Nowy numer 22/2020 Archiwum

Pocieszenie nie na zamówienie

Duchowa pociecha przychodzi nie wtedy, gdy jej oczekujesz, lecz wówczas, gdy przestajesz myśleć o sobie.

Andrzej, mężczyzna po czterdziestce, długo zmagał się z własnym sumieniem. Czuł, że w jego relacji z Bogiem coś jest nie w porządku. Na zewnątrz wszystko wyglądało dobrze, ale gdzieś głęboko w środku pozostały obszary jakiejś nieszczerości. Tłumaczył sobie, że przecież nie musi wszystkiego odsłaniać, że Bóg nie jest buchalterem i nie wymaga szczegółowych raportów z życia wewnętrznego. Uspokajał się w ten sposób, pocieszał się, że to pewnie skrupuły, ale to słabo działało. Kiedyś pojechał na rekolekcje. Myślał, że to będzie dla niego strefa duchowego spokoju, ale się przeliczył. Wewnętrzny dyskomfort, zamiast zniknąć, wzmógł się. W ostatnim dniu rekolekcji Andrzej obudził się z poczuciem, że dalej tak nie może być, ale nie wiedział, co zrobić. Gdy słuchał porannej konferencji, nagle przyszło mu do głowy, że powinien poprosić rekolekcjonistę o rozmowę. Po skończonej nauce zapukał do pokoju zakonnika. Tamten, po wysłuchaniu zaledwie kilku zdań, powiedział: „To chyba będzie spowiedź”. I była. – Zdobyłem się wtedy na wyciągnięcie wszystkich bolesnych rzeczy z samego dna duszy i rzucenie ich pod nogi Jezusowi – opowiada Andrzej. Pamięta, że gdy wyszedł po spowiedzi, czuł ulgę, ale wciąż była w nim obawa, że tamto wróci. Ale pół godziny później była Msza na zakończenie rekolekcji. Zaraz po jej rozpoczęciu nieoczekiwanie spłynął na niego głęboki pokój. – Miałem wrażenie, że czytania z tego dnia były przygotowane specjalnie dla mnie. Każde słowo odbijało się w duszy i rezonowało wdzięcznością. Przyszła radość, której się zupełnie nie spodziewałem. Zalewały mnie wręcz fale radości. Gdy przyjąłem Komunię, ukląkłem i musiałem zasłonić twarz. Nie chciałem, żeby ktoś widział, jak płaczę. Łzy lały mi się po policzkach, a ja miałem wrażenie, że wraz z nimi wypłukuje się ze mnie osad grzechu. Nie umiałem powstrzymać tego płaczu, ale też nie chciałem. To było dobre. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że otrzymałem dar łez, który znamionuje duchowe pocieszenie. Wtedy moje życie trwale się zmieniło – wspomina.

To zachęta

„Pocieszeniem nazywam [przeżycie], gdy w duszy powstaje pewne poruszenie wewnętrzne, dzięki któremu dusza rozpala się w miłości ku swemu Stwórcy i Panu, a wskutek tego nie może już kochać żadnej rzeczy stworzonej na obliczu ziemi dla niej samej, lecz tylko w Stwórcy wszystkich rzeczy” – pisze św. Ignacy Loyola. „Wreszcie nazywam pocieszeniem wszelkie pomnożenie nadziei, wiary i miłości, i wszelkiej radości wewnętrznej, która wzywa i pociąga do rzeczy niebieskich i do właściwego dobra własnej duszy, dając jej odpocznienie i uspokojenie w Stwórcy i Panu swoim. Doświadczanie pocieszeń i strapień jest konieczne, by żyć w Duchu, być otwartym na Jego poruszenia, być wrażliwym na podstawową dynamikę zniechęcenia (chwyt złego ducha) i zachęty (pochodzącej od ducha dobrego)” – zauważa mistrz życia duchowego.

Góra przed dołem

Gdy Piotr, Jakub i Jan wspinali się za Jezusem „na górę wysoką, osobno”, nie przypuszczali, że zajdą aż tak wysoko. Na szczycie wkroczyli w przestrzeń niedostępną śmiertelnikom. Nie zdarza się przecież ludziom widzieć człowieka tak nieziemsko przemienionego, jak oglądany wówczas przez nich Mistrz – w dodatku w towarzystwie patriarchy-prawodawcy sprzed ponad tysiąca lat i proroka porwanego przed wiekami do nieba przez ognisty rydwan.

Teraz i apostołowie byli na skraju nieba. Wpatrywali się z osłupieniem w scenę, jakiej dotąd nikt z Ziemian nie widział. Do głowy im nie przyszło, że niedługo ujrzą Jezusa na innym wzniesieniu i w towarzystwie dwóch zupełnie innych ludzi. Nadchodził czas, w którym mieli zobaczyć Mistrza zdradzonego, skatowanego i powieszonego na krzyżu między bandytami. Dwa skrajnie różne przemienienia. Pierwsze w chwale nieba, drugie w scenerii piekielnej kaźni. W obu przypadkach oblicze Jezusa zostało odmienione. Na Taborze zajaśniało nadprzyrodzonym blaskiem, na Golgocie nieludzko oszpecili je oprawcy – do tego stopnia, że, jak prorokował Izajasz, „postać Jego była niepodobna do ludzi”.

Góra Tabor była doświadczeniem przeznaczonym dla najbliższych towarzyszy Zbawiciela. „Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie” – usłyszeli od Jezusa. Ta scena miała w nich pozostać w momencie, gdy Syn Boży został odarty z wszelkiej chwały i poddany skutkom grzechów wszystkich ludzi. Nadchodziła ciężka próba, taka, jakiej wszechświat nie widział.

Jezus to wiedział. „Szymonie, Szymonie, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę” – powie niebawem Piotrowi. Widzenie na górze miało umocnić trzech apostołów, aby ich wiara nie ustała, gdy diabelskie sito pójdzie w ruch.

Szczęście ze zgody

Faustyna klęczała przed Jezusem Eucharystycznym. Przed chwilą na prośbę Jezusa zgodziła się przyjąć wyjątkowo ciężkie doświadczenia dla pożytku wielu dusz. „Wtem (…) obecność Boga przeniknęła mnie na wskroś. Dusza moja została pogrążona w Bogu i zalana tak wielkim szczęściem, że ani w części tego napisać nie mogę. Czułam, że majestat Jego otacza mnie. Dziwnie zostałam zlana z Bogiem. Widziałam wielkie upodobanie Boże w sobie i nawzajem utonął duch mój w Nim. Świadoma tego zjednoczenia się z Bogiem, czuję, że jestem szczególnie miłowana, i nawzajem kocham całą siłą swej duszy. (…) Wielka tajemnica zadzierzgnęła się między mną a Bogiem. Odwaga i moc pozostała w duszy mojej” – zapisała w „Dzienniczku”. Otrzymała to, czego potrzebowała, bo Bóg nie stawia ufających Mu ludzi przed próbami, którym nie mogliby sprostać.

Zaufaj i zrezygnuj

Nie jest tak, że duchowe pocieszenie musi poprzedzać nadchodzące strapienie. Bóg daje pociechę, komu chce i kiedy chce, według tego, co jest dla człowieka najlepsze. Ignacy Loyola w „Ćwiczeniach duchownych” sugeruje zachowanie dystansu do własnych pragnień doświadczania miłych doznań duchowych. Wskazuje, że takie pragnienie, choć dotyczy rzeczy obiektywnie dobrych, mimo wszystko jest wyrazem miłości własnej. Aby ją uporządkować, zaleca postawienie w centrum Jezusa Zmartwychwstałego i wejście w Jego radość. To wiąże się ze zgodą na prowadzenie Boże także w zakresie przeżywania zarówno pociech, jak i strapień. Taka postawa uwalnia człowieka od pełnego napięć oczekiwania na rzeczy przyjemne i obaw przed rzeczami nieprzyjemnymi.

Prawdziwe pocieszenie duchowe od Zmartwychwstałego przychodzi nie wtedy, gdy realizuje się nasze „zamówienie” na radość, lecz wówczas, gdy z tego zamówienia rezygnujemy. Gdy chrześcijanin jest gotowy przyjąć cierpienie ze względu na Jezusa i staje się zdolny pójść za Zbawicielem, nie pytając, dokąd On go prowadzi.

Gdy człowiek przestaje koncentrować się na sobie, otwiera się na Boga i zaczyna myśleć o bliźnich. Zauważa, że sam może i powinien być narzędziem pociechy dla innych. Jaśniejsze wówczas stają się dla niego słowa apostoła: „Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga” (2 Kor 1,3-4). •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL