Nowy numer 22/2020 Archiwum

Wyścig z wirusem

Twierdzi, że koronawirus goni go po świecie, ale sam też podążał śladem intruza z Wuhanu. Po powrocie z Chin i ponad dwóch tygodniach kwarantanny Arek Rataj wylądował na lotnisku w Bergamo, skąd autobusem pojechał do zrelaksowanego i pełnego ludzi Mediolanu.

Jest niezależnym fotografem i wykładowcą akademickim, absolwentem studiów dziennikarskich. Pracował na trzech kontynentach, ucząc analizy filmu i komunikacji wizualnej. Pasję do fotografowania odkrył pięć lat temu w Chinach. Już trzy lata później zadebiutował jako fotoreporter we francuskim dzienniku „Le Monde”. Później przyszły publikacje w „The New York Times” i współpraca z „The Wall Street Journal” czy amerykańską agencją prasową Associated Press, a także nagrody w kilku prestiżowych konkursach. W bogatym CV Arka Rataja są też warsztaty fotograficzne w Katarze i Indiach czy służba nauczyciela wolontariusza w rozdartym wojną narkotykową Hondurasie. Teraz do tej listy trzeba jeszcze dopisać pracę w dwóch epicentrach COVID-19.

Nie pojadę tam!

Jak trafił do Wuhanu? – Znalazłem się tam przez zbieg okoliczności – opowiada. – W lutym zeszłego roku podpisałem kontrakt z pekińską instytucją edukacyjną, która pośredniczy w kontaktach z chińskimi uniwersytetami, dzięki czemu rozpocząłem pracę jako wykładowca. Pracowałem kolejno na trzech uczelniach w różnych prowincjach Chin. Ostatnią z nich był Uniwersytet Jianghan w Wuhanie. Trafiliśmy tam z żoną na początku grudnia, nie mając pojęcia, że już od listopada dochodzi w mieście do pierwszych zarażeń koronawirusem. Kiedy przyjechałem do Wuhanu, byłem pod wrażeniem jego rozmiaru i miejskiej przestrzeni. Wkrótce ta metropolia miała się skurczyć do rozmiaru karceru.

Pierwsze wieści o epidemii dotarły do chorzowskiego fotografa na początku stycznia: – Jeden z moich studentów, Zhang, jako pierwszy opowiedział mi o tajemniczej chorobie, która rozwija się w innej dzielnicy miasta, położonej kilkanaście kilometrów od uniwersytetu. „To nas nie dotyczy” – uspokajał. W tym czasie hospitalizowano tylko kilka osób. Oficjalnie nie było jeszcze żadnych zgonów. „To tylko grypa czy coś podobnego” – przekonywał Zhang.

Słysząc o nowym szczepie wirusa, z całkowicie nieznanym patogenem, Arek uznał, że sytuacja jest bezprecedensowa: – Najpierw przeczytałem, że Huanan Seafood Market, targ, uznawany za epicentrum wirusa, został zamknięty, zdezynfekowany i poddany kwarantannie. Zhang pomógł mi zlokalizować to miejsce na mapie i po kilku dniach zdecydowałem się tam pojechać. Zatrzymałem taksówkę i pokazałem kierowcy zdjęcie zamkniętego targu. Zauważyłem, że twarz taksówkarza zbladła. „Nie pojadę tam!” – krzyczała jego mowa ciała. Poprosiłem, aby przynajmniej wskazał kierunek. Po drodze natknąłem się na studenta z walizką, który najprawdopodobniej wyjeżdżał z miasta. „Ale wiesz, co się tam wydarzyło?” – zapytał z troską i precyzyjnie wskazał drogę. Po dziesięciu minutach marszu zobaczyłem „miejsce zbrodni”: pokryty policyjnymi taśmami niesławny targ, wokół którego roiło się od ochroniarzy, policjantów i tajnych agentów.

Śledź wiadomości

Drugim odwiedzanym przez fotografa miejscem był szpital, który jako pierwszy zaczął hospitalizować pacjentów z wirusem. – Brak ochroniarzy uznałem za dobrą wróżbę, jednak szybko zauważył mnie lekarz, który akurat wychodził z placówki. Jego twarz wydawała się nie tylko wyczerpana, ale też zaniepokojona. „W czym mogę pomóc?” – zapytał i zaprowadził mnie do recepcji. Zobaczyłem personel medyczny w kombinezonach ochronnych. Poczułem się tak, jakbym nagle znalazł się w środku misji naukowej na orbicie okołoziemskiej. Wiedziałem, że każdy mój gest analizuje sztab medyczny, więc nie odważyłem się nacisnąć spustu migawki. Nie odpowiedzieli na żadne z moich pytań. „Śledź wiadomości” – zasugerowali. A ja pomyślałem, że nie mam prawa im przeszkadzać. Fotografia w takich sytuacjach nikomu nie pomoże.

Impuls, by dokumentować przebieg wydarzeń, pojawił się po 23 stycznia, kiedy Wuhan został całkowicie zamknięty. – Prawdziwa panika rozpoczęła się, kiedy dwa dni przed chińskim Nowym Rokiem stanął transport publiczny – relacjonuje fotograf. – Nagle znaleźliśmy się w więzieniu z milionami mieszkańców, niewinnie osadzonymi, podczas gdy seryjny morderca grasował na wolności. Ludzie byli przerażeni, co powodowało gorączkowe wykupywanie towarów. Niektórzy, na szczęście nieliczni, wyrzucali domowe zwierzęta z okien wielopiętrowych bloków mieszkalnych, bo myśleli, że ich kot lub pies jest nosicielem. Wiedziałem już wtedy, że mamy do czynienia z sytuacją, która odciśnie piętno na globalnej przyszłości; każe na nowo zdefiniować rzeczywistość ekonomiczną, polityczną i społeczną, a także – w co wierzę – środki masowej komunikacji.

Brutalne wybudzenie

Arek Rataj był jedynym fotografem ze świata zachodniego, który wszedł na teren budowy prowizorycznego szpitala Huoshenshan. Jego fotografie, przedrukowane potem m.in. przez „The New York Times”, mają stać się w przyszłości częścią autorskiej wystawy. Arek chce, by ekspozycja stała się pretekstem do dyskusji o zagrożeniach, które nigdy wcześniej nie były tak realne. – Wirus brutalnie wybudził ludzkość ze snu, a rzeczywistość stała się koszmarem, który nie może się więcej powtórzyć – podkreśla fotograf. Nadrzędnym celem wystawy będzie więc umożliwienie dostępu do rzetelnej informacji. Oprócz zdjęć znajdą się tam m.in. wywiady z ewakuowanymi z Chin Polakami, ich portrety oraz materiały zebrane w Wuhanie, na kwarantannie we wrocławskim szpitalu i… w Lombardii, gdzie Arek spędził tydzień tuż przed totalną blokadą Włoch.

Czy bał się, kiedy z aparatem na szyi przemierzał ulice Wuhanu? – Któregoś dnia, idąc do sklepu, spotkałem na przejściu dla pieszych człowieka, który, zauważywszy mój aparat, zaczął łamiącym się głosem powtarzać gorączkowo: „Idź do domu! Idź do domu! Idź do domu!”. W tym na wpół obłąkanym włóczędze dostrzegłem symboliczne ostrzeżenie przed zbyt długim przebywaniem na ulicach. Uświadomiłem sobie, że sytuacja jest krytyczna. Obawy narastały wraz z doniesieniami o kolejnych ofiarach. Panika rodziny w Polsce tylko potęgowała strach. Wiedziałem, że aby funkcjonować, muszę być zdrowy. Właściwe odżywianie, maska, mycie rąk i zachowanie dystansu społecznego – były elementarzem. Po powrocie do domu natychmiast brałem prysznic, a ubrania, które jeszcze przed momentem miałem na sobie, zostawiałem w drugim pokoju za zamkniętymi drzwiami.

Zabójcze rozluźnienie

Decyzję o powrocie Arek Rataj wraz z żoną podjęli 25 stycznia. Ostatecznie do ewakuacji doszło 2 lutego. – Na twarzach ponad dwustu pasażerów rysowało się piekielne zmęczenie – wspomina Arek. – Lecieliśmy przez Marsylię, gdzie na Polaków czekały polskie samoloty CASA. Z wrocławskiego lotniska szybko zostaliśmy przetransportowani autobusem do wojskowego szpitala. To, że jestem w Polsce, tak naprawdę poczułem dopiero po ponad dwóch tygodniach, kiedy skończyła się kwarantanna i opuściłem szpital.

Wydawać by się mogło, że po takich doświadczeniach fotograf zapragnie spędzić wreszcie więcej czasu w domu i zadba przede wszystkim o swoje bezpieczeństwo. A jednak podjął decyzję, która może wydawać się szalona: – Kiedy okazało się, że jestem zdrowy, koniecznie chciałem być świadkiem sytuacji, w której to Włochy stawały się europejskim epicentrum COVID-19. 25 lutego wylądowałem na lotnisku w Bergamo, skąd autobusem pojechałem do zrelaksowanego i pełnego ludzi Mediolanu. Wynająłem mieszkanie i gorączkowo zacząłem szukać kontaktów z dziennikarzami. Tak poznałem Marca Cremonese, fotoreportera z „Corriere della Sera”, mieszkającego w Lodi – miasteczku oddalonym o 50 km od Mediolanu, będącego wówczas w żółtej strefie. Zaczęliśmy odwiedzać żółte strefy i tereny blokujące dostęp do stref czerwonych, których strzegła policja i wojsko. Byliśmy świadkami rozluźnienia, które stać się miało przyczyną późniejszej tragedii. Mieszkańcy, zamiast pozostawać w domach, zapełniali ulice miast, narażając na niebezpieczeństwo siebie i innych. Jedynie mediolański Chinatown od początku podszedł do zagrożenia z powagą. Pozamykano tamtejsze restauracje. Wszyscy Azjaci nosili maski. Tylko sklepy spożywcze pozostały otwarte.

Ofiara złożona zarazie

Był początek marca, kiedy Marco wyjawił, że dostał instrukcje z redakcji, żeby nie skupiać się na temacie wirusa, który napełnia ludzi strachem. – Chodziło o to, żeby Mediolan, który jest ekonomiczną stolicą Włoch, zarabiał i tętnił życiem – opowiada Arek. – „Jeśli upadnie Mediolan, upadnie cały kraj” – powtarzali Włosi. Jak wielkim błędem była ta decyzja, całe Włochy przekonały się już po tygodniu. – Teraz wyciągają z nawiązką lekcję z wcześniejszych błędów. A za nimi inne kraje Europy – komentuje fotograf.

Arek wrócił do Polski dzień przed ogłoszeniem u nas pierwszego potwierdzonego przypadku zarażenia. Tym razem sam poddał się kwarantannie, do minimum ograniczając kontakty społeczno-zawodowe i stale obserwując sygnały płynące z ciała.

Czego nauczył go pobyt w dwóch epicentrach koronawirusa? – Jeszcze bardziej uświadomiłem sobie, jak wielką odpowiedzialnością obarczony jest zawód dziennikarza. Wielu sądzi, ze to zwykły handel informacjami. Ryszard Kapuściński napisał kiedyś o Gwatemali, że tamtejsza radiostacja działa „w służbie ciszy”. Że zamiast informować o stanie państwa, sprzedaje tanią rozrywkę, ogłupiające reklamy i w efekcie służy dyktatorowi. Dziś dyktatorem jest wirus, a niektóre media działają w służbie histerii. Zamiast informować o realnych zagrożeniach i uspokajać, dezinformują krzykliwymi nagłówkami, wzbudzając paniczny strach. Tymczasem sam strach wystarczy. Jest konieczny do mobilizacji i zrozumienia, że mierzymy się z czymś rewolucyjnym, bo świat po tej pandemii będzie inny – oby lepszy. Niektórzy pracownicy mediów projektują jednak własne lęki na społeczeństwo. Naszym zadaniem jest przede wszystkim rzetelnie informować. Zawsze – nie tylko w czasach zarazy.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Szymon Babuchowski

Kierownik działu „Kultura”

Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Przez cztery lata pracował jako nauczyciel języka polskiego, w „Gościu” jest od 2004 roku. Poeta, autor pięciu tomów wierszy. Dwa ostatnie były nominowane do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego, a „Jak daleko” został dodatkowo uhonorowany Orfeuszem Czytelników. Laureat Nagrody Fundacji im. ks. Janusza St. Pasierba, stypendysta Fundacji Grazella im. Anny Siemieńskiej. Tłumaczony na język hiszpański, francuski, serbski, chorwacki, czarnogórski, czeski i słoweński. W latach 2008-2016 prowadził dział poetycki w magazynie „44/ Czterdzieści i Cztery”. Wraz z zespołem Dobre Ludzie nagrał płyty: Łagodne przejście (2015) i Dalej (2019). Jest też pomysłodawcą i współautorem zbioru reportaży z Ameryki Południowej „Kościół na końcu świata” oraz autorem wywiadu rzeki z Natalią Niemen „Niebo będzie później”. Jego wiersze i teksty śpiewają m.in. Natalia Niemen i Stanisław Soyka.

Kontakt:
szymon.babuchowski@gosc.pl
Więcej artykułów Szymona Babuchowskiego

 

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji