Nowy numer 23/2020 Archiwum

Postprawda

Kiedy zaczął o prawdzie, stało się jasne, że nie będę go dalej bronił.

Przyprowadzili go związanego. Hardy był Żydek. Z tych, co nie wyglądają. Chcieli mnie nim trafić i zatopić. Więc ich zatopię w ich własnej krwi. Już raz zmieszałem galilejską krew z krwią ich ofiar.

Myślałem, że coś nas łączy, że jesteśmy obaj przeciw nim. Lecz kiedy zaczął o prawdzie, stało się jasne, że nie będę go dalej bronił. Zrozumiałem, że to też nadęty fanatyk, a zarazem niepojmujący złożoności świata prymityw. Z tych ciemnych, spoza miast, z prowincji. Bez inteligenckiej klasy. Wtedy straciłem dla niego resztki uwagi. Tylu Greków i naszych głowiło się nad prawdą, a ten to rozwiązał? Hochsztapler. Kierowała nimi zawiść, oczywiście, ale w tym mieli rację: jest złoczyńcą, bo zniszczy świat, jak wszyscy, którzy uważają się za posiadaczy racji ostatecznej. „Na to przyszedłem na świat”, bełkotał wargami spuchniętymi jak powrozy, „aby dać świadectwo prawdzie”. Za kogo on się uważał? Krwawił i słaniał się jak każdy, którego się dociśnie. Moi legioniści pokapowali się w jego hochsztaplerstwie i pluli mu do ust. Jakiś czas temu doniesiono mi, że podczas pyskówki powiedział: „Usiłujecie Mnie zabić, człowieka, który wam powiedział prawdę usłyszaną u Boga”. Nie mylił się. Właśnie dlatego go zabijemy. Słyszy Boga? Przestanie słyszeć cokolwiek. Trzeba zgasić ogień, którym podpali żydostwo jak suchą trawę.

Bo co? Helleńskie rzeźby, ogrody Arabii, piersi nałożnic, słońce odbite w zbroi. Puchary z malwazją, ich cierpki smak, idumejskie lamparty, łowy w naddunajskich lasach, zapach nardu w łaźni. Władza. Motłoch wdzięczny, pod stopą. Przyjaźń Cezara. Tego wszystkiego się pozbyć dla „Sprawiedliwego”, jak bredziła moja żona panikara? Wypić truciznę, którą mi podsuwają cuchnący czosnkiem i zabobonem? Toż to byłby czysty populizm, a nie rządy namiestnika Rzymu. Nadstawić kark i dać go sobie złamać dla fanatyka?

Tego mnie nauczyła polityka: jedyną prawdą jest pozbyć się chorej namiętności do prawdy. Aby samemu pożyć, trzeba dać pożyć innym. Zachowując prawo, oczywiście. W każdym razie trzeba skroić prawdę na ludzką miarę. Zachować równowagę, życiowy balans, klasykę stylu, wielość smaków – a nie sczeznąć we krwi i poniżeniu, na dnie. To zbyt łatwe. Prawdę trzeba widzieć w kontekście, w perspektywie, trzeba jej kontury obrysować sytuacją, konkretem. One decydują o kształcie prawdy.

Po coś przyszedł na świat, nie wiem, ale masz skórę, krew, kości, wątrobę i nerki. Za chwilę się przekonasz, czym jest prawda. Skrzepłą krwią. Śmiercią. A przecież wolność jest przed prawdą, błaźnie. Twoją prawdą ci skrępowali ręce jak niewolnikowi i rozwiążą ci je dopiero na krzyżu. Moja prawda da mi jeszcze dzisiaj w ręce lejce, miecz i kobiece ciało. Oto różnica. Cóż jest więc prawda? Ile prawd, która lepsza? Wolność lepsza od prawdy. Dokądkolwiek popłyną dzieje, moje krótkie i mocne jak pierwszy bicz „cóż to jest prawda?” okaże się najmądrzejszym zdaniem tej historii. Cokolwiek się podzieje, to do nas, Piłatów, będzie należał rząd dusz i przyszłość, nie do zapiekłych religijnie Galilejczyków. Szukać prawdy, a nie uważać się za jej wytwórcę czy posiadacza, mieć władzę nad życiem i śmiercią, a nie ginąć dla mrzonek – oto prawda.

Religię trzeba rozumieć i mieć w niej miarę. Z religią musi się dać żyć. Bo z twoim bogiem i z twoją prawdą jest jak z twoim królestwem: są nie z tego świata. Więc niech każdy idzie za wewnętrznym impulsem, za swoim bogiem, a wtedy pax romana. Wasze żydowskie swary o jednego Boga i Jego prawdę prowadzą do waśni i wojen – jak ta teraz. Trzeba dystansu, realizmu. Oświecenia. Religia ma życie dosmaczyć, a nie zastąpić. Może być przyprawą duchowości. Ale prawdą? Wiara jako wymaganie prawdy? Religijność musi być poszukująca, nie wolno się przywiązywać do poglądów, ważniejsze są pytania niż odpowiedzi. Popatrz: moje pytania i wątpliwości, moja umiejętność widzenia wielu racji prowadzą do mądrego rozdziału tego, co religijne, od tego, co należy do państwa i prawa. Prywatnie myśl, co chcesz, ale nie zatruwaj fanatyzmem religijnym sfery publicznej.

Ale on już milczał. Próbowałem jeszcze zażegnać konflikt, nawet go uwolnić, jakby co. Grałem na zwłokę, lecz podnieśli poprzeczkę zarzutów: podatki, podburzanie, wrogość wobec Cezara. Był moment, że szarżowałem, hazard to jeden ze smaków życia. „Nie znajduję w nim żadnej winy, nic godnego śmierci”, rzuciłem. Wściekli się. Zaproponowałem Barabasza, a jego pocięliśmy biczami. Wysłałem go do Heroda. Wrócił w błyszczącym płaszczu, oszpecony. W końcu postanowiłem zadowolić tłum, machnąłem na robactwo ręką. I ją umyłem. A jego zdałem na ich wolę.

Zdziwiłem się, że tak szybko skonał. Zacięty w swoim obłędzie, wydawał mi się twardszy. Poprosili o ciało, bredzili o felernej tablicy na krzyżu. Dość. Myśleli, że mnie zrobią, że wsadzę palce między drzwi a futrynę, że mi przetrącą karierę albo i życie śmierdzącym na kilka stadiów sporem. A przecież czekał mój koń, pałac, życie. Com napisał, napisałem. Com zrobił, zrobiłem.

I tak trafiłem do Credo. Choć nie przestałem wielbić nicości.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
  • CSOG
    05.04.2020 17:52
    Wyrok.

    Wielu już starało się ułożyć opowiadanie o mnie, tak jak Wam je przekazali ci, którzy sobie mnie wyobrażają. Postanowiłem więc i ja opisać ci po kolei, dostojny przyjacielu, abyś się mógł przekonać o tym jak sam widzę siebie, nie tak jak widzą mnie inni.
    Urodził mnie Rzym, Rzym mnie wychował, ukształtowały rzymskie legiony, bitewne potyczki, wojny, rozkazy i śmierć.
    Nie urodziłem się Żydem, nie Grekiem, nie Brytem, nie Nomadem. Urodziłem się rzymianinem. Oddycham jak rzymianin, patrzę i widzę jak rzymianin, rozumuje jak rzymianin, czuję jak rzymianin. Mam rzymskie odzienie, rzymskie nawyki, rzymski sposób pojmowania. O chrześcijańskim systemie wartości nikt jeszcze za moich czasów nie słyszał. I ja też nie.
    Wielu doprawia mi rogi i ogon, jakbym rzeczywiście był tym którego rozkazy tylko wykonywałem.
    Gdybyś zapytał czy byłem dobry czy zły, odpowiedziałbym, że to źle zadane pytanie. Czułem się przyzwoity o ile za przyzwoitość uznać umiejętność egoistycznej konieczności zadbania w pierwszej kolejności o siebie. W świecie w którym zostałem urodzony i wychowany to wartościowa umiejętność, od której zależy to co najważniejsze- życie, przyjemności i wygody. Szukanie we mnie pewnych cech, o których żyjąc w innym świecie zapewne słyszałeś, jest jak przykładanie miecza legionisty do ręki niemowlęcia. Pewnych pojęć nie znałem. Nie miałem ich w swoim sercu, umyśle, nie było ich w rzymskim prawie.
    O tym proroku słyszałem już wcześniej. Doniesiono mi o Nim jak i o wielu innych, od których wówczas się roiło. Nie przywiązywałem uwagi do tych zwykle niegroźnych religijnych fanatyków. Już bardziej należało się obawiać Zelotów i ich przywódców czy raczej prowodyrów. Ci częściej byli skłonni sięgać po noże i kamienie. Ten według doniesień Zelotą nie był, a zatem nie wydawał się groźny. Nie zagrażał Rzymowi i rzymskiemu panowaniu w tej nędznej prowincji a zatem nie zagrażał też mi osobiście.
    Kiedy przywlekli Go do mnie abym Go osądził i skazał, od razu zorientowałem się, że to jakaś sprawa polityczna, albo religijna. To Faryzeusze którzy go do mnie sprowadzili obawiali się tego nędznika, nie ja. Z niezrozumiałych mi powodów bali się Go i nienawidzili jednocześnie. Chcieli Go zgładzić moimi rękami za wszelką cenę.. Nie trzeba być prefektem, żeby dostrzec, że nie stały za nim tłumy zwolenników, o których słyszałem. Nikt nie skandował „uwolnij”, kiedy to zaproponowałem, aby wysondować jakie ma poparcie. W zasadzie nic z tego, co o nim mówiono, nie pokrywało się z tym co widziały moje oczy. A na swoich oczach lubię polegać, bardziej niż na sercu, które mężczyznę i wojownika potrafi zaprowadzić wyłącznie do kobiecej sypialni, albo przekłute przyprawić o śmierć. Serce to czuły na ciosy mięsień, ważny bo nieostrożnie osłonięty tylko kilkoma żebrami.
    Fakty. Interesowały mnie fakty. A fakty były takie, że stał przede mną człowiek. Nie bronił się, nie panikował, nie miotał. Wydał mi się nawet mężny. Nie odnalazłem w Nim bowiem nawet cienia strachu. Musiałem się upewnić czy aby na pewno rozumny i czy pojmuje powagę sytuacji. Wiesz, że mam władzę … Nie miałbyś jej gdyby ci nie dano jej z góry… Rozumny więc, bardziej niż mogłoby się wydawać, bardziej niż na to wyglądał i niż mógłbym przypuszczać. Rozumiał istotę władzy, istotę zależności od władzy wyższej, rozumiał na czym polega jej hierarchia.
    Wiedział więc, że mogę go skazać, albo nawet przykładnie na miejscu sam pchnąć mieczem. A mimo to zachowywał spokój i był to widoczny spokój bez lęku. Szczerze powiedziawszy mógł nawet zaimponować. Takiej pogardy dla śmierci nie powstydziłby się nawet dobry dowódca kohorty. Nie mierził mnie zapach Jego potu i krwi. Do tego zapachu, choć go nie lubię, jestem przyzwyczajony przebywając często między żołdakami. Przyzwyczajony tak samo jak do nie lubianego i niechcianego zapachu śmierci, do którego też zdołałem już przywyknąć. On jednak nie pachniał tak jakby mógł śmierć zadać, raczej tak jakby mógł ze spokojem ją przyjąć. To intrygowało. On się nie bał. Nie patrzył na mnie ani błagalnie ani z nienawiścią. A mimo to poczułem się przy Nim mały, jakby patrzył na mnie z góry. Nie z wyższością, nie tak, tego bym nie zaakceptował i skazał go bez namysłu. On patrzył raczej jak król, choć na króla nie wyglądał. Miał w sobie dumę człowieka wolnego. Wolnego takim rodzajem wolności, który był mi zupełnie obcy. Była to wolność od wszystkiego i do wszystkiego Zachować życie, czy oddać życie, wydawało się dla niego bez znaczenia, choć widziałem, że śmierci nie pragnął. On się jej nie bał. A to było dziwne i rzadko spotykane, nawet wśród najodważniejszych legionistów i ich wodzów. Oskarżali go o wiele bzdur, które niemalże wcale nie zaprzątały mojej uwagi. Nie były ważne. Chciałem ustalić tylko dlaczego przywódcom religijnym Żydów tak bardzo zależało aby się go pozbyć. Nie bałem się tego skazańca, podobnie jak On nie bał się mnie. Nie nienawidziłem Go tak, jak nienawidzili go Jego ziomkowie, przywódcy religijni Żydów. W Jego oczach nie znalazłem nienawiści do mnie. Dlatego umyłem ręce, symbolicznie z Jego krwi. Był mi w zasadzie obojętny, a w zasadzie ja byłem obojętny na Jego los.
    W innych okolicznościach być może zaciekawił by mnie, tak jak zaciekawiały Jego odpowiedzi w przesłuchaniu .W tym momencie jednak kiedy tłum zaczynał się robić niespokojny, to wszystko stawało się dla mnie nieważne, jak On sam. Jak prawda na którą się powoływał, jak jakieś Jego urojone królestwo, o którym wyraził się bezpiecznie, że nie jest z tego świata. A jak nie jest z tego świata, to co mnie może obchodzić. Ja byłem z tego świata, w którym bardziej bałem się niezadowolenia domagających się Jego śmierci, niż Jego samego. To oni byli dla mnie zagrożeniem, opłacili tłum aby domagał się Jego śmierci, o tym też wiedziałem. Czyż nie mogli zażądać od tłumu aby się przeciw mnie i Rzymowi zbuntował?
    Skazałem Go w zasadzie dla świętego spokoju. Spokoju, którego jako człowiek zaznający wielu niepokojów, pragnąłem najbardziej, jak każdy. Noszę w sobie blizny winy i rany słabości wielu z tego świata. Spokoju nigdy już od tamtego dnia nie zaznałem, choć szukałem uparcie. Na zawsze zostałem z pytaniami, które zadawałem sam sobie, w trakcie przesłuchiwania Nazareńskiego proroka. Kim jest człowiek? Czym jest prawda? Czy jest jakieś królestwo, w którym można znaleźć taki spokój jaki On miał w sobie? Taki spokój nawet w obliczu śmierci. Jakby jej nie było, albo jakby kompletnie nie miała znaczenia.
    A potem jeszcze te wieści, że On powstał z grobu. Niewiarygodne. Faktem było jednak, a ja lubię fakty, że Jego wyznawców ciągle przybywało. Słyszałem o tym nawet po opuszczeniu Judei. Na zawsze zostałem z pytaniem bez odpowiedzi: czy gdybym Go wtedy nie skazał, czy coś by to zmieniło? Może zmieniło by mnie. Inaczej niż zmienił mnie ten jeden wydany niesłusznie wyrok.
    doceń 3
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama