Nowy numer 23/2020 Archiwum

10 lat później

Po traumie i smutku, latach ostrych sporów czy skandalicznych zaniedbań katastrofa smoleńska powoli odchodzi w zapomnienie, pozostając żywą przede wszystkim w pamięci bliskich ofiar tej tragedii. Co więcej, poznanie całej prawdy o jej okolicznościach wydaje się już niemożliwe.

Na początku były szok, niedowierzanie, trauma, smutek. Pełne tragicznego napięcia oczekiwanie na informację, kto zginął. Wydawało się, że Polska się zatrzymała w trwodze i przerażeniu z powodu wymiaru tragedii. Ucichły polityczne spory, co było czymś wyjątkowym w systemie, w którym ostry konflikt jest świadomie stosowaną metodą uprawiania polityki. Szczątki kolejnych ofiar przylatywały do Polski. Wzdłuż przejazdu trumny z ciałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego utworzył się wielokilometrowy szpaler Polaków; aby oddać hołd jego szczątkom wystawionym w Pałacu Prezydenckim, trzeba było czekać wiele godzin w kolejce.

Taki stan trwał krótko. Dokładnie do 14 kwietnia, gdy reżyser Andrzej Wajda zaprotestował przeciwko pochowaniu prezydenta Kaczyńskiego i jego żony na Wawelu. Po nim odezwały się dalsze głosy osób publicznych, tzw. elit III RP, krytykujących tę decyzję. Przy okazji jakby pękła tamowana przez dwa tygodnie niechęć do zmarłego prezydenta i wylała się fala krytyki jego osoby, fala, która przypominała „przemysł pogardy”, jakiego był obiektem za życia. Część ówczesnego establishmentu ujawniła swoją małość. Nawet jeśli niektórzy mieli zastrzeżenia do Lecha Kaczyńskiego, to zważając na okoliczności, w jakich zginął, powinni okazać wielkoduszność.

Wśród ofiar smoleńskiej tragedii zdecydowaną większość stanowili politycy Prawa i Sprawiedliwości oraz osoby związane z prawicowym nurtem politycznym. Dla nich, a szczególnie dla bliskich ofiar, tak wielka strata była zbyt bolesna, aby przejść do porządku dziennego wobec ataków na pamięć ich bliskich. W konsekwencji wybuchł spór społeczny i polityczny, który głęboko podzielił Polaków.

Krzyż i polityczny cynizm

Kilka dni po katastrofie przed Pałacem Prezydenckim stanął krzyż, który okazał się obiektem wyjątkowo ostrego sporu. Krzyż, jako wyraz upamiętnienia ofiar tragedii, ale też żałoby, która w pierwszych dniach zjednoczyła w bólu Polaków, ustawili harcerze. Nie wszyscy go zaakceptowali. Zaczęły się fizyczne ataki na krzyż, którym sekundowały media przeciwne upamiętnieniu. Podział oddawał linię sporów politycznych: po jednej stronie PiS broniące krzyża, po drugiej rządząca wówczas PO, zarzucająca PiS, że chce wykorzystać tragedię smoleńską do budowania swojej pozycji politycznej. Rzeczywiście PiS pragnął zbudować na tej tragedii mit założycielski nowej Polski, której ideowym patronem był prezydent Kaczyński. Robił to otwarcie, tymczasem druga strona sięgnęła po niegodne metody.

Spór wokół krzyża ujawnił jeszcze inny podział. Okazało się, że obecność symbolu religijnego przed Pałacem Prezydenckim przeszkadza osobom negatywnie nastawionym do wiary, które zaczęły go atakować.

Kościół i tragedia

W sporze wokół krzyża Kościół przede wszystkim dążył do tego, aby nie dochodziło do profanacji i wykorzystywania politycznego tego świętego dla chrześcijan symbolu. Stąd po miesiącu sporów krzyż spod Pałacu Prezydenckiego został przeniesiony do pobliskiego kościoła św. Anny. Jednocześnie przedstawiciele Kościoła zaapelowali do prezydenta Bronisława Komorowskiego, aby patronował powstaniu specjalnego komitetu budowy pomnika ofiar smoleńskiej tragedii. Apel ten został zignorowany.

Kościół przestrzegał także przed instrumentalnym traktowaniem krzyża. Cynicznie dopuszczali się tego politycy PO. Kościół miał jednak też problem z drugą stroną, która ujawniała brak zrozumienia istoty tego symbolu. Jarosław Kaczyński wprost mówił, że krzyż na Krakowskim Przedmieściu zastępuje pomnik, który powinien tam stanąć. O tym, że ten symbol wiary był przez polityków PiS i ich zwolenników traktowany w tej sprawie instrumentalnie, świadczy też fakt, że po jego przeniesieniu do kościoła św. Anny kompletnie stracili nim zainteresowanie. O zinstrumentalizowaniu krzyża świadczy również to, że gdy w 2018 r. PiS doprowadził do postawienia na placu Piłsudskiego okazałego pomnika ofiar katastrofy, symbol krzyża się na nim nie znalazł.

