Nowy numer 48/2020 Archiwum

Bawarski model nad Wisłą?

Bawaria w warunkach pandemii zorganizowała korespondencyjnie drugą turę wyborów samorządowych. Czy to rozwiązanie można powtórzyć u nas?

Nie wiemy, kiedy ani w jakiej formie będziemy wybierać prezydenta Rzeczpospolitej. Trwają ciągle prace nad dwoma projektami ustaw zakładającymi różne możliwości rozwiązania tej trudnej politycznie, ale i prawnie kwestii, jaką jest organizacja wyborów prezydenckich w czasie pandemii. Od jej pozytywnego rozstrzygnięcia zależeć będzie stabilizacja władzy politycznej, co nabiera wyjątkowego znaczenia w czasach pandemii i kryzysu gospodarczego.

Trzy możliwości

6 kwietnia br. Sejm uchwalił ustawę autorstwa PiS, zgodnie z którą wybory prezydenckie w 2020 r. mają zostać przeprowadzone wyłącznie w drodze głosowania korespondencyjnego. Jej przepisy stanowią m.in., że w stanie epidemii marszałek Sejmu może zarządzić zmianę określonego wcześniej terminu wyborów. Wybory nie muszą się więc odbyć 10 maja, lecz w terminie późniejszym, na przykład tydzień później. Ten termin jednak nie może być przesuwany dowolnie, gdyż wybór musi nastąpić nie później niż 75 dni przed końcem kadencji urzędującego prezydenta, która upływa w sierpniu. W ramach obowiązującego obecnie prawa pole manewru z terminem wyborów jest niewielkie. Taka możliwość jednak istniałaby, gdyby klasie politycznej udało się osiągnąć porozumienie i znowelizować konstytucję w taki sposób, aby kadencja obecnie urzędującego prezydenta została przedłużona np. o dwa lata. Prace nad ustawową regulacją tego pomysłu toczą się obecnie w Sejmie. Gdyby projekt zmiany konstytucji otrzymał akceptację, prezydent Duda pełniłby swój urząd do sierpnia 2022, ale nie mógłby się już ubiegać o kolejną kadencję. Przyjęcie takiego rozwiązania oznaczałoby anulowanie zarządzonych obecnie wyborów. To rozwiązanie najprostsze, najbardziej logiczne i niepreferujące żadnego z obozów politycznych. Za dwa lata wszystkie ugrupowania będą mogły zacząć kampanię prezydencką od nowa.

Opozycja jednak odrzuca zarówno wybory korespondencyjne zorganizowane w maju, jak również zmianę konstytucji. Domaga się, aby rząd zgodnie z art. 232 konstytucji wprowadził w kraju stan klęski żywiołowej. Gdyby to nastąpiło, termin wyborów byłby automatycznie przesunięty, gdyż w okresie 90 dni od dnia zakończenia stanu klęski żywiołowej nie można ich organizować. To rozwiązanie ma jednak szereg negatywnych konsekwencji dla życia społecznego i gospodarczego. Przede wszystkim nie gwarantuje, że wybory w kolejnym terminie będą się mogły odbyć. Nie ma bowiem pewności, że latem będą ku temu lepsze warunki aniżeli w maju. Wprowadzenie stanu klęski żywiołowej spowodowałoby także konieczność wypłacania przez państwo odszkodowań wszystkim podmiotom gospodarczym, które poniosły straty w czasie jego trwania.

Jak zrobili to w Bawarii?

Warto zaznaczyć, że wybory drogą korespondencyjną nie są w Niemczech niczym nowym. Ta możliwość jest zapisana w prawie wyborczym od lat 50. ubiegłego stulecia. Dotyczy zarówno wyborów federalnych, jak i landowych oraz europejskich. Korzysta z niej blisko 25 proc. wyborców. Wcześniej trzeba było uzasadnić potrzebę głosowania korespondencyjnego, ale od 2008 r. nie jest to konieczne. Gdyby PiS, który dotąd był gorącym przeciwnikiem głosowania korespondencyjnego, dwa lata temu nie wykreślił takiej możliwości z ordynacji wyborczej, nasze doświadczenia w tym zakresie byłyby większe. Nowość ostatniej sytuacji polegała na tym, że w Bawarii z powodu pandemii zdecydowano się wyłącznie na głosowanie korespondencyjne. Było to skutkiem doświadczenia z pierwszej tury wyborów. 15 marca większość wyborców poszła tradycyjnie do urn. Rezultat był katastrofalny. Skala zachorowań radykalnie się zwiększyła i Bawaria zaczęła przodować we wszystkich niemieckich statystykach pod względem liczby zakażonych oraz zgonów. W tej sytuacji lokalny parlament zdecydował, że druga tura wyborów będzie odbywać się wyłącznie drogą korespondencyjną. Jednak skala tego przedsięwzięcia w porównaniu z planowanymi w podobny sposób wyborami w Polsce jest bardzo mała. W Bawarii wszystkich uprawnionych do głosowania było 1,1 mln, u nas jest ich blisko 30 mln. Tam głosowanie dotyczyło jedynie mieszkańców Bawarii, natomiast w naszych wyborach prezydenckich prawa wyborcze mają także Polacy mieszkający poza granicami kraju. Ciągle nie wiadomo, w jaki sposób mieliby głosować drogą korespondencyjną. Poza tym w Niemczech wszystkie procedury były od dawna znane, zmieniła się jedynie skala ich stosowania. U nas uchwalanie prawa w tej kwestii jest dopiero w toku i zakończy się prawdopodobnie kilka dni przed wyznaczonym obecnie terminem wyborów. Będzie więc bardzo mało czasu na opracowanie wszystkich niezbędnych procedur. Tymczasem skala problemów wiążących się z tym sposobem głosowania jest naprawdę duża.

W Bawarii wszystkie dokumenty konieczne do głosowania dostarczono wyborcom na trzy dni przed terminem wyborów. Zestaw wyborczy obejmował: zaświadczenie uprawniające do głosowania oraz kartę do głosowania z nazwiskami kandydatów. Wyborca w pakiecie miał dwie koperty: białą, do której wkładał wypełnioną kartę do głosowania, oraz czerwoną, którą, po włożeniu do niej podpisanego zaświadczenia i dodatkowej koperty z kartą do głosowania, odsyłał do urzędu wyborczego. W przypadku, gdy ktoś nie otrzymał zestawu dokumentów do głosowania, mógł zadzwonić pod specjalny numer telefoniczny, ustalić, dlaczego tak się stało, i spowodować ich natychmiastowe dostarczenie, jeśli zaistniała jakaś pomyłka. W dniu wyborów osoby, które z powodu choroby lub innych przyczyn nie chciały opuścić domu w celu wysłania listu z wypełnioną już kartą do głosowania, mogły poprosić członków rodziny, przyjaciół lub sąsiadów o jego dostarczenie do skrzynki. Niepotrzebne było upoważnienie głosującego, aby sąsiad czy bliska osoba osobiście wrzucili list do skrzynki czy urny. Osoby niepełnosprawne mogły skorzystać z pomocy asystenta, którego same wybierały. Pomagał im na przykład przy złożeniu karty lub wrzuceniu jej do skrzynki bądź urny wyborczej. Aby umożliwić sprawne przeprowadzenie głosowania, w Monachium zainstalowano specjalne skrzynki pocztowe oraz urny wyborcze nadzorowane przez pracowników ochrony, do których można było wrzucić list z dokumentami wyborczymi. Poradzono sobie także z problemem liczenia głosów. Komisje składały się z 5–7 osób i pracowały w lokalach, gdzie istniała duża przestrzeń, m.in. w salach gimnastycznych, aby ograniczyć ryzyko zarażenia. Najczęściej w jednym lokalu pracowała tylko jedna komisja. Tylko w dużych halach pracowało po kilka komisji.

Wybory korespondencyjne w Bawarii zakończyły się sukcesem. Frekwencja w drugiej turze wyniosła 51 proc. i była większa aniżeli w pierwszej. Blisko 98 proc. głosów uznano za ważne. Kwestią sporną jest, czy także ten sposób głosowania wpłynął na rozszerzenie się epidemii. Tuż po głosowaniu niemieckie media krytykowały warunki, w jakich czasami odbywało się liczenie głosów korespondencyjnych. Wytykano m.in. przypadki braku masek czy rękawiczek ochronnych dla członków komisji wyborczych. W ciągu kilku dni po głosowaniu korespondencyjnym nastąpił także wzrost przypadków zakażenia, ale następował on także w innych landach, gdzie głosowania nie było. Warto jednak pamiętać, że w przypadku polskich wyborów korespondencyjnych, w których przeprowadzenie zaangażowanych będzie bardzo wielu ludzi: pocztowców i członków komisji wyborczych, będzie rosnąć ryzyko rozszerzenia się epidemii.

Kluczowa sprawa

Pomijając kwestie techniczne organizacji wyborów drogą korespondencyjną, sprawą najważniejszą w trakcie organizacji takich wyborów w Bawarii był konsensus tamtejszej elity politycznej. Ta idea została zaakceptowana przez wszystkie partie polityczne zasiadające w Landtagu. W trakcie przyjmowania zmian w ordynacji wyborczej przedstawiciele rządzącej większości uwzględnili szereg poprawek zgłaszanych przez opozycję. To spowodowało, że nikt później nie kwestionował legalności tych wyborów.

Niewątpliwie więc kwestią kluczową dla skutecznego przeprowadzenia takiej operacji jest zaufanie, którego w naszej polityce nie ma ani na lekarstwo. Nawet jeśli z punktu widzenia technicznego wybory drogą korespondencyjną zostaną przeprowadzone poprawnie, towarzyszące im wątpliwości i spory polityczne podważą zaufanie do wybranego w ten sposób prezydenta. Ponieważ nie wiadomo, kiedy powstaną warunki do przeprowadzenia wyborów w normalnym trybie i przy równych dla wszystkich kandydatów możliwościach prowadzenia kampanii wyborczej, najlepiej byłoby zmienić konstytucję i przesunąć wybory o dwa lata.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się