Nowy numer 28/2020 Archiwum

Kiedy system śledzi wirusa

Telefony wykrywające chorych, kamery termowizyjne w sklepach, obowiązkowe przesyłanie selfie władzom – ile prywatności warto poświęcić dla walki z epidemią?

Firma Amazon zamówiła kamery termowizyjne, za pomocą których będzie sprawdzała temperaturę ciała swoich pracowników – ujawnił Reuters. Doniesienie wywołało skandal, bo sprzęt sprowadzony przez największy na świecie sklep internetowy pochodzi z chińskiej firmy Dahua, która jest objęta sankcjami przez władze USA. Jednak pomysł używania kamer termowizyjnych wobec pracowników lub klientów staje się coraz bardziej powszechny.

Kamery źle widziane

Dahua znalazła się na amerykańskiej czarnej liście jesienią 2019 r., razem z 27 innymi chińskimi przedsiębiorstwami, w tym iFlytek i Hikvision. To najwięksi pochodzący z Państwa Środka producenci kamer wideo z technologią rozpoznawania twarzy, a także innych rodzajów kamer, w tym tych termowizyjnych. Powodem nałożenia sankcji było zaangażowanie przedsiębiorstw w represje wobec Ujgurów, islamskiej mniejszości zamieszkującej chińską prowincję Sinciang. Organizacje międzynarodowe, takie jak Human Rights Watch, donosiły o licznych prześladowaniach Ujgurów, m.in. o masowym zamykaniu ich w obozach. Jak podawał portal ipvm.com, firmy Dahua i Hikvision dostarczały sprzęt chińskiemu aparatowi bezpieczeństwa. Amerykanie mają też własne zarzuty wobec Dahua. W 2019 r. odkryto bowiem, że dostarczane do USA kamery tej firmy mają wbudowany system przesyłający dane do Chin.

Amazon miał kupić od 500 do 1,5 tys. kamer Dahua. Było to legalne, bo w ramach sankcji chińskiego producenta odcięto jedynie od państwowych kontraktów. Prywatne firmy mogą robić z nim interesy, choć jest to zły sygnał dla władz.

Ciepło, zimno

Stosowanie kamer w miejscach publicznych stało się popularne w Azji w czasach epidemii SARS z 2002 i 2003 r. Zainstalowano je wtedy na lotniskach w Chinach i Singapurze. Później technologię zaczęły stosować kolejne kraje, w tym np. Meksyk, który w 2009 r. kupił 40 takich urządzeń dla swoich 8 największych portów lotniczych. Ówczesne kamery podawały w czasie rzeczywistym temperaturę danej osoby z dokładnością do jednego stopnia Fahrenheita, czyli ok. pół stopnia Celsjusza. W tej chwili producenci chwalą się sprzętem o czułości 0,3 stopnia Celsjusza. Jeśli wierzyć materiałom promocyjnym firmy Dahua, odczytu nie da się oszukać, zakładając kominiarkę czy kask motocyklowy. Nie oznacza to, że systemy są nieomylne. Za pomocą kamery nie stwierdzi się, czy osoba z podwyższoną temperaturą ma COVID-19, inną chorobę czy po prostu przed chwilą biegła.

Powszechne stosowanie kamer termowizyjnych wzbudza kontrowersje. Wielu komentatorów zwraca uwagę, że to naruszenie prywatności klientów czy pracowników. Producenci zapewniają, że ich sprzęt nie gromadzi i nie przesyła nigdzie danych, ale zeszłoroczna afera związana z chińskimi kamerami pokazuje, że zainstalowanie systemu przekazującego informacje osobom trzecim byłoby technicznie wykonalne.

W Polsce jedną z pierwszych firm, które pochwaliły się korzystaniem z kamer termowizyjnych, była pizzeria ze Słupska. Jednym z pomysłów rządu dotyczących odmrażania gospodarki było to, by wszystkie centra handlowe miały obowiązek instalowania urządzeń mierzących temperaturę klientów. Właściciele galerii nie są tym zachwyceni, m.in. ze względu na koszta. Dobra kamera kosztuje przynajmniej kilka tysięcy złotych (choć w sklepach internetowych można znaleźć proste zestawy za kilkaset złotych). Do tego doszłyby koszty szkolenia personelu. W dodatku nie jest pewne, co właściwie należałoby zrobić, gdyby sprzęt wykrył u kogoś gorączkę.

Baza danych

W kwietniu firmy Apple i Google ogłosiły, że pracują wspólnie nad systemem informującym daną osobę, że w jej pobliżu znajduje się ktoś chory albo objęty kwarantanną. Aplikacja ta ma wysyłać przez bluetooth sygnał do telefonów znajdujących się w pobliżu i odbierać go od innych. Jeśli któryś z aparatów będzie należał do osoby, która znajduje się w rejestrze jako zarażona, wyświetli się ostrzeżenie. Twórcy systemu przekonują, że chcą zapewnić bezpieczeństwo danych użytkowników aplikacji, a ostrzeżenie ma być anonimowe – nie będzie wskazywać, że potencjalnym zagrożeniem jest Jan Kowalski stojący za nami w kolejce, lecz jedynie to, że ktoś mający styczność z wirusem jest w pobliżu. W praktyce jednak aplikacja będzie musiała współpracować z bazą danych, w której odnotowane zostanie, że Jan Kowalski posługujący się danym numerem telefonu ma wirusa. Takimi bazami dysponują państwowe służby medyczne. Nie jest pewne, czy rządy uzyskają w ten sposób informacje o tym, gdzie poruszają się obywatele. Z pewnością jednak operatorzy systemu będą musieli mieć dostęp do informacji medycznych o użytkownikach aplikacji. Ostrzeżeniem dotyczącym prywatności może być sytuacja panująca w Korei Południowej, gdzie już na początku epidemii zastosowano podobny mechanizm. Jak podaje Business Insider, użytkownikom telefonów znajdujących się w określonym miejscu wysyłano wiadomości o treści: „Osoba mająca kontakt z wirusem o godz. 24 była w klubie karaoke Magic Coin” albo: „Kobieta po sześćdziesiątce została pozytywnie zdiagnozowana, zobacz, gdzie była przed wizytą w szpitalu”.

Bez zgody sądu

Podobne oprogramowanie próbuje uruchamiać wiele krajów. W Singapurze zakończyło się to niepowodzeniem, ponieważ aplikację zainstalowało tylko 12 proc. mieszkańców. Reszta pozostała zatem niewidoczna dla systemu, a żeby dawał on realny obraz sytuacji, oprogramowanie musi ściągnąć większość mieszkańców danego miasta czy regionu. W większości krajów trudno to sobie wyobrazić, dopóki instalacja nie będzie obowiązkowa.

Spór dotyczący kontroli zarażonych wybuchł w Izraelu. Rząd Binjamina Netanjahu usiłuje wprowadzić przepisy, które pozwolą wojskowemu kontrwywiadowi Szin Bet na śledzenie telefonu i kart kredytowych danej osoby przez 30 dni bez zgody sądu. Takie metody są zwykle stosowane w przypadku ludzi podejrzanych o terroryzm lub udział w zorganizowanej przestępczości. Pomysł wywołał opór organizacji broniących praw człowieka i na pewien czas zablokował go izraelski Najwyższy Sąd Sprawiedliwości, ale premier Netanjahu nie przestał forsować tego rozwiązania. Do zbierania zanonimizowanych danych dotyczących poruszania się obywateli przyznawały się też władze Austrii, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, Belgii i Włoch.

Apka zamiast policjanta

W Polsce na początku pandemii rząd zaczął rozpowszechniać aplikację służącą do sprawdzania, czy osoba poddana kwarantannie nie opuszcza domu. Darmowy system o losowej porze wysyła sygnał, a wtedy użytkownik musi w ciągu 20 minut zrobić sobie zdjęcie. System rozpoznawania twarzy potwierdza, że selfie wykonała wskazana osoba, a za pomocą geolokalizacji sprawdza się, czy znajduje się ona w swoim domu. Jeśli nie, należy się spodziewać wizyty policji. Początkowo instalacja systemu była dobrowolna i miała stanowić ułatwienie dla izolowanego – zrobienie zdjęcia miało być mniej kłopotliwe niż częste wizyty służb, a za jej pomocą możliwe miało być też uzyskanie pomocy psychologicznej i zamówienie żywności. Jednak od 1 kwietnia wprowadzono obowiązek posiadania aplikacji przez ludzi poddanych kwarantannie. Okazało się jednak, że system jest zawodny. Użytkownicy skarżą się, że aplikacja nie rejestruje zdjęcia, a w dodatku nie zawiera dodatkowych opcji, które obiecywano. Na przełomie maja i kwietnia władze zaczęły z kolei zachęcać do instalowania aplikacji ProteGO Safe, wykrywającej chorych znajdujących się w pobliżu. Na razie nie jest to obowiązkowe.

Nowoczesne technologie pomagają walczyć z wirusem. Mogą jednak naruszać prywatność obywateli. Może się okazać, że zmiany w codziennym życiu, jakie spowodowała epidemia, nie ograniczą się do konieczności noszenia maseczek i odkażania rąk.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jakub Jałowiczor

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w radiu „Kampus”. Współpracował m.in. z dziennikiem „Polska”, „Tygodnikiem Solidarność”, „Gazetą Polską”, „Gazetą Polską Codziennie”, „Niedzielą”, portalem Fronda.pl. Publikował też w „Rzeczpospolitej” i „Magazynie Fantastycznym” oraz przeprowadzał wywiady dla portalu wideo „Gazety Polskiej”. Autor książki „Rzecznicy”. Jego obszar specjalizacji to sprawy społeczno-polityczne, bezpieczeństwo, nie stroni od tematyki zagranicznej.
Kontakt:
jakub.jalowiczor@gosc.pl
Więcej artykułów Jakuba Jałowiczora

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także