Nowy numer 27/2020 Archiwum

Dzieci, pieniądze i wartości

Pieniędzy jest więcej, niż było, mieszkań ciągle brakuje. Jednak nie to decyduje o tym, czy Polacy mają dzieci.

Na dzietność nie mamy wpływu lub mamy wpływ bardzo ograniczony. Możemy tylko tworzyć warunki dobrej prokreacji – mówiła prof. Józefina Hrynkiewicz podczas seminarium w warszawskim Sekretariacie KEP. Sytuacja demograficzna naszego kraju jest katastrofalna. Na większą liczbę dzieci decydują się zwykle ludzie bardziej religijni, ale nie ma czynnika ani nawet splotu czynników, które jednoznacznie decydowałyby o tym, jak duża będzie dana rodzina.

Demografia na minusie

W 2018 r. urodziło się 388 tys. dzieci. Zmarło 414 tys. osób. Rok wcześniej było nieco lepiej – 402 tys. urodzeń, a zgonów 403 tysiące. W XXI w. tylko w latach 2008–2011 odnotowano niewielki przyrost liczby ludności. Liczba urodzeń spadała regularnie od połowy lat 80., kiedy przekraczała 700 tys. rocznie, do 2003 roku. Wyniosła wtedy 350 tys., bijąc niechlubny rekord. Później mieliśmy sinusoidę, przy czym ani razu nie pojawiło się na świecie więcej niż 417 tys. małych Polaków. Tymczasem w latach 50. XX w., choć osób w wieku produkcyjnym było znacznie mniej (w naszym kraju mieszkało 25–29 mln osób), rodziło się niemal 800 tys. dzieci rocznie, czyli więcej niż nawet w latach 80. Brak rąk do pracy łata migracja, której bilans w 2016 r. zaczął wychodzić na plus, ale poza tym od wielu dekad Polska traciła obywateli. ONZ szacuje, że do końca stulecia Polaków będzie jedynie 21 milionów. Są i szacunki mówiące o spadku do 17 milionów.

Problemy, jakie z tego wynikają, już teraz są zauważalne gołym okiem. Budżet państwa co roku dopłaca do emerytur, bo same składki nie wystarczają na pokrycie wydatków. W ciągu kolejnych 10 lat dziura może wynieść, według różnych wyliczeń, 40–80 mld zł. Starzenie się społeczeństwa będzie coraz bardziej odczuwalne, nie tylko poprzez przeciążenie oddziałów geriatrycznych w szpitalach.

Chcielibyśmy, ale…

Utrudnieniem dla małżeństw marzących o większej liczbie dzieci często jest nie tyle dochód, ile warunki mieszkaniowe. Jak wynikało z raportu „Wielodzietni w Polsce 2016”, ponad połowa rodzin mających przynajmniej troje dzieci musiała się zmieścić w lokalu mającym najwyżej 70 m kw. Oznacza to nieraz, że przy trzecim zaczyna się dylemat, gdzie postawić łóżeczko. Zdarza się, że rodzinie nie brakuje pieniędzy na funkcjonowanie na znośnym poziomie, edukację i wyjazdy wakacyjne, ale już na kupno większego mieszkania nie ma szans. Przy większej gromadce pociech trudno liczyć na kredyt w banku, a rządowe programy niewiele pomagają. W ramach zakończonej w 2018 r. inicjatywy Mieszkanie dla Młodych państwo wydało 3 mld zł na dofinansowanie kredytów hipotecznych. Jak podaje Związek Banków Polskich, ostatecznie skorzystało z tego 110 tys. osób, którym udzielono kredytów o łącznej wartości blisko 20 mld zł. Warunki uczestnictwa w MdM były jednak wyśrubowane i jak się okazało, 70 proc. uczestników programu było bezdzietnych. Nawet jeśli część z nich stanowiły młode małżeństwa, które zamierzają w przyszłości mieć potomstwo, to ewidentnie program nie był rozwiązaniem dla wielodzietnych rodzin cisnących się w M3 i M4. Bardziej dostępne są lokale budowane w ramach Taniego Budownictwa Socjalnego, ale te rodzina tylko wynajmuje (w teorii istnieje opcja wykupu, ale TBS-y na nią się nie zgadzają; poza tym w takiej sytuacji trzeba by zapłacić normalną cenę, czyli mieć kredyt lub duże oszczędności).

Od 2016 r. niewiele się zmieniło. Dostępność mieszkań w Polsce nadal jest znacznie niższa niż w większości krajów Unii Europejskiej. Według danych GUS w 2017 r. na tysiąc mieszkańców przypadało 376 lokali mieszkalnych. To i tak poprawa w stosunku do roku poprzedniego, ale unijna średnia to 480 mieszkań na 1 tys. mieszkańców. Według minister rozwoju Jadwigi Emilewicz zadowalającym stanem byłoby przynajmniej 440 lokali. W tej chwili w skali kraju mamy ich 14,4 mln, więc aby dogonić unijną średnią (uwzględniając konieczność rozbiórki niektórych budynków), trzeba by zbudować ponad 2 mln nowych. Zdaniem minister zajmie to ok. 10 lat.

Według niektórych ekspertów – przynajmniej 16, a w pesymistycznym wariancie nawet 40. Na razie 44,7 proc. Polaków mających od 25 do 34 lat mieszka z rodzicami (dane z 2017 r.). Gorzej jest tylko w 6 krajach UE, w tym we Włoszech, gdzie przyczyną są raczej uwarunkowania kulturowe, a nie brak mieszkań. Program Mieszkanie Plus jak dotąd nie spowodował zauważalnych zmian.

Rachunki czy jedzenie?

Sytuacje, kiedy wielodzietnym rodzinom brakuje na codzienne wydatki, również nie są rzadkością. Tu jednak doszło do poprawy w ciągu ostatnich lat. Z raportu „Wielodzietni w Polsce 2016” wynikało, że w 47 proc. przypadków rodzinom mającym przynajmniej troje dzieci nie wystarczało nawet na bieżące potrzeby. 58 proc. podało, że ich łączne przychody wynoszą mniej niż 3 tys. zł miesięcznie. Podstawowym obciążeniem domowego budżetu była żywność (średnio 958 zł miesięcznie), spłata kredytów i długów (niemal drugie tyle – 934 zł), rachunki (700 zł) i transport (265 zł). Na kulturę przeznaczano średnio 73 zł (czyli równowartość trzech biletów do kina poza weekendem albo dwóch książek), ale więcej niż jedna czwarta wielodzietnych rodzin w ogóle nie miała pieniędzy na takie wydatki. Respondentami były małżeństwa mające troje lub więcej pociech, zatem po wprowadzeniu programu 500 Plus miesięczne dochody respondentów wzrosły o przynajmniej 1,5 tys. zł. Jak wyliczył GUS, w latach 2014–2017 wskaźnik zagrożenia ubóstwem rodzin wielodzietnych spadł z 35,8 proc. do 14,7 procent. Podczas gdy w 2005 r. rodzina wielodzietna z Wielkiej Brytanii miała dochody na osobę średnio pięciokrotnie wyższe niż duża rodzina z Polski, to w 2017 r. różnica na korzyść Brytyjczyków wynosiła już tylko 25 procent.

Poprawa nie spowodowała jednak boomu na porodówkach. W 2017 r. sytuacja nieco się poprawiła, ale i tak liczba urodzin była mniejsza od liczby zgonów. Rok później było jeszcze gorzej i nie wiadomo, czy w kolejnych latach nastąpi poprawa.

Wiara i dzieci

Jak zauważył podczas seminarium abp Henryk Hoser, wśród wielu czynników, które mają pewien wpływ na decyzję o posiadaniu dzieci, istotne są wyznawane wartości. Hierarcha zwrócił uwagę, że współczesny człowiek „przygotowywany jest przede wszystkim do realizacji zadań życia zawodowego”. – W tej konfrontacji rodzina przegrywa, złożona niejako na ołtarzu produkcji – tłumaczył. Jak dodał, niechęć do posiadania dzieci może wynikać z obaw o przyszłość, a te z kolei łagodzi wiara w Bożą Opatrzność.

Związki religijności z demografią były badane w wielu krajach. Amerykański National Survey of Family Growth odnotował, że kobiety deklarujące, iż religia jest dla nich „bardzo ważna”, mają średnio więcej dzieci niż te, które uznają wiarę za coś „średnio ważnego” albo „nieważnego”. Od dziesięcioleci w USA zauważano, że katolicy mają na ogół większe rodziny niż protestanci (choć różnica się zmniejsza). Tłumaczono to nauką Kościoła dotyczącą antykoncepcji czy rodziny jako takiej (brak rozwodów daje większe poczucie stabilności).

Z kolei w Polsce spadkowi dzietności towarzyszy zmniejszenie się liczby osób chodzących do kościoła, zauważalne wyraźnie od początku transformacji (w ciągu trzech ostatnich lat badanych przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego odsetek dominicantes ustabilizował się na poziomie ok. 40 proc.).

Jednak statystyki te i tak wypadają znacznie lepiej niż w wielu krajach zachodniej Europy, a współczynnik dzietności Polek, który wyniósł 1,48, jest nieco poniżej unijnej średniej. Być może ten wskaźnik mówi o stanie wiary Polaków więcej niż proste liczenie wiernych.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama