Nowy numer 47/2020 Archiwum

Powołanie księdza się nie zmienia

O duszpasterstwie zza biurka i o słuchaczu, który kiedyś umrze, opowiada ks. dr Nikos Skuras.

Jakub Jałowiczor: Co to znaczy, że ktoś usłyszał powołanie? Skąd człowiek wie, że je ma?

Ks. Nikos Skuras: Ja pomyślałem o tym pierwszy raz w VIII klasie. Porozmawiałem z rodzonym bratem, a on mi powiedział, że można służyć Bogu w rodzinie, mając dzieci. Jakoś mi to minęło. W szkole średniej pochłonęło mnie życie towarzyskie, potem robiłem wszystko, żeby nie pójść do wojska, później poznałem dziewczynę. Wreszcie postanowiłem wyjechać do Grecji. Tam odrzuciłem Boga i Kościół. Żyłem bezbożnie przez półtora roku. Miałem wszystko, byłem w demokratycznym kraju (był 1985 r.). Na początku mieszkałem z ojcem, potem miałem własne mieszkanie. Miałem pracę, którą lubiłem. Tak sobie żyłem.

Jak przypomniałeś sobie o powołaniu?

Pan Bóg zadziałał tak, że ciotka przysłała mi książkę o o. Pio i „Dzienniczek” siostry Faustyny. Zaczęły mi się przypominać czasy, kiedy jako nastoletni chłopak jeździłem do Krakowa i do tamtejszego sanktuarium. Zdanie Chrystusa, który powiedział, że jest smutny, bo ma mało przyjaciół nawet wśród osób zakonnych, dźgnęło moje serce. Nie wiedziałem, co jest, bo do kościoła nie chodziłem. Był styczeń, a ja nie poświęciłem mieszkania. Przypomniał mi się ten rytuał religijny z dzieciństwa, więc znalazłem parafię i zadzwoniłem. Przyszedł proboszcz, Grek. Podczas rozmowy powiedział mi: pan jest i Polakiem, i Grekiem, a w centrum Aten jezuici mają duszpasterstwo Polaków. Pojechałem tam. Złożyło się, tzn. Pan Bóg tak złożył okoliczności, że przyjechał na kilka dni pewien kapucyn. Poszedłem z nim porozmawiać i tłumaczę, że odrzuciłem Boga i Kościół, ale czytam to zdanie, siedzi mi to w sercu i nie wiem, co to znaczy. On na mnie patrzy: wie pan, ja też nie wiem, co to znaczy; może to oznacza powołanie, więc niech się pan nie boi wrócić. Spakowałem się i wróciłem do Polski.

Prosto do seminarium?

Najpierw trzy miesiące byłem u braci albertynów. Potem poszedłem do seminarium. Zastanawiałem się, czemu Pan Bóg poprowadził mnie okrężną drogą. Do chwili wyjazdu do Grecji byłem pobożnym chłopakiem: chodziłem na Msze św., spowiadałem się regularnie, służyłem nawet jako 21-letni chłopak, kiedy proboszcz nie miał ministranta. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego od chwili lądowania samolotu w Atenach moja noga ani razu nie stanęła w kościele. Kiedy po święceniach poszedłem prowadzić w szkole katechezę, spotkałem się z młodzieżą, która waliła mi prosto w oczy, że wszyscy księża to złodzieje i pedofile. Wtedy zrozumiałem, czemu do kapłaństwa musiałem iść „objazdem”, czemu Bóg nie powołał mnie, kiedy chodziłem do kościoła. Zobaczyłem, że byłem gorszy od nich, więc nie mogłem mieć do nich pretensji. Sam nie myślałem źle o księżach, kiedy mieszkałem w Grecji, bo dla mnie Kościół i księża po prostu nie istnieli. A oni przychodzili na katechezę i atak na mnie jako na księdza był znakiem, że jakąś relację z Kościołem mają. Objazd był potrzebny również po to, żebym zobaczył, że powołanie to nie jest kwestia pobożności i zasługi, tylko całkowicie darmowy prezent Boga. A On wybiera, kogo chce. Mnie, który Go potraktowałem z buta. Kiedyś wydawało mi się, że Pan Bóg bierze do kapłaństwa takich, którzy są dobrze przygotowani. Jak któryś święty, co podobno jako niemowlę nie ssał piersi matki w środy i piątki, bo pościł. Bogu dzięki, ludowe tradycje ulegają sprostowaniu.

Prowadziłeś spotkania dla szukających powołania chłopaków. Co mówiłeś, kiedy któryś z nich zastanawiał się nad pójściem do seminarium?

Jest taka historia o Samuelu, kiedy wołał go Pan, on biegł do Helego, a ten mówił: nie wołałem cię. Za którymś razem Heli zorientował się, że Samuela woła Bóg, i kazał mu odpowiedzieć: mów, Panie, bo Twój sługa słucha. Pismo mówi, że słowo nie było jeszcze objawione Samuelowi. Nikt go nie wprowadził. A tradycja chrześcijańska uczy, że nikt nie stanie się chrześcijaninem, jeśli nie spotka na swojej drodze chrześcijanina. Z samego przepowiadania, gdyby to robił jakiś automat, chrześcijaninem się nie staniesz. To samo jest tu. Samuel potrzebował Helego. Heli miał swój grzech – nie upomniał swoich grzesznych synów – ale Samuel potrzebował Helego. Grzesznika, ale kapłana.

Robiłeś to, co Heli?

Pan Bóg chciał pomóc chłopakom odkryć coś takiego jak dialog z Nim – to, że przez życie Bóg chce cię nauczyć prowadzić dialog. Spotkania odbywały się w formule open. Czasem ktoś mówił: ale ja nie czuję powołania do kapłaństwa. Odpowiadałem: to nie jest przygotowanie do kapłaństwa, to ma ci pomóc rozeznać, jakie jest twoje powołanie – do kapłaństwa lub stanu zakonnego, małżeństwa czy do życia samotnego ze względu na Jezusa Chrystusa. Spotkania pomogły wielu chłopakom wchodzić w czystą, zdrową relację z dziewczyną. Potem się żenili. A wielu odkryło, że Pan Bóg ich woła do kapłaństwa. Albo zostali księżmi, albo są na drugim etapie rozeznawania, czyli w seminarium. Istotą był dialog, słuchanie doświadczenia innych. W ten sposób Pan Bóg zaczyna powoli wołać do pewnej rzeczywistości. Czasem kogoś zaprasza, żeby spróbował ewangelizacji – przez pół roku czy rok był towarzyszem modlitwy jakiegoś księdza. To często pomaga rozeznać powołanie. W mojej posłudze ewangelizacyjnej też miałem takich pomocników.

Czy w dzisiejszych czasach można być duszpasterzem zza biurka?

W czasach pandemii jesteśmy do tego zmuszeni. Mamy pasterzować duszom. Jeśli nie możesz się z nimi spotkać fizycznie, to musisz dawać im pokarm w jakiś inny sposób. Sakramentów nie możemy przekazywać zza biurka, ale słowo na pewno. Oczywiście myślę, że jest to coś tymczasowego. Słowo prowadzi do sakramentów. Nie tylko w tym sensie, że trzeba je wypowiedzieć, żeby zaistniał sakrament, ale i w tym, że słowo może powodować, że ktoś po 20 latach przychodzi do spowiedzi.

Przekaz słowa przez internet jest równie skuteczny, przemawiający do człowieka jak bezpośrednie spotkanie?

Według mojego doświadczenia tych kilku tygodni pandemii – tak. Miałem sygnały, że ludzie dostawali konkretną pomoc.

A praca naukowa to też ewangelizacja? Można ją stawiać na równi z posługą w parafii czy rekolekcjami?

Nie jestem naukowcem w dosłownym rozumieniu, choć odbyłem studia doktoranckie i jestem Panu Bogu wdzięczny, że dał mi przejść przez Wydział Biblistyki na KUL. Mój promotor ks. prof. Henryk Witczyk powtarzał, że mnie przyjął, bo liczy na to, że te studia ubogacą mój warsztat duszpasterski. I tak się stało.

Czy to, do czego ksiądz jest powołany, jest dziś inne niż 27 lat temu, kiedy przyjmowałeś święcenia?

Myślę, że to się nie zmienia. Benedykt XVI podczas spotkania z księżmi mówił, że ksiądz nie powinien być fachowcem od spraw ekonomicznych, tylko od modlitwy i ewangelizacji. I to się nie zmieniło. Zmieniło się środowisko, w którym dziś żyjemy i pracujemy. Dzisiaj chłopak, który wchodzi do seminarium, jest na innej pozycji niż 27 lat temu. Jest coraz więcej rodzin rozbitych, są cierpienia, z którymi chłopaki przychodzą i z którymi później muszą sobie jakoś radzić jako księża. Oczywiście Pan Bóg może sprawić, że te cierpienia duszpasterz wykorzysta w swojej pracy. Zmienia się więc środowisko, ale nie zmienia się wołanie o świętych kapłanów.

Czyli jakich?

Święty to ten, który chce kochać jak Jezus Chrystus. Można być świętym kapłanem i świętym świeckim, który pięknie ewangelizuje. Bartolo Longo, który wybudował bazylikę w Neapolu, nie był księdzem. Jaka jest różnica? Jest nią celibat. Ale nie jako zobowiązanie prawne, lecz prezent, dzięki któremu mogę wejść w relację z Chrystusem, w jaką nie wejdzie człowiek żonaty. Żonaty będzie lepszym ewangelizatorem, zbawi więcej ludzi, będzie bardziej święty, ale to mnie Chrystus zaprosił do osiągnięcia pełni, jaką jest oblubieńcza relacja. Całe swoje libido ofiarowuję Chrystusowi. Oczywiście mogę też celibat wykorzystać przewrotnie i powiedzieć, że mam święty spokój, bez żony i wydatków na dzieci. Ale nie o to chodzi. Jeśli chcę być nowym człowiekiem, to celibat nie jest ciężarem, który Kościół nałożył mi na grzbiet. Widzę go jako drogocenną perłę, do której nie każdy może dotrzeć. Wracając do zmiany środowiska. Wydaje się, że świat staje się obojętny, wrogi, ale kiedy głoszę homilię, zawsze mówię sobie: pamiętaj, że tam siedzi jeden człowiek, którego więcej nie spotkasz i który już nie będzie miał możliwości słuchania żadnego przepowiadania. I on prędzej czy później umrze, więc musisz mu przekazać słowo, które go przygotuje na śmierć. Cały świat oczekuje pasterzy, którzy pomogą człowiekowi spotkać Boga na tronie miłosierdzia, nie na tronie sprawiedliwości. •

Ks. dr Nikos Skuras

kapłan archidiecezji gdańskiej, wędrowny kaznodzieja, pochodzi z polsko-greckiej rodziny.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jakub Jałowiczor

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w radiu „Kampus”. Współpracował m.in. z dziennikiem „Polska”, „Tygodnikiem Solidarność”, „Gazetą Polską”, „Gazetą Polską Codziennie”, „Niedzielą”, portalem Fronda.pl. Publikował też w „Rzeczpospolitej” i „Magazynie Fantastycznym” oraz przeprowadzał wywiady dla portalu wideo „Gazety Polskiej”. Autor książki „Rzecznicy”. Jego obszar specjalizacji to sprawy społeczno-polityczne, bezpieczeństwo, nie stroni od tematyki zagranicznej.
Kontakt:
jakub.jalowiczor@gosc.pl
Więcej artykułów Jakuba Jałowiczora

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także