Nowy numer 43/2020 Archiwum

Wspólnota pod presją

Każdego dnia w metropolii madryckiej umierają setki ludzi. Jednym z symboli pandemii stała się hala madryckiego lodowiska zamienionego na kostnicę. Jak w tych warunkach wygląda praca kapłanów?

Centrum pandemii w Hiszpanii jest dzisiaj cała Wspólnota Madrytu, czyli jeden z 17 autonomicznych regionów, na jakie podzielony jest ten kraj. Tam zanotowano już blisko 3 tys. zgonów, czyli blisko połowę w całym kraju. Jednym z kilku pracujących w tym miejscu polskich kapłanów jest ks. dr Sławomir Wiktorowicz ze Zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny. Jest proboszczem i dziekanem w parafii pw. Świętej Rodziny w Torrejón de Ardoz leżącej ok. 23 km od Madrytu w diecezji Álcala de Henares.

Każda diecezja inaczej

Metropolia madrycka składa się z archidiecezji Madrytu, diecezji Getafe oraz diecezji Álcala de Henares. Jak wyjaśnia ks. Sławomir, biskupi każdej z nich inaczej zareagowali na epidemię. W archidiecezji Madrytu kościoły są otwarte, ale liturgia i nabożeństwa odprawiane są bez udziału wiernych. W diecezji Getafe kościoły są zamknięte. Natomiast w diecezji Álcala de Henares wierni mogą uczestniczyć we Mszach św., ale w ograniczonej liczbie. – Przed kryzysem w naszej parafii w każdej z sześciu niedzielnych Mszy św. uczestniczyło ok. 130–150 osób, obecnie jest ich 6–8, a i tak mieliśmy kłopoty. Były sytuacje, że policja zatrzymywała ludzi wychodzących z kościoła, gdyż takie miała zalecenia w stosunku do całej Wspólnoty Madrytu. Nie bierze się pod uwagę tego, że na tym terenie są trzy diecezje, które w różny sposób uregulowały sprawę uczestnictwa wiernych we Mszy św. Musiałem długo wyjaśniać to lokalnemu komisarzowi policji, a w końcu wysłałem mu dekret biskupa, aby wiernych w naszym dekanacie nie karali mandatami za udział we Mszy św. Te ograniczenia powodują, że musiałem rozbudować duszpasterstwo w mediach społecznościowych – relacjonuje ks. Sławomir. – Korzystam z parafialnego Facebooka (Sagrada F Msf) i za jego pośrednictwem wierni mogą brać udział we wspólnej modlitwie (Anioł Pański, Różaniec, Msza św.). Całkiem spore grono w tym uczestniczy. Zdarzyło mi się także transmitować liturgię pogrzebową przez internet. Jest duża potrzeba kontaktu wśród ludzi. Parafianie stale do mnie dzwonią, piszą e-maile. Mam wrażenie, że obecnie mam znacznie więcej pracy aniżeli przed epidemią – dodaje ks. Sławomir. – Ludzie chcą być razem i nie załamują rąk. Jest nastawienie: walczymy i w końcu zwyciężymy. Codziennie o godz. 20 całe miasto wychodzi na balkony albo staje w oknach i przez 3 minuty oklaskami, śpiewem i okrzykami wyraża podziękowanie i wsparcie dla służby medycznej, prawdziwych bohaterów tego czasu.

Dolewanie oliwy do ognia

Pierwsze przypadki zarażenia koronawirusem odnotowano w Hiszpanii na początku lutego, ale władze nie tylko zlekceważyły zagrożenie, ale wręcz swymi działaniami mogły przyczynić się do nasilenia pandemii. W niedzielę 8 marca z inicjatywy lewicowych organizacji w centrum Madrytu zorganizowano wielki wiec, w którym wzięło udział 120 tys. ludzi. Zwołały go organizacje feministyczne, a wspierały ruchy LGBT, chociaż w mediach przestrzegano przed nadciągającą epidemią. Do 8 marca zarażało się kilkanaście osób dziennie, natomiast po wiecu liczba zarażonych zaczęła lawinowo rosnąć. W zgromadzeniu brali udział także politycy z rządu premiera Pedra Sáncheza. Efekt był taki, że uczestniczące w nim minister ds. równouprawnienia Irene Montero oraz szefowa resortu polityki terytorialnej i służb publicznych Carolina Darias natychmiast zachorowały. Ostatnio dołączyła do nich także wicepremier Hiszpanii Carmen Calvo. Chora jest także żona premiera Sáncheza, która również świętowała Dzień Kobiet. Stan wyjątkowy wprowadzono dopiero 13 marca, kiedy skala zachorowań była już ogromna.

