Nowy numer 49/2020 Archiwum

Ropę tanio sprzedam

Za niskimi cenami na stacjach paliw stoi nie tylko koronawirus, ale również prawdziwa wojna karteli naftowych na najwyższym szczeblu. Czy przeciętny konsument ma powody do radości?

Na pierwszy rzut oka pytanie wydaje się absurdalne: bo kto by się zastanawiał, czy lepiej jest płacić więcej, czy mniej przy tankowaniu pojazdu. Odpowiedź jednak nie jest wcale prosta i zależy od tego, jak bardzo ceny paliw jeszcze spadną, jak długo się utrzymają na takim poziomie, a także od tego, o konsumentach i gospodarce jakiego kraju mówimy. Ostatecznie za wojnę karteli naftowych oraz niskie ceny ropy i benzyny mogą zapłacić wszyscy. Drożejąca ropa to nie jest dobry news, ale taniejąca bez opamiętania to wiadomość jeszcze gorsza.

Kto trzęsie rynkiem

Od II połowy XX wieku warunki na rynku dyktowała Organizacja Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC). Jej niekwestionowanym liderem stała się Arabia Saudyjska, z najwyższym dobowym wydobyciem, choć gdyby patrzeć na wielkość rezerw, to wyprzedza ją Wenezuela. W 2016 r. powstała formuła współpracy krajów OPEC z państwami nienależącymi do kartelu, a będącymi istotnymi graczami na rynku – w sumie to 10 krajów, wśród których nieformalnym liderem jest Rosja. Dziś można powiedzieć, że warunki dyktują trzy kraje: Arabia Saudyjska, USA i Rosja. Z małą korektą: ta ostatnia została najmocniej poturbowana po zaciętej wojnie cenowej z przełomu marca i kwietnia. Oto bowiem Władimir Putin, po interwencji Donalda Trumpa, wspierającego „swojego przyjaciela”, księcia saudyjskiego Muhammada ibn Salmana, musiał zgodzić się na radykalne obniżenie wydobycia ropy, co będzie miało dalekosiężne skutki. Obniżenie wydobycia było konieczne, bo pandemia, zatrzymując handel, transport i wszelkie inne aktywności, radykalnie obniżyła też popyt na paliwo. Utrzymanie wysokiego wydobycia ropy spowodowałoby gigantyczną nadpodaż i tym samym jeszcze większe spadki cen ropy – co mogłoby doprowadzić do jeszcze większego załamania globalnej gospodarki. Już jednak ograniczenie wydobycia na skalę dotąd nieznaną spowodowało dla niektórych graczy – zwłaszcza Rosji – poważne kłopoty i widmo bankructwa. Ale po kolei.

Wojna nerwów

Początek kwietnia to był moment, gdy od decyzji największych producentów i eksporterów ropy zależało bardzo wiele. Uziemienie samolotów i zamrożenie wielu sektorów gospodarki w krótkim czasie obniżyły światowe zapotrzebowanie na ropę o jedną trzecią. Było więc jasne, że wydobycie surowca musi zostać radykalnie ograniczone. Brak takich działań doprowadziłby do sytuacji, w której producent musiałby dopłacać odbiorcy za to, że ten od niego tę ropę kupi. Ta sytuacja najbardziej skonfliktowała Rosję z Arabią Saudyjską. Arabia może sobie pozwolić na większe obniżki wydobycia i obniżanie ceny za baryłkę, by ciągle wchodzić na plus, w przeciwieństwie do Rosji. Dla niej zejście z ceną za baryłkę poniżej pewnego pułapu oznacza bankructwo, a ograniczenie wydobycia grozi zamknięciem na stałe setek szybów, zwłaszcza tych pracujących na Syberii, bo ich nieaktywność przez nawet krótki okres oznacza zamarznięcie. I jeśli ktoś śledził negocjacje w tej sprawie między Moskwą a Rijadem, mógł odnieść wrażenie, że to niemal wojna między gangami, które dotąd zgodnie dyktowały warunki innym, a teraz muszą skoczyć sobie do gardeł, by przeżyć. Rosja stanowczo i dość długo odmawiała zgody na obniżenie wydobycia o 300 tys. baryłek dziennie. W odpowiedzi saudyjski książę zagroził zwiększeniem wydobycia. I żeby jeszcze podnieść swoją pozycję negocjacyjną, Arabia Saudyjska zwiększyła eksport ropy, m.in. do USA. Zainteresowani szczegółami mogą wejść na portal tankertrackers.com, który monitoruje satelitarnie ruch tankowców – wynika z niego, że Saudyjczycy pod koniec marca, czyli wtedy, gdy światowa gospodarka stanęła w miejscu, dostarczyli do USA ponad dwa razy więcej ropy niż miesiąc wcześniej, co w nowej sytuacji nie było w żaden sposób uzasadnione popytem, a jedynie miało wywrzeć presję na Rosję. W kwietniu Rijad doprowadził Moskwę do szału, bo dostawy ropy do USA wzrosły o niemal 100 proc. w stosunku do końca marca. Tyle tylko, że w pewnym momencie cena baryłki ropy typu WTI (West Texas Intermediate) spadła… poniżej zera, co oznaczało, że amerykańscy producenci dopłacali odbiorcom. Wtedy też zainterweniował Donald Trump, który zapowiedział ograniczenie lub nawet wstrzymanie importu z Arabii Saudyjskiej.

