Nowy numer 49/2020 Archiwum

Nie pytam, dlaczego ja

O sile ducha, kartach kredytowych i Janie Pawle II opowiada Wojciech Halarewicz.

Barbara Gruszka-Zych: Dzisiaj bliskość jest zabroniona. A przecież żeby poczuć drugiego, potrzebne jest dotknięcie. Czułeś takie dotknięcie Jana Pawła II?

Wojciech Halarewicz: Spotkałem się z nim przed moją chorobą w 2002 i 2003 r. Z żoną Kasią podeszliśmy do papieża na krótką rozmowę po audiencji na placu św. Piotra.

Wymieniliście kilka słów?

Nawet ktoś zajmujący się od lat public relations, tak jak ja, w tym momencie nie wie, co powiedzieć. Spojrzałem mu w oczy, przez chwilę trzymałem jego rękę i pamięć tego została mi na całe życie. Był słaby, ale czułem płynącą od niego niesamowitą energię, a jego dotyk mogę nazwać dotykiem świętości. Ojciec Święty został mi w pamięci jako czysty, transparentny człowiek, który nie przesłania sobą Boga, ale uwypukla Jego obecność. Dotąd oglądałem go w mediach jako niesamowitego aktora, świetnego mówcę, na którym skupiało się tysiące oczu i kamer. Wtedy zobaczyłem prawdziwego człowieka. Już po jego śmierci dowiedziałem się, że kiedy pod koniec życia podczas procesji na Boże Ciało przejeżdżał z Lateranu do bazyliki Santa Maria Maggiore, koniecznie chciał uklęknąć w samochodzie, pragnąc oddać cześć Jezusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie. Do końca potrafił pokazać, kto tu jest najważniejszy.

To nie było Wasze ostatnie spotkanie.

W 2008 roku rozpoznano u mnie czerniaka skóry. W trakcie choroby nie zapomniałem tego fizycznego dotknięcia papieża. Wielokrotnie, kiedy leżałem w łóżku, w domu czy w szpitalu, i rozmyślałem, co będzie po drugiej stronie, dodawało mi sił wspomnienie tamtej obecności Jana Pawła II. W 2010 r. poszedłem na diagnostykę do IFO – instytutu onkologii w Rzymie i po badaniu lekarz powiedział, że nie podoba mu się moje lewe płuco. Przypuszczał, że pojawił się tam przerzut. Kazał przyjść na tomografię za miesiąc. Właśnie wtedy spotkałem się z Janem Pawłem II.

Ale przecież już nie żył...

Kilka dni po wizycie w klinice bardzo realistycznie przyszedł do mnie we śnie. Leżał w łóżku, a kiedy zbliżyłem się do niego, chwycił mnie za rękę i powiedział: „Lewa strona twoich płuc jest w porządku, trzeba się zająć prawą”. Rano pomyślałem, że to tylko sen. Ale kiedy po miesiącu poszedłem na badanie i po trzech godzinach dostałem jego opis, okazało się, że po prawej stronie jest ewidentny przerzut.

Miesiąc wcześniej usłyszałeś to od Jana Pawła II. To było spotkanie metafizyczne.

Tak, choć wtedy tego tak nie postrzegałem. Lekarka jednak potwierdziła diagnozę. Wtedy wprowadzono do testów klinicznych lek, który dwa tygodnie wcześniej był niedostępny, odpowiedni do terapii celowanej. Dostałem go do leczenia eksperymentalnego. Po miesiącu nie było śladu po przerzucie, a ja czułem, że zajął się tym Jan Paweł II. Minęło sporo czasu od tego wydarzenia, a ja jestem pewien, że ten dotyk miał miejsce. W ostatnim czasie musimy wstrzymywać się od bliskości z powodu pandemii, ale bez dotyku ludzkość się kończy. Bez niego nie ma relacji, płodności, bliskości.

Po postawieniu diagnozy lekarze dawali Ci 3 procent szansy na przeżycie. Czułeś, że to wyrok?

Nigdy nie wolno używać słowa „wyrok”. O ludzkim życiu nie decyduje lekarz ani my sami. Nawet do najcięższej choroby trzeba podejść optymistycznie. Jeden rak nie jest równy drugiemu. Na początku część onkologów nie chciała ze mną poważnie rozmawiać. Jedynie prof. Zbigniew Nowecki powiedział, że zajmie się leczeniem. W takim momencie trzeba zaufać lekarzom, ale też zająć się swoim duchem. Znaleźć godzinę na pójście do kaplicy albo zamknięcie się w kuchni czy łazience i posiedzenie tam w odosobnieniu. Natchnienia, które wtedy do ciebie przyjdzie, nigdy nie zapomnisz. Ono ustawi ci życie. Nie zalecam, żeby to robić pierwszego dnia, kiedy jest się w szoku, ale dopiero trzeciego.

Twoje leczenie to był proces, bo nieraz pojawiały się przerzuty.

