Nowy numer 22/2020 Archiwum

Neapol, nasza służba

Cztery Polki pracują w szpitalu w Neapolu. I modlą się za chorych i zmarłych oraz o ustanie zarazy.

Zdjęcie czterech sióstr ze Zgromadzenia Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanie Poczętej ­– zwanego potocznie służebniczkami dębickimi – w maskach i w fartuchach, obiegło całą niemal Polskę. Jeden tweet na ich profilu wywołał falę modlitwy, dyskusji i wsparcia. „Nasze siostry wraz z włoskim personelem szpitala stanęły do walki z koronawirusem. Poważnie wyglądających kombinezonów brak, ale jest miłość i wiara w Opatrzność Bożą. Jest Moc”. I jest piękna historia o powołaniu, odwadze, profesjonalizmie i zaufaniu...

Cztery służebniczki

Siostry: Dariana, Kamila, Janina i Beata. Gdy wszystko się zaczęło, nie były na pierwszej linii walki z koronawirusem. Czekały... – Wrzuciłyśmy nasze zdjęcie, żeby pozdrowić matkę generalną w Polsce i wszystkie siostry – tłumaczą przez komunikator internetowy. – Potem to się tak rozniosło, że aż jesteśmy zdziwione popularnością.

Trudno przez kamerkę rozpoznać każdą z sióstr. Dobrze, że habit i uśmiech mają wszystkie taki sam: habit prosty, a uśmiech radosny, szczery. Mają też wyczuwalny, przedziwny spokój, mimo sytuacji coraz bardziej trudnej i niebezpiecznej. – Pracujemy w szpitalu ojców bonifratrów – tłumaczy s. Dariana, przełożona wspólnoty. – Siostry Kamila, Beata i Janina są pielęgniarkami na różnych oddziałach. Ja zajmuję się duszpasterstwem, wspieram duchowo chorych i ich rodziny. Gdy nasze zdjęcie dotarło do Polaków poprzez media społecznościowe, nie byłyśmy jeszcze na pierwszym froncie walki z zarazą. Chociaż kontakt z chorymi – jeszcze niezdiagnozowanymi – już wtedy był, chociażby na izbie przyjęć.

Wtedy jeszcze sytuacja w Neapolu była dość, biorąc pod uwagę sytuację we Włoszech, spokojna: około stu chorych. Jeden szpital publiczny wyznaczony do walki z koronawirusem. I to tam oczekiwano na największe uderzenie choroby. – Ale i u nas od początku przygotowywano jeden z oddziałów, by zamienić go na oddział intensywnej terapii – tłumaczą siostry. – Nasz szpital jednak jest dość skromny, nie spełnia warunków, by przyjmować najcięższe przypadki. Ale jak to się rozwinie, czas pokaże – mówiły siostry w trzecim tygodniu marca. – Przychodzą do nas na izbę przyjęć pacjenci także z podejrzeniem koronawirusa. Odsyłamy ich wtedy do szpitala zakaźnego. Organizacja pracy zmienia się bardzo szybko. Bo trzeba być elastycznym i dostosowywać się do zupełnie nieznanych realiów. Realiów pandemicznych.

W Neapolu

Polskie siostry pracują tam od 9 lat. Z okien ich domu widać Wezuwiusz. Neapol to przedziwne miasto: pełne skrajności, również biedy. Nie brak dzielnic mafijnych, niepiśmiennych dorosłych i dzieci, które nie chodzą do szkół. Z drugiej strony są dzielnice bogatych, odseparowanych od reszty. Inny świat. – Przyjechałyśmy tu na zaproszenie ojców bonifratrów, do pomocy w szpitalu. Pracujemy na oddziałach kardiologii, ortopedii i chirurgii – opowiadają służebniczki. –Wcześniej pracowałyśmy m.in. w prywatnej, bogatej klinice w Rzymie. Kiedy jednak miała tam być wykonywana procedura in vitro, zrezygnowałyśmy i w 2011 roku przyjechałyśmy do Neapolu – wspominają.

S. Dariana: – Pracowałam w Rzymie 25 lat. Tam był luksus. Wolę biedę w Neapolu, czuję się spełniona i potrzebna. Tu jest też dużo osób bezdomnych. Pogotowie ich do nas przywozi, bo wie, że to szpital katolicki i nie odmówimy pomocy. Staramy się maksymalnie pomóc takiej osobie, dopóki jest na oddziale. Potem już trudniej, bo wyleczony odchodzi i kontakt się urywa. Lubię pracę z biednymi, to trochę jak na misjach, a przecież w środku Europy...

Siostry pracują jako pielęgniarki – świetnie wykwalifikowane, profesjonalne. Ale ich rola jest znacznie większa: to również wsparcie duchowe nie tylko chorych, ale i personelu medycznego. – Wszystkim tutaj towarzyszy wielki lęk: o siebie, swoich bliskich, przyszłość. Widzimy ich niepokoje, często jakieś bunty, zmienne nastroje, które się z każdym dniem nasilają. To, co możemy zrobić, to po prostu być, wspierać, modlić się. Jest tu też dwóch kapelanów, odprawiają codziennie Mszę św., która przez głośniki dociera do wszystkich sal. W ten sposób chorzy łączą się w modlitwie.

