Nowy numer 47/2020 Archiwum

Dobre zawody Li Wenlianga

„Nie chcę być bohaterem” – pisał w liście pożegnalnym lekarz z Wuhanu. Komunistyczne władze nie chcą tego jeszcze bardziej. Nie chcą też, żeby był świadkiem wiary.

Tylko tyle? – pytało wielu internautów na wieść o decyzji komisji dyscyplinarnej zajmującej się sprawą lekarza, który jeszcze w grudniu ostrzegał przed pojawieniem się nowego wirusa. Komisja nakazała wycofanie reprymendy, jaką ukarano dr. Li, zaś policja przeprosiła za działania wobec niego. Chińskie władze próbują wymazać pamięć o bohaterskim lekarzu i jednocześnie przekonać świat, że Li Wenliang był przekonanym komunistą, a nie katolikiem.

Niewygodny wirus

Li Wenliang miał 33 lata. Pracował jako okulista w Szpitalu Centralnym w Wuhanie. Według dostępnych powszechnie źródeł pochodził z miasta Beizhen, gdzie ukończył liceum. Studiował na uniwersytecie medycznym w Wuhanie. 3 lata przepracował na uczelni w Xiamen. Znajomi cytowani przez media wspominają Li Wenlianga jako normalnego kolegę i dobrego fachowca, a przy tym fana koszykówki. Jego starsze dziecko niedługo kończy 5 lat, a żona jest w drugiej ciąży.

Pod koniec grudnia zeszłego roku dr Li zainteresował się dokumentacją pacjenta cierpiącego na ostrą niewydolność oddechową. Okazało się, że do szpitala trafiło przynajmniej kilka osób z dolegliwością podobną do tej, jaką wywołuje wirus SARS. Przez WeChat, popularny w Chinach portal społecznościowy i komunikator, Li Wenliang napisał do znajomych o siedmiu pacjentach zakażonych SARS. Radził stosowanie środków ostrożności oraz poinformowanie bliskich o zagrożeniu. Najprawdopodobniej screen informacji został przez kogoś umieszczony na ogólnodostępnym forum. Niedługo potem dr. Li odwiedziła policja. Lekarz dostał naganę za rzekome sianie paniki i zmuszono go do podpisania dokumentu, w którym przyznawał się do podawania nieprawdziwych informacji. Dostał też reprymendę. 1 stycznia władze podały, że osiem osób ukarano za „rozsiewanie plotek”. Wszystkie miały być lekarzami.

Jak tłumaczy Hanna Shen, korespondentka polskich mediów pracująca na Tajwanie, władze Wuhanu bały się działać w sprawie wirusa bez zgody Pekinu. Tymczasem dla Komunistycznej Partii Chin pojawienie się choroby było dużym problemem. – Prezydent Xi Jinping nie zdecydował się na początku stycznia podjąć kroków, które ograniczyłyby rozwój epidemii, bo prawdopodobnie uważał, że np. ograniczenia podróży w okresie Księżycowego Nowego Roku (wtedy wybuchła epidemia) wywołają niezadowolenie społeczne, a to zachwiałoby jeszcze bardziej jego pozycją w KPCh. Ta pozycja została już osłabiona w 2019 r. przez spowolnienie gospodarcze, przedłużającą się wojnę handlową ze Stanami Zjednoczonymi, protesty w Hongkongu i walkę frakcyjną w samej partii – wyjaśnia dziennikarka.

Nadzieja na życie

Okulista z Wuhanu wrócił do pracy i sam zetknął się z koronawirusem. „Stwierdziłem to, kiedy pacjentka, z którą miałem kontakt, zaraziła swoją rodzinę” – tłumaczył dziennikarce magazynu „New York Times”, będąc już na oddziale intensywnej terapii. „Zostałem zarażony zaraz potem. Zorientowałem się, że to niezwykle zakaźne. Pacjentka nie miała objawów, więc byłem bez ochrony”.

Do tragicznego w skutkach spotkania doszło 7 stycznia. Dr Li trafił do szpitala pięć dni później. Gdy na przełomie stycznia i lutego dziennikarka kontaktowała się z nim przez WeChat, jego sprawa była już znana na całym świecie. Dopiero wtedy oficjalnie potwierdzono u niego obecność koronawirusa. Tydzień później lekarz już nie żył. Wiadomość o jego śmierci podano mediom wieczorem 6 lutego, później władze ją dementowały, by ostatecznie ogłosić, że zmarł nad ranem.

„Nie chcę być bohaterem” – pisał dr Li w liście pożegnalnym, który, tłumaczony na wiele języków, obiegł świat. „Mam jeszcze moich rodziców, moje dzieci, moją ciężarną żonę, która niedługo będzie rodzić, i jest jeszcze wielu moich pacjentów na oddziale. (...) Nie chcę być bohaterem, lecz tylko lekarzem. Nie mogę patrzeć na tego nieznanego wirusa, który sprawia cierpienie mym rówieśnikom i tylu innym niewinnym osobom. Nawet jeśli umierają, zawsze patrzą mi w oczy z nadzieją na życie”. Li dodał, że nigdy nie przypuszczał, iż sam znajdzie się w ich sytuacji, a cały list zakończył słowami św. Pawła: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości”.

Katolik z Wuhanu

Na jednym ze zdjęć zamieszczonych na portalu społecznościowym Li Wenliang trzyma w dłoni różaniec. To, że lekarz z Wuhanu był katolikiem, potwierdził jezuita o. Jan Konior. Polski ksiądz wyjaśniał tygodnikowi „Sieci”, że wie o tym od rodziny i przyjaciół zmarłego doktora. „Ludzie w Chinach rzadko mówią o swojej wierze i jej wyznawaniu. Nie jest to dobrze widziane, a poza tym istnieje obawa, że ktoś o tym doniesie” – mówił o. Konior. „Jednak w grupie przyjaciół katolików, ludzi wierzących i modlących się, nie ukrywa się swojej wiary”. Li Wenliang był też aktywny na chrześcijańskich forach internetowych.

Sprawa wyznania bohaterskiego lekarza wywołała duże spory. – W prasie chińskojęzycznej nie ma potwierdzonej informacji, że dr Li Wenliang był chrześcijaninem – mówi Hanna Shen. – Wiemy na pewno, że w czasie studiów wstąpił do partii komunistycznej. Chińscy internauci na portalach społecznościowych podają informację od pastorów i społeczności chrześcijańskiej w Wuhanie, że w zeszłym roku dr Li się nawrócił, przyjął chrzest.

Katolicki portal Asia News podawał z kolei, powołując się na źródła w Wuhanie, że dr Li prawdopodobnie w ogóle nie był ochrzczony. Serwis sugerował nawet, że list pożegnalny w rzeczywistości nie był autorstwa dr. Li, lecz jakiejś nieznanej osoby. Natomiast kontrolowane przez władze anglojęzyczne media na ogół w ogóle pomijają kwestię wyznania zmarłego lekarza. Dziennik „South China Morning Post” podawał w wątpliwość nawet to, czy doktora z Wuhanu można uznać za sygnalistę informującego świat o zagrożeniu. W bardzo podobny sposób wypowiedzieli się członkowie zespołu prowadzącego śledztwo w sprawie Li Wenlianga. Według nich „pewne wrogie siły” próbowały przedstawić Li jako „przeciwnego systemowi »bohatera«, »osobę otwierającą innym oczy«”, by zaatakować KPCh. „To całkowicie niezgodne z prawdą. Li Wenliang był członkiem partii, a nie tak zwanym »przeciwnikiem systemu«” – napisali.

Nie było tematu

Sprawa dr. Li pozostaje wielkim problemem komunistycznych władz w Pekinie. W sieci Weibo (chiński odpowiednik Facebooka) hasztag „Zmarł dr Li Wenliang” widziało 670 mln użytkowników, hasztag „Li Wenliang nie żyje” – kolejne 230 mln, a odnośnik „Władze Wuhanu powinny przeprosić dr. Li Wenlianga” – 180 mln. Wszystkie zostały zablokowane przez cenzorów. W sieci pojawił się też list otwarty wzywający do przestrzegania konstytucyjnej swobody wypowiedzi i ustanowienia 6 lutego, czyli rocznicy śmierci lekarza, dniem wolności słowa. Pod apelem podpisali się m.in. prof. Tang Yiming z uniwersytetu w Wuhanie, a także Zhang Qianfan, wykładowca prawa na uczelni w Pekinie.

Władza stara się walczyć z kultem bohaterskiego doktora. W połowie lutego pastor Li Wanhua z prowincji Guandong został wezwany na policję, gdyż rozpowszechniał w sieci zdjęcia Li Wenlianga. Wielu osobom z tego samego powodu zablokowano konta. Represje dotykają zresztą wielu osób podważających oficjalny przekaz dotyczący walki z epidemią. Nie wszystkich udaje się zastraszyć, czego przykładem Sun Feng, chrześcijanin z miasta Zibo, który spędził 24 godziny w areszcie za to, że wzywał do modlitwy i postu w intencji oddalenia epidemii.

Świat czci dr. Li Wenlianga jako bohaterskiego sygnalistę, ale to nie wszystko. Jak zauważa ks. prof. Robert Skrzypczak, postawę okulisty z Wuhanu można uznać za męczeństwo. – To piękna postać – mówi ks. Skrzypczak. – Lekarz, który oddał życie dla pacjentów. Jego intencją nie była chęć bohaterstwa. Był pchany od środka nadzieją, miłością Chrystusa. Epidemia jest czasem dramatycznych wyborów i prób, które pokazują, co człowiek ma w sercu. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jakub Jałowiczor

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w radiu „Kampus”. Współpracował m.in. z dziennikiem „Polska”, „Tygodnikiem Solidarność”, „Gazetą Polską”, „Gazetą Polską Codziennie”, „Niedzielą”, portalem Fronda.pl. Publikował też w „Rzeczpospolitej” i „Magazynie Fantastycznym” oraz przeprowadzał wywiady dla portalu wideo „Gazety Polskiej”. Autor książki „Rzecznicy”. Jego obszar specjalizacji to sprawy społeczno-polityczne, bezpieczeństwo, nie stroni od tematyki zagranicznej.
Kontakt:
jakub.jalowiczor@gosc.pl
Więcej artykułów Jakuba Jałowiczora

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także