Umierają samotnie

Obecnie sytuacja jest tragiczna. W Madrycie brakuje łóżek szpitalnych. Ludzie leczeni są w domach. Opiekują się nimi specjalnie oddelegowani lekarze. Chorzy są odizolowani od wszystkich. Jedzenie przynosi rodzina, sąsiedzi albo wolontariusze. Hospitalizowanych w warunkach domowych jest obecnie w Madrycie ok. 12 tys. (dane na 27 marca) i ta liczba rośnie. Liczba zgonów jest tak duża, że brakuje miejsc w kostnicach, a zwłoki układa się prowizorycznie w Pałacu Lodowym (Palacio de Hielo). Wojsko na terenach wielkich targów i wystaw IFEMA zbudowało szpital polowy na 1400 łóżek (z możliwością powiększenia do 5 tys.). Ale i to nie wystarcza. Dlatego rząd zapowiedział, że do szpitali będą przyjmowani tylko chorzy mający szansę na wyleczenie. Osoby starsze muszą przechodzić kwarantannę w domach.

Śmiertelność wśród nich jest tak duża, że zakłady pogrzebowe nie nadążają z kremacją zmarłych. Rodzina nie ma możliwości pożegnania się z bliskim. Jest tylko informowana, w którym krematorium może odebrać urnę. Dopiero niedawno archidiecezja Madrytu porozumiała się z rządem, aby rodziny zmarłych mogły uczestniczyć w nabożeństwach żałobnych, odprawionych w budynku stojącym w pobliżu Pałacu Lodowego. Choroba dosięga także kapłanów. Zakażonych jest dwóch biskupów, zmarł jeden ksiądz z diecezji Getafe. W tych dniach szczególnie wielką pracę wykonują siostry zakonne. Żadna z nich nie opuściła swego posterunku. Wydają posiłki ubogim, pracują w szpitalach i domach opieki. Widać także wielkie zaangażowanie parafialnych zespołów charytatywnych. Wolontariuszy nie brakuje.

Nocne czuwanie

– Do 13 marca kapelan mógł być przy chorych w szpitalu. Jeszcze 8 i 9 marca poszedłem do szpitala, żeby udzielić sakramentu namaszczenia chorych. Ostatni raz miało to miejsce już w dramatycznych okolicznościach. Około północy zostałem wezwany do kobiety zakażonej koronawirusem. Była w stanie krytycznym. Wziąłem z kościoła oleje i pojechałem do szpitala. Tam ubrali mnie jak kosmitę i w tym skafandrze, w gumowych rękawiczkach i ochraniaczach na buty modliłem się przy umierającej razem z jej córką, ubraną podobnie jak ja. Teraz wizyta w szpitalu nie jest możliwa. Ze zmarłym nie może się pożegnać nawet rodzina. I to jest dla niej szczególnie bolesne – wspomina ks. Sławomir. – Dzwonił do mnie parafianin, którego matka zmarła w domu starców. Leżała w łóżku przez całą dobę i nie było komu zabrać jej ciała. W końcu zwłoki zabrano i przewieziono do krematorium. Jednak rodzina dotąd nie wie, skąd ma odebrać urnę. Kiedy indziej zadzwoniła zrozpaczona kobieta, której ojciec zachorował na koronawirusa. Otrzymała wiadomość ze szpitala, że stan jego zdrowia nie rokuje na wyzdrowienie. Przygotowano ją na to, że następnym razem zadzwonią do niej już nie ze szpitala, ale z Pałacu Lodowego. Takie dramaty dzieją się wokół nas codziennie. Dzisiaj (27 marca) byłem w miejskim prosektorium, gdzie jest tzw. sala pożegnań. Stało tam 50 trumien ze zwłokami czekającymi na kremację. Razem z obsługą odmówiliśmy modlitwę za zmarłych.

„Musimy sobie pomagać”

Niedawno mój rozmówca stanął przed nowym wyzwaniem. Zadzwonił do niego biskup ordynariusz z prośbą, aby z ośmiu parafii jego dekanatu wydelegował kapłana, który będzie towarzyszył lekarzowi w czasie wizyt domowych u ludzi chorych na koronawirusa. Część z nich, zwłaszcza ludzie znajdujący się w złym stanie albo umierający, prosi o możliwość spotkania się z księdzem. – Nie miałem wielkiego wyboru – opowiada ks. Sławek. – Jestem jednym z młodszych księży w dekanacie. Starsi są bardziej narażeni i ich udział w takiej posłudze jest wykluczony. Powiedziałem więc biskupowi, że sam się tym zajmę. Był zadowolony. „Musimy sobie pomagać i dbać o nasze owce” – skomentował moją decyzję.

Pytam ks. Sławomira, jaki wpływ może mieć epidemia na religijność ludzi. – W Hiszpanii – mówi – często powtarzane jest zdanie, że świat z powodu pandemii musiał się zatrzymać, aby się nie zawalić. Jestem przekonany, że gdy pandemia ustanie, sprawy potoczą się inaczej. Dostrzegam tę zmianę w tonie rozmów telefonicznych, udziale w liturgii za pomocą mediów społecznościowych. Jestem przekonany, że jeśli ludzie teraz odczuwają tak wielką potrzebę udziału we Mszy św., tęsknotę za sakramentami, za wspólną modlitwą, to po ustąpieniu epidemii będą chcieli zrealizować swoje pragnienie pełnego uczestnictwa w życiu religijnym. Zapewne nie wszyscy, ale znacząca część z pewnością tak.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się