Kapitulacja Rosji

To doprowadziło do włączenia się USA bezpośrednio w negocjacje czy raczej realną wojnę cenową między Arabią i Rosją. Początek kwietnia to gorąca linia telefoniczna między Białym Domem i Kremlem. Do tego dochodziły rozmowy z Saudami. Ostatecznie w połowie kwietnia uzgodniono warunki, które w całości musiał zaakceptować Putin, chociaż… były one o wiele mniej korzystne dla Rosji niż te, które wcześniej proponowała Arabia Saudyjska, a które Moskwa odrzucała. Porozumienie zakłada zmniejszenie wydobycia o blisko 25 proc., przy czym dla Rosji oznacza to większe cięcia nie tylko w stosunku do tego, co musi zrobić Arabia, ale też w stosunku do tego, co ta druga proponowała jeszcze dwa miesiące temu. Wtedy Rosja stanowczo wykluczała zmniejszenie wydobycia o 1,5 mln baryłek dziennie, teraz musiała zgodzić się na blisko 3 mln baryłek mniej. Jeśli więc wcześniejsza propozycja oznaczała zapaść dla rosyjskiego budżetu, to co oznacza jeszcze bardziej radykalne cięcie? Jeśli prawdą jest, że dochody z eksportu ropy zapewniają Rosji prawie 30 proc. PKB, to można mówić o prawdziwej tragedii. Zdaniem ekspertów już samo obniżenie cen ropy doprowadziło do przekroczenia granicy wytrzymałości rosyjskiego budżetu, więc dodatkowo radykalne ograniczenie produkcji, choć ma zapobiec dalszym spadkom cen, de facto może dobić rosyjską gospodarkę. Wprawdzie Rosja posiada – podobnie jak Arabia Saudyjska – rezerwy budżetowe, po które już musiała sięgnąć, to jednak na dłuższą metę nie wystarczy to na bieżące funkcjonowanie państwa.

Zysk dla Polski?

Ze wszystkich dostępnych analiz wynika, że doraźnie na tej wojnie cenowej mogą skorzystać takie kraje jak Polska. Zdecydowana większość sprowadzanej przez nas ropy pochodzi właśnie z Rosji. Niższe ceny surowca mogą zrekompensować spodziewany spadek tempa wzrostu PKB. Tańsza ropa zatem na pewno pomoże krajom, które importują ten surowiec i które będą zmagały się z recesją wywołaną zamrożeniem gospodarki – dzięki niższym cenom paliw recesja może przebiegać nieco łagodniej, niż w sytuacji, gdyby ceny utrzymywały się na wysokim poziomie. Tyle tylko, że na dłuższą metę jest to złudna korzyść i właściwie trudna do oszacowania. Bo co kierowcom da niższa cena paliwa, jeśli nie będą mogli swoimi pojazdami ani rozwieźć towarów, ani dowieźć ludzi na wypoczynek, bo turystyka to ciągle jedna z najbardziej zagrożonych branż. Dlatego paradoksalnie im niższe ceny widzimy na stacjach paliw, tym więcej mamy powodów do obaw, nawet jeśli w danym momencie płacimy mniej za tankowanie.

A dla krajów eksportujących ropę kłopoty są odczuwalne od razu. Mówiliśmy dużo o Rosji, ale w jeszcze gorszej sytuacji są kraje, które nie mają żadnych rezerw, bo na bieżąco wydawały zyski ze sprzedaży ropy. Taki problem mają przede wszystkim kraje afrykańskie, zwłaszcza Libia, Nigeria czy Algieria, ale również azjatyckie, jak Kazachstan czy Azerbejdżan. Niskie ceny ropy oznaczają na dłuższą metę kłopoty konsumentów nawet w krajach, które na obecnej wojnie cenowej wychodzą najlepiej, w tym USA. Przecież niskie ceny ropy oznaczają redukcję czy wręcz całkowitą rezygnację z inwestycji – co widać już po działaniach amerykańskich potentatów. A brak inwestycji m.in. w nową infrastrukturę i nowe punkty dystrybucji oznacza… wyższe ceny w czasie, gdy sytuacja wróci nieco do normy. To dotyczy także Polski – bo czy polskie koncerny będzie stać na rozbudowę sieci dystrybucji w sytuacji, gdy ceny paliw są tak niskie? Warto więc patrzeć na to również od tej strony, w perspektywie nie tyle kilku najbliższych tankowań (i tak rzadszych niż zazwyczaj), ale w perspektywie najbliższych lat.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także