Teraz czuję się zdrowy. Choć lekarze nie traktują mnie jak całkiem wyleczonego, tylko jak pacjenta niskiego ryzyka. Jestem tzw. NED – no evidence of desease.

Bogu i Janowi Pawłowi II niech będą dzięki! W trakcie choroby pewnie nieraz wracało do Ciebie pytanie, czemu ma służyć Twoje cierpienie…

I doszedłem do wniosku, że było mi potrzebne, żebym znalazł czas na przymusową refleksję. Jak mówią Amerykanie, musiałem mieć odpowiedni share of mind dla Pana Boga, czyli taki stan, kiedy część naszego umysłu czy serca otwieramy na to, co najważniejsze. Chyba wtedy najbardziej zbliżamy się do Pana Boga. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak mało ważna jest nasza karta kredytowa, konto bankowe, programy lojalnościowe, złota karta Senatora w Lufthansie. Połóż sobie bankową kartę kredytową i tę Lufthansy na szpitalnej szafce, kiedy jesteś podłączona do respiratora. Wtedy uświadomisz sobie właściwą hierarchię spraw.

Ta nauka zostaje na lata?

Martwi mnie, że szybko o niej zapominamy. Czas cierpienia, bólu może jest najpiękniejszym danym nam czasem. Ja doświadczyłem wtedy dotknięcia Pana Boga, a potem wróciłem do rzeczywistości. Na szczęście zawsze mam możliwość zatęsknienia do tamtych chwil.

Cierpienie jest darem, ale to bardzo trudny dar.

Nie pomyśl, że za nim tęsknię. Ale jestem pewien, że w trakcie eskalacji choroby byłem blisko Pana Boga, blisko zdania sobie sprawy z tego, kim jestem.

Znalazłeś odpowiedź na to fundamentalne pytanie! Kim jesteś?

Dotarło do mnie, że jestem człowiekiem obdarowanym miłosierdziem. Zobaczyłem swoje życie i wszystkie głupie rzeczy, które robiłem, zapominając, że pokusa kończy się grzechem. Zdałem sobie sprawę, że bez Pana Boga jesteśmy słabymi, zostawionymi samym sobie stworzeniami. Funkcjonując w hierarchii Huxleya z „Nowego wspaniałego świata”, tworzymy systemy, w których działają alfa, beta, gamma. Ktoś jest dyrektorem, ktoś robotnikiem, ktoś inny bezrobotnym. A w oczach Boga to nie ma znaczenia. Paradoksalnie możemy wiele, ale nie w swojej mocy, tylko w słabości. Największe sukcesy życiowe i zawodowe odnosiłem, mając gdzieś w tyle głowy świadomość własnej choroby i słabości.

To pomagało?

No bo czym ryzykowałem? Dlaczego miałem się przejmować wyścigiem szczurów, czyimiś opiniami? Wyszedłem poza to wszystko i okazało się, że udaje mi się bardziej niż przedtem.

Przypominasz, że najważniejsze jest być dobrym człowiekiem.

Bo to prawda. Ale nie chciałbym, żeby czytający to odebrali mnie, jakbym był ideałem. Nieustannie zdarza mi się wiele upadków, słabości… Naprawdę, mam z czym iść do konfesjonału. Często zadaję sobie pytanie, czy gdy ktoś na mnie patrzy, to chciałby być katolikiem. Boję się, że powie: „Jeśli tak zachowuje się katolik, to ja dziękuję”. To wszystko mówię z pozycji grzesznika.

Zaraz sama zacznę się bić w piersi. Na pocieszenie przypomnę, że Pan Jezus zadawał się z grzesznikami. Wróćmy do tego, co mówiłeś o miłosierdziu, na które zwracał uwagę Jan Paweł II.

W poważnym biznesie, którym się zajmuję, podejmuję bardzo racjonalne decyzje na podstawie różnego rodzaju bilansów. Jeśli to myślenie bilansowe odnieślibyśmy do naszego życia, zobaczylibyśmy, jak ten bilans jest w nim zachwiany. Rachunek ekonomiczny niejednego z nas okazałby się tragiczny. Te różnice w nim pokrywa tylko Boże miłosierdzie.

Czy dopadło Cię pytanie, które prześladuje niektórych chorych: „Dlaczego ja?”?

Nigdy go sobie nie zadałem. Kiedy ktoś kierował je do mnie, mówiłem: „Wskaż, kto miałby być chory zamiast mnie”. Nie pytam, dlaczego ja, przekonany, że widocznie to jest potrzebne i że może z tego wyniknąć mnóstwo dobra. Niezależnie od tego, czy mam do przeżycia jeszcze pięć minut, pięć dni czy pięćdziesiąt lat.

Wiem, że doprowadzałeś do Pana Boga wielu poznanych chorych.

Dzięki temu, że razem się leczyliśmy i rozmawialiśmy, jakoś ich do tego inspirowałem. Ale ostatecznie to oni sami Go znajdowali. W takich sytuacjach czasem jedno zdanie sprawia, że ktoś w siebie uwierzy. Nagle uruchamia się w nim pozytywna energia. „Muszę coś z tą chorobą zrobić, mam jakąś misję” – postanawia.

Jaka jest misja przeciętnego chorego? Leży całymi dniami w bólach, czekając, aż ktoś przyniesie mu posiłek, leki.

Może temu, kto je przynosi, bardzo serdecznie podziękować, uśmiechnąć się do niego. A okaże się, że dla osoby, która mu pomaga, jest to jeden z nielicznych szczerych uśmiechów, których doświadczyła w ciągu ostatnich lat. Może się za odwiedzającego pomodlić. Może dotyk chorego, który ledwo ma siłę przewrócić się w łóżku na bok, jest jedynym czułym dotykiem, bo przychodzący do niego kobieta czy mężczyzna nie doświadczyli takiego dotyku od swoich bliskich w ciągu kilkunastu lat. Jestem przekonany, że największe wrażenie robią takie podstawowe gesty, a nie jakiś show, „X Factor”. To tylko inżynieria, przedstawienie.

Widowiskowe rzucanie się w ramiona przed kamerami.

Najważniejsze odbywa się bez medialnego szumu. Niewielu chwali tych, którzy za zamkniętymi drzwiami mieszkań czasem przez długie lata opiekują się chorującymi przewlekle bliskimi. To przykład niezwykłego heroizmu. W ewolucji ludzkości nie zapisze się realizator show w telewizji, ale tacy cisi opiekunowie innych.

Twoją cichą opiekunką jest żona. Ty, podróżując po świecie, nakręcasz wielki biznes, ona, nie zabierając publicznie głosu, ofiarnie Cię wspiera.

Kasia stale ze mną jest. Bo doświadczenie onkologiczne nie dotyczy tylko chorego, ale całej jego rodziny. Była pracownikiem naukowym na uczelni, ale zdecydowała się zrezygnować z kariery ze względu na moją chorobę. Dzięki jej pomocy po operacjach udawało mi się po kilku dniach wracać do zajęć. Szczytem było to, jak po operacji węzłów chłonnych miałem ręce szeroko rozstawione, jak bokser wchodzący na ring, a Kasia dowoziła mnie samochodem do firmy. Ja, taki samodzielny, dzięki niej nauczyłem się przyjmować pomoc bez podkreślania, że dam radę zrobić wszystko.

Masz obok żonę, grono przyjaciół. Czy w cierpieniu wystarczy wsparcie takich ludzi?

Kiedyś, zanim podano mi narkozę przed jedną z pierwszych operacji, pomyślałem: „Boże, jaki jestem teraz szczęśliwy, że mogę z Tobą rozmawiać. Jak ciężko by mi było, gdybym myślał, że Cię nie ma”. Bliscy i przyjaciele są ogromnie ważni i jeśli wierzymy w fizyczną obecność Pana Boga w naszym życiu, jeśli z Nim rozmawiamy, to każda z otaczających nas osób sprawia, że ten Jego głos słyszymy jeszcze lepiej. Nie zapominajmy jednak, że wiara to łaska, trzeba nią zostać obdarowanym.

Nosisz medalik z Matką Teresą. Ona mimo łaski wielkiej wiary przeżywała latami jej ciemną noc.

Ale żyła, jakby stale miała wiarę. W 2001 r. pojechałem do Kalkuty podpisać pewien kontrakt. Udało mi się wtedy wejść do jej domu i tam dostałem obrazek z modlitwą w hindi oraz ten medalik. Odtąd stale go noszę.

Ale masz jeszcze drugi…

Z Janem Pawłem II.

Nieraz, kiedy zwracałam się do Ciebie o pomoc modlitewną, mówiłeś, że właśnie wybierasz się do jego grobu. Lubisz tam być, choć modlić można się wszędzie.

Oczywiście, że tak, ale mnie chodzi o ten dotyk, o którym mówiliśmy. Potrzebna mi jest Jego bliskość. A poza tym Rzym to moje miasto i wiele osób, które tam ze mną chorowały na nowotwory, spotykałem i spotykam przy tym grobie.

Co czujesz w tym miejscu?

Gdy przychodzę, mówię: „Jestem znowu. Pamiętasz, jak prosiłem cię, żeby był jeszcze następny raz. I jest”. Potrzebuję powrotów do tego miejsca, żeby się umocnić. W codziennej modlitwie wypowiadam słowa: „Bądź wola Twoja” i nieustannie uczę się oddawania Bogu. Zwykle sami chcemy pisać scenariusze swojego życia, ale wiem, że ostatnie słowo należy do Niego.•

Wojciech Halarewicz

Członek Rady Administracyjnej Fundacji Jana Pawła II. wiceprezes Mazda Motor Europe. Z pasji organista.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także