Dobrzy ludzie

Siostry mówią, że Włosi to ludzie „dobrzy i specyficzni”. Dobrzy, bo wspierają siebie, swoje rodziny, są lojalni i ofiarni. Neapolitańczycy są radośni, weseli, otwarci. – Nie było u nas w szpitalu maseczek. Dowiedziała się o tym znajoma Włoszka, matka naszej dawnej pacjentki, i jak najszybciej przywiozła własne zapasy – 250 maseczek. Tu naprawdę brakuje odzieży ochronnej. Szpitale wysokoreferencyjne pewnie taką mają, my nie – opowiadają służebniczki. – Na początku u nas był straszny bałagan informacyjny: raz mówili, by bezwzględnie nosić maseczki, potem – by nie nosić wcale. Ludziom to nie pomagało w podjęciu dobrych decyzji.

Na izbę przyjęć zgłaszają się różni ludzie, najczęściej jednak z nizin społecznych. Tu są wstępnie badani. Jeśli jest podejrzenie zakażenia koronawirusem, zostają w izolatce. Oczekiwanie na wynik testu, które początkowo trwało dobę, obecnie trwa 3 lub 4 dni, ponieważ moce przerobowe laboratoriów są na wyczerpaniu. Jednak powoli świadomość zagrożenia wśród Włochów wzrasta. I wzrasta też dyscyplina na ulicach.

Powoli. Bo siostry przyznają, że przez długi czas Włosi bagatelizowali kwestie związane z ochroną przed koronawirusem. Patrzyli przez palce na zalecenia, nie wierzyli w zagrożenie. Panowało przekonanie, że wirus jest zupełnie niegroźny, że skoro młodym nic nie zrobi, to nie należy się przejmować i zmieniać trybu życia. – W Polsce, gdy nakaże się kwarantannę, zasadniczo większość jej się podporządkowuje. Narzekają, ale się stosują. Tutaj potrzeba było wielkich tragedii, tysięcy zgonów i karabinierów na ulicach, żeby ludzie zostali w domach. Taka mentalność – opowiadają służebniczki.

Jak trwoga, to...

Siostry zgodnie twierdzą, że w czasach pandemii jeszcze bardziej potrzeba ludziom Boga. A wielu przestało w Niego wierzyć. – Włosi nie są narodem głęboko wierzącym – mówi s. Beata. – Często rytuały zastępują wiarę albo ludzie w ogóle odrzucają Kościół, nie są im potrzebne Msze św. i nabożeństwa. To kraj w dużym stopniu laicki. Czas pandemii pokazał duże zagubienie duchowe. Teraz dopiero można dostrzec potrzebę powrotu do Pana Boga. Włosi – chorzy, lekarze, pielęgniarki – widząc nas, siostry zakonne, są wdzięczni za obecność. Mówią, że dajemy im poczucie bezpieczeństwa oraz nadzieję. Dlatego wciąż się modlimy. Organizujemy w szpitalnej kaplicy adorację Najświętszego Sakramentu, na którą mogą wejść lekarze lub pielęgniarki. A modlitwa różańcowa jest transmitowana przez szpitalny radiowęzeł.

Siostry pracują, modlą się, ale też z dużym niepokojem obserwują sytuację na północy Włoch. – Mamy tam znajomych, wiemy, że sytuacja w niektórych miejscach jest tragiczna – nie ma personelu, lekarze pracują non stop, zarażają się od pacjentów, a ludzie umierają w odosobnieniu – relacjonują. – Możemy mieć jedynie nadzieję, że południe odpowiednio się przygotuje na natarcie koronawirusa. Byłyśmy szkolone w szpitalu, jeśli będzie potrzeba, będziemy pracować z chorymi na COVID-19.

Boją się? Nie. – Jesteśmy gotowe do pracy, pomocy. To jest nasze powołanie, więc będziemy je wykonywać najlepiej, jak potrafimy – tłumaczą siostry.

– Mam duży wewnętrzny spokój – dodaje któraś z sióstr (kamerka niestety zamazuje twarz, tylko uśmiech widać wyraźnie). – Módlcie się za nas, a my robimy, co możemy, by wesprzeć tutejszych chorych...

Siostry modlą się m.in. za wstawiennictwem św. Józefa Moscatiego, lekarza z Neapolu, który nie tylko leczył ciała pacjentów, ale dbał o ich dusze, modlił się i namawiał do nawrócenia, przyjmowania sakramentów. I jeśli było trzeba – wspierał biednych finansowo. – Wierzymy, że on czuwa nad nami i nad naszymi pacjentami – mówią zgodnie siostry.

Aktualizacja...

Koniec marca. Siostry dwoją się i troją. Rodziny przynoszą jedzenie i bieliznę, zostawiają przy drzwiach szpitala. Siostry przekazują chorym. Jest ciepła, rodzinna atmosfera, zakonnice pokazują chorym filmiki od rodzin, bo kontakt między rodzinami a chorymi jest bardzo ważny... Na oddziale zakaźnym pracują na razie wyłącznie lekarze z intensywnej terapii. Pod respiratorami leżą już chorzy na COVID-19. Ale, jak mówią siostry, „jeszcze jest spokój”. Oby jak najdłużej. – Dziękować Bogu! On nad nami czuwa. Oby to wszystko dobrze się skończyło – mówią siostry.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji