia JPII, nie możemy się ograniczać do mówienia, że podziwiamy i kochamy tego papieża. Jeśli się kogoś kocha, to powinno to być widoczne w konkretny sposób. Pytam siebie, jak konkretnie świadczymy, że byliśmy jego dziećmi, jeśli nie mamy tej samej miłości do Chrystusa i do Kościoła, tego samego nabożeństwa do Maryi, tego samego zapału misyjnego, który miał Jan Paweł II. Mam nadzieję, że nasze pokolenie odda hołd Janowi Pawłowi II przez odważne wybory.

Papież Polak zajmował się rodziną. Już jako młody ksiądz próbował rozwinąć duszpasterstwo małżeństw, co w latach 40. było czymś bardzo nowoczesnym. Franciszek, zapytany przez Księdza o największe współczesne zagrożenie, mówi o ideologii gender. Czy to kontynuacja nauki Jana Pawła II?

Porównywałem homilie, które kard. Bergoglio wygłaszał jako arcybiskup Buenos Aires, z tym, co mówił ówczesny papież. Zobaczyłem, że odpowiadał na każdą pozytywną wzmiankę Jana Pawła II o rodzinie. To pokazuje, że Franciszek jest naprawdę blisko tego, co głosił papież Polak. Opowiem panu pewną anegdotę: fragment książki dotyczący gender papież przepisywał 15 razy. Uważał, że o tym powinien mówić jasno, tak żeby nikt nie zrozumiał go opacznie. Z teologicznego punktu widzenia ta ideologia zbliża się do ideologii wieży Babel. To pomysł stworzenia społeczeństwa, w którym zniszczy się różnorodność. Franciszek mówi, że to niweczy Boży pomysł na ludzkość. Spodziewałem się, że jako największe zagrożenie papież wskaże bogactwo, złą politykę albo nadużycia seksualne. A on powiedział, że te rzeczy niestety zawsze są częścią historii. W obecnym momencie być może najniebezpieczniejsza ze wszystkich jest ideologia gender.

Czy adhortacja „Amoris laetitia” albo zmiany w Papieskim Instytucie Jana Pawła II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną to kontynuacja nauczania papieża Polaka?

Zapytałem Franciszka, czy zrywa z przesłaniem Jana Pawła II. Odpowiedział mi tak: ci, którzy krytykują adhortację „Amoris laetitia”, często jej nie przeczytali. Czytali o niej w gazetach, czyli znają plotki, jakie o tym tekście powstały. A niewielu zadało sobie trud, żeby zastanowić się nad nim i nad ogromną różnicą w podejściu między „Familiaris consortio” Jana Pawła II i „Amoris laetitia” Franciszka. Jeśli ta pierwsza prezentuje podejście przede wszystkim teologiczne, to druga jest głównie pastoralna. Stara się wykorzystać duszpastersko nauczanie Kościoła, nie ignorując go, ale czyniąc je żywym w życiu ludzi. Myślę, że papież ma tu rację. Uważam, że mamy poważny problem z tym, że istnieje papież, o jakim opowiadają media, i papież prawdziwy. Wobec papieża medialnego ludzie zachowują się jak kibice piłkarscy: jedni go oklaskują, inni krytykują. Ani jedni, ani drudzy nie wyświadczają mu przysługi. Ci, którzy go oklaskują, często go nie słuchają. A krytycy są do niego uprzedzeni już na starcie. Miałem możliwość bycia blisko niego i mogę powiedzieć, że to Boży człowiek, bardzo bliski temu, co myślał Jan Paweł II. On sam posłużył się pięknym obrazem: „Wobec Jana Pawła II czuję się jak dziecko wobec giganta”.

Janów Pawłów też było dwóch: medialny i prawdziwy?

Tak, ale media były wtedy inne niż dziś. Krytyka Jana Pawła II płynąca z różnych stron świata była znacznie delikatniejsza. Każdy papież miał swoich zwolenników i przeciwników. Ojciec nie zawsze jest miły dla dzieci, często mówi rzeczy dla nich niewygodne. Ale właśnie dlatego jest ojcem.

Jan Paweł II, jak Ksiądz powiedział, rozpropagował kult Bożego miłosierdzia. Franciszek też dużo o nim mówi…

Teologia miłosierdzia czyni ich sobie bliskimi, a w jej centrum jest to, co – według mnie – jest centralną ideą Ewangelii: Bóg nas kocha w naszej nędzy. Każdy z nas ma swoją nędzę, choćby tę wynikającą z osobistej historii, cierpień doświadczanych w rodzinie. Karol Wojtyła stracił matkę jako dziecko, brata jako nastolatek, ojca jako młody człowiek. To jest jego nędza. Jednak czuł, że miłość Boga nie zostawiła go samego w nieszczęściu. Istnieje też nędza, do której sami doprowadzamy: grzech, błędy, upadki. Ma rację papież Franciszek, kiedy mówi, że osoba, która nie doświadczyła miłosierdzia, nie umie prawdziwie kochać. Dobrze to rozumiał Jan Paweł II, rozumie to dobrze papież Franciszek. Doskonale rozumiał też Benedykt XVI, który swoją pierwszą encyklikę poświęcił miłości i zatytułował „Deus caritas est”.

Wróćmy jeszcze do rodziny. Widzimy postępy ideologii gender. Czy nie jest tak, że Jan Paweł II, Franciszek, ale i autor „Humanae vitae” Paweł VI przegrali tę bitwę?

Chrześcijanom nie chodzi o wygranie bitwy, bo wiemy, że wojnę wygrał już Jezus. My mamy dawać świadectwo. Możemy być w mniejszości, możemy nie być słuchani, tylko prześladowani i wyśmiewani, ale to nieważne. Jeśli mówienie prawdy uratuje komukolwiek życie, to świetnie. A jeśli nie będziemy mówić prawdy, będziemy współwinni. Martwiłbym się raczej, gdyby świat zawsze się z nami zgadzał. To by znaczyło, że nie głosimy już Ewangelii i jesteśmy jak świat. A my jesteśmy, jak mówi Ewangelia, na świecie, ale nie ze świata. Zatem Paweł VI, Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek przy całym wysiłku, jaki wkładali w to, żeby być usłyszanymi, świadczyli jedynie, że Ewangelia jest wciąż żywa i że wciąż idzie pod prąd.

Wiele osób narzeka, że wspominanie Jana Pawła II jest za słodkie: oglądamy obrazki z papieżem przytulającym dzieci, śpiewamy „Barkę” itp. Zastanawiam się, czy da się wspominać papieża bez tych emocji. Czy to byłoby lepsze?

Oddawanie hołdu papieżowi jedynie na poziomie emocji, bez podejmowania poważnych decyzji odnośnie do własnego życia nie byłoby, jak sądzę, czymś, co by uzasadniało mówienie, że go kochamy. Ale i odwrotnie. Nie można jedynie iść za kimś, nie żywiąc do niego uczucia. Musimy mieć te dwa elementy razem. Przy Janie Pawle II czuliśmy się dobrze, bo czuliśmy się przez niego kochani. Wszyscy płakaliśmy w 2005 r., kiedy zmarł. Dlaczego? Z powodu sentymentalizmu? Nie. Wszyscy, i jego wrogowie, i przyjaciele, byli zgodni, że odszedł ojciec. Myślę, że to było największe dziedzictwo, jakie po sobie pozostawił. W czasach, kiedy wielu ojców nie odgrywa swojej roli, był ojcem dla świata. •

Ks. Luigi Maria Epicoco

ur. w 1980 r., teolog, wykładowca na Papieskim Uniwersytecie Laterańskim oraz szef Instytutu „Fides et Ratio” w Aquili. Autor ponad 20 książek teologicznych i poświęconych duchowości, a także wywiadu z papieżem Franciszkiem pt. „Święty Jan Paweł Wielki”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jakub Jałowiczor

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w radiu „Kampus”. Współpracował m.in. z dziennikiem „Polska”, „Tygodnikiem Solidarność”, „Gazetą Polską”, „Gazetą Polską Codziennie”, „Niedzielą”, portalem Fronda.pl. Publikował też w „Rzeczpospolitej” i „Magazynie Fantastycznym” oraz przeprowadzał wywiady dla portalu wideo „Gazety Polskiej”. Autor książki „Rzecznicy”. Jego obszar specjalizacji to sprawy społeczno-polityczne, bezpieczeństwo, nie stroni od tematyki zagranicznej.
Kontakt:
jakub.jalowiczor@gosc.pl
Więcej artykułów Jakuba Jałowiczora

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także