W związku z katastrofą Kościół oskarżano o to, że w sporze o charakterze politycznym między opozycyjnymi wobec siebie partiami stanął po stronie PiS. Tymczasem Kościół stanął po stronie ofiar katastrofy pod Smoleńskiem i ich bliskich. Zmarłych żegnano podczas Mszy św. i nabożeństw pogrzebowych. Nawet ludziom, którzy za życia nie byli blisko związani z Kościołem albo wprost wypowiadali się o nim negatywnie, kapłani nie odmawiali ostatniej posługi, jeśli życzyła sobie tego rodzina. Tak zwane świeckie pogrzeby były wyjątkami. Już po katastrofie księża bardzo często obejmowali duchową opieką osoby przeżywające żałobę po stracie bliskich w tak tragicznych okolicznościach.

Dla wielu Polaków katastrofa smoleńska była bardzo ważnym wydarzeniem, które 10. dnia każdego miesiąca wspominali w wymiarze religijnym. Dlatego na przykład „miesięcznice smoleńskie”, organizowane przez środowisko PiS, rozpoczynały się Mszą św. w warszawskiej katedrze. Księża przewodniczący Eucharystii starali się nie poruszać wprost tematów politycznych, jednak dla opozycji sam fakt, że takie Msze się odbywały, był dowodem na zaangażowanie Kościoła po stronie PiS.

Inna sprawa, że po Mszy św. odbywały się pochody, które kończyły się pod Pałacem Prezydenckim stricte politycznymi przemówieniami, nierzadko ostro atakującymi PO. Trzeba też przyznać, że część duchownych włączyła się w spór polityczny i angażowała po stronie PiS. Nawet jeśli nie było to zjawisko powszechne, wykorzystywano je jako dowód postawy całego Kościoła.

Raport podważony

Zasadniczą kwestią było wyjaśnienie, jak doszło do katastrofy smoleńskiej. Miał na to odpowiedzieć raport polskiej komisji badania wypadków lotniczych pracującej pod kierownictwem Jerzego Millera. Został on ogłoszony w lipcu 2011 r. Według raportu, który był oficjalnym stanowiskiem polskiego rządu, bezpośrednią przyczyną katastrofy był błąd pilotów. Nieprawidłowo odczytali wysokość, na której miał się znajdować samolot; warunki pogodowe na lotnisku nie pozwalały na lądowanie, a rosyjscy kontrolerzy lotów nieprawidłowo naprowadzili Tu-154. Samolot zaczął się rozpadać w powietrzu po zderzeniu z brzozą.

Jednak późniejsze badania okoliczności tragedii podważyły tezy tego dokumentu. Specjaliści z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. dr. Jana Sehna w Krakowie zbadali zapis z taśm z kokpitu prezydenckiego samolotu w ostatnich chwilach przed zderzeniem z ziemią i stwierdzili, że wśród zapamiętanych głosów nie ma głosu gen. Andrzeja Błasika. Miał on być w kabinie pilotów i podawać właściwą odległość samolotu od ziemi. To odkrycie podważa główną tezę raportu Millera, że samolot się rozbił, ponieważ piloci nie wiedzieli, na jakiej wysokości się znajduje.

Wśród wielu faktów, które podważają ustalenia raportu Millera, warto zwrócić uwagę na to, że polscy śledczy nie mieli dostatecznego dostępu do wraku samolotu, nie mogli więc go zbadać według międzynarodowych standardów. Tu pojawia się problem skandalicznych zaniedbań rządu PO, z Donaldem Tuskiem na czele, w sprawie śledztwa mającego ustalić przyczyny katastrofy. Wystarczy wspomnieć o oddaniu śledztwa Rosjanom. Dla rodzin ofiar szczególnie bolesne były zaniedbania związane z traktowaniem szczątków ich bliskich, ponieważ podczas ekshumacji w Polsce okazywało się, że są one pozamieniane.

Skandalem jest, że odpowiedzialność karną za tak wielką tragedię poniósł tylko wiceszef Biura Ochrony Rządu Paweł Bielawny, skazany na półtora roku więzienia w zawieszeniu za nieprawidłowości przy zabezpieczeniu lotu. Wyrok 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata za nieprawidłowości przy organizacji lotu do Smoleńska usłyszał w ubiegłym roku były szef kancelarii premiera Tomasz Arabski, ale jest on nieprawomocny; skazany zapowiedział apelację.

Teorie spiskowe i znaki zapytania

Pomimo tego, że raport Millera został w wielu miejscach obalony, nie udało się jednoznacznie ustalić, co było przyczyną katastrofy smoleńskiej. Pojawiały się natomiast liczne teorie. Niektóre mówiły o świadomym działaniu Rosjan, którzy dokonali zamachu. Mieli to zrobić, rozpylając nad lotniskiem sztuczną mgłę albo hel, umieszczając w samolocie ładunek wybuchowy w czasie jego przeglądu w Samarze albo wprost zestrzeliwując polski TU-154.

Problem z takimi tezami polega na tym, że na ich poparcie nie ma dowodów, a jedynie w kilku przypadkach można mówić o pewnych przesłankach. Pozwalają one stawiać pytania, sugerować różne przyczyny, ale nie pozwalają formułować ostatecznych wniosków.

Taką przesłanką jest na przykład fakt, że elementy samolotu znalazły się na ziemi jeszcze przed zderzeniem z brzozą. Analiza wielu innych wypadków lotniczych wskazuje na to, że sposób ułożenia szczątków samolotu na ziemi jest charakterystyczny dla maszyny, która rozpadła się przed zderzeniem z podłożem. Nie jest wyjaśniona też sprawa trotylu, który polscy śledczy odkryli na szczątkach maszyny, ale według nich nie pochodził on z materiału wybuchowego.

Ponieważ PiS uważał, że rządząca w 2010 r. Platforma nie wyjaśni przyczyn katastrofy, powołał parlamentarny zespół, który miał się tym zająć. Na czele tej grupy stanął Antoni Macierewicz. Polityk ten nieustannie wytykał błędy oficjalnego śledztwa, ale jednocześnie łatwo przychodziło mu stawianie nieudowodnionych tez. Twierdził na przykład, że trzy osoby przeżyły katastrofę. Oczywiście nigdy ich nie przedstawił. Problem z Macierewiczem polega na tym, że żadna z jego teorii nie znalazła potwierdzenia w ostatecznych dowodach, że opierają się jedynie na przesłankach. Nie zmieniło się to po dojściu do władzy PiS, kiedy w Ministerstwie Obrony Narodowej powołana została w 2016 r. podkomisja smoleńska, która miała ponownie zbadać katastrofę. Podkomisja zlecała badania w laboratoriach zagranicznych, opracowywała raporty, ogłaszała, że odkryła przyczyny tragedii, jednak nie była w stanie przedstawić twardych dowodów na poparcie swoich twierdzeń.

Znamienna jest w tej sprawie wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego w radiu RMF z 21 marca br. Pytany o przyczyny katastrofy, lider PiS powiedział, że dziś wie tylko tyle, że samolot nadleciał nad lotnisko, piloci zdecydowali o odejściu na drugi krąg, czyli zrezygnowali z lądowania, i wykonali wszystkie czynności, które zmierzały do tego, żeby samolot odszedł, co jednak nie nastąpiło. Nie pozostawił też wątpliwości, że negatywnie ocenia działania służące wyjaśnieniu katastrofy, bo nie przyniosły one żadnego rezultatu. – Przyszedł czas, aby przedłożyć dokument, który jest w stu procentach zweryfikowany i ma wartość procesową. A weryfikacja w ramach wymogów, jakie są przewidziane w procesie karnym, a o taki proces w tym wypadku chodzi, to weryfikacja bardzo daleko idąca. To jest coś zupełnie innego niż wiedza, którą możemy czerpać z różnych źródeł i uważać, albo nie uważać, że jest prawdziwa. To musi być coś udowodnionego – stwierdził.

Sytuacja 10 lat po katastrofie prowadzi do wniosku, że całej prawdy już nie poznamy. Nie mamy dostępu do wraku, który został w takim stopniu zdewastowany, że dziś jego badanie raczej nie wykaże, co się zdarzyło. Sprawa katastrofy smoleńskiej w życiu społeczeństwa powoli schodzi na dalszy plan, jednak na pewno pozostanie żywa w sercach bliskich i przyjaciół tragicznie zmarłych uczestników tego lotu.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Bogumił Łoziński

Zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Polska”.
Pracował m.in. w Katolickiej Agencji Informacyjnej jako szef działu krajowego, oraz w „Dzienniku” jako dziennikarz i publicysta. Wyróżniony Medalem Pamiątkowym Prymasa Polski (2006) oraz tytułem Mecenas Polskiej Ekologii w X edycji Narodowego Konkursu Ekologicznego „Przyjaźni środowisku” (2009). Ma na swoim koncie dziesiątki wywiadów z polskimi hierarchami, a także z kard. Josephem Ratzingerem (2004) i prof. Leszkiem Kołakowskim (2008). Autor publikacji książkowych, m.in. bestelleru „Leksykon zakonów w Polsce”. Hobby: piłka nożna, lekkoatletyka, żeglarstwo. Jego obszar specjalizacji to tematyka religijna, światopoglądowa i historyczna, a także społeczno-polityczna i ekologiczna.

Kontakt:
bogumil.lozinski@gosc.pl
Więcej artykułów Bogumiła Łozińskiego

 

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji