Nowy numer 13/2020 Archiwum

Nie ma drogi na skróty

Poruszające opowieści tych dzieciaków to gotowy scenariusz na film. Gdy ks. Józef Walusiak tworzył przed trzydziestu laty pierwszy w Polsce ośrodek dla młodych uzależnionych, nie przypuszczał, że nadzieję znajdzie w nim aż 1195 osób.

Ptaki urządzają dziki koncert. Idzie luty, podkuj buty? Kto wymyślił to przysłowie? – zastanawiam się, wjeżdżając do zielonych Komorowic, dzielnicy Bielska-Białej, i zerkając na plamki śniegu na Dębowcu czy Szyndzielni. Akcje zimy spadają, akcje wiosny idą w górę. Grupka młodych odgruzowuje podwórko. To również element terapii.

– Pamiętam popłoch w oczach dziewczyny, która miała zrobić śniadanie dla 30 osób. Przecież zawsze wszystko w domu robiła mama. Zakasała jednak rękawy, a wszyscy po posiłku nagrodzili ją brawami – uśmiecha się ks. Józef Walusiak. To on tworzył przed laty od podstaw Katolicki Ośrodek Wychowania i Terapii Młodzieży „Nadzieja”.

Nieustannie przebywa tu ponad dwadzieścia osób w wieku od 13 do 18 lat. Wspólny mianownik? Uzależnienia. Wszelakie. Już nie tylko od substancji psychoaktywnych, dopalaczy, marihuany i pochodnych amfetaminy, leków i alkoholu, ale również od gier komputerowych czy komórki. Uzależnienia behawioralne nie są teoretycznym tematem prac magisterskich na wydziale psychologii. Jedna z podopiecznych ośrodka do tego stopnia nie potrafiła żyć bez telefonu, że w pierwszej fazie terapii nosiła w dłoni drewniany klocek, który był imitacją komórki.

Zawyłem

– Oj, jak dobrze znam pokój, w którym siedzimy – opowiada Paweł Kurz, lider zespołu Anti Babylon System, na co dzień pracujący jako katecheta. – Przed 25 laty zwijałem się tu z bólu na łóżku piętrowym, a mój Anioł Stróż słyszał ode mnie sporo warczących wyrazów. Chodziłem po ścianach, bo byłem uzależniony od opiatów. Byłem zagorzałym ateistą. Ufałem jedynie sobie, swej inteligencji, sile. Przeglądałem ostatnio stare zdjęcia i zobaczyłem na nich dzieciaka o smutnych oczach. Był we mnie smutek, którego nie potrafiłem zdefiniować. To była moja dolina, miejsce śmierci. Potrzebowałem mocnych doznań, ucieczki, więc zwiewałem w świat muzyki, narkotyków. Wszedłem całym sobą w bunt. Śmierć zaglądała mi w oczy. Pewnego dnia szedłem ulicą i poczułem, że osiągnąłem dno. Wiedziałem, że niżej już nie mogę upaść. Wtedy zacząłem wyć do Boga. Gdy trafiłem do Komorowic, miałem piętnaście lat. Kończyłem podstawówkę, a brałem już heroinę. Miałem nad sobą bicz, bo rodzice powiedzieli: „Albo ulica, albo leczenie”. W ośrodku dopiero po pół roku (to tutejsza norma!) poczułem, że potrzebuję tej terapii. Nie chciałem, by ktoś mnie „dotykał”, nie chciałem babrać się w historii życia, miałem dość ludzi, więc uciekałem do miejsca, gdzie ich nie było: do kaplicy. Uratowała mnie spowiedź, do której poszedłem jedynie po to, by „ustawić się terapeutycznie”. „Wyspowiadam się i odczepią się ode mnie” – myślałem. Zdumiało mnie, że gdy wyrzuciłem z siebie cały brud (po to, by zostawili mnie w spokoju), ks. Józef powiedział: „Ja odpuszczam tobie grzechy” i… udzielił mi Komunii. Nie potrafiłem tego nazwać, ale po raz pierwszy poczułem, że jestem wolny. Uciekałem przed ludźmi do kaplicy i tu, z nudów, chwyciłem za Pismo Święte. Jak widać, była to dobra decyzja. Niebawem z Anti Babylon System nagrywamy nową płytę – rzuca na odchodne Paweł.

Długi dystans

Czy ks. Walusiak, tworząc w maju 1991 r. pierwszy w Polsce ośrodek dla młodych uzależnionych, przypuszczał, że to dzieło będzie aż tak wielowymiarowe? Fundacja prowadzi nie tylko tętniący życiem ośrodek „Nadzieja”, ale i hostel postterapeutyczny, dom dziecka (placówka w Hałcnowie dla dzieci z orzeczeniami), punkt konsultacyjny oraz Katolicki Telefon Zaufania.

– Lata osiemdziesiąte przyniosły boom narkomanii, a nie było w Polce ośrodka dla nieletnich. Pierwsza pensjonariuszka? Małgosia z Gliwic. Przyszła do nas 19 marca 1992 roku, w dniu świętego Józefa i moich imienin – wspomina ks. Walusiak. – Wyszła na prostą. Założyła rodzinę, ma dwoje dzieci.

Wojciech Bonowicz w „Dzienniku końca świata” wspomina rozmowę z Wiesławem Myśliwskim. „Siedzę nad książką. Zmieniam, poszerzam, wyrzucam, przywracam i strasznie się przy tym męczę” – tłumaczył autorowi „Widnokręgu”. „To dobrze” – usłyszał. „Trzeba się męczyć”.

– Młodzi przebywają u nas od dwunastu do osiemnastu miesięcy. W pracy z uzależnionymi nie ma łatwych i szybkich rozwiązań – słyszę w „Nadziei”. – Nie ma drogi na skróty.

– Niektórzy myślą, że problem uzależnienia można rozwiązać po kilku wizytach w poradni. Nie ma szans! To musi być solidnie przepracowane. Dlatego rodzice decydują się pozostawić tu dzieci na kilkanaście miesięcy. Dopiero wówczas można powiedzieć o owocnej terapii. Staramy się stworzyć tu dom – opowiada ks. Józef. – Często te dzieciaki są z tak trudnych środowisk, że priorytetem jest stworzenie dla nich domu. W dobrym domu człowiek wytrzyma przez długi czas – powtarzam wychowawcom. To nie ośrodek, więzienie, ale przestrzeń, w której możesz się czuć jak w domu. Jest świętowanie, sport, zajęcia, praca, wypoczynek, szkoła, rekreacja, wycieczki. Terapię bardzo ułatwia to, że jesteśmy blisko miasta, a jednak poza centrum.

Cud, że żyję

– Mam w sobie całą tabliczkę Mendelejewa. To cud, że żyję. Mnie to powinno się zamknąć w opakowaniu z formaliną i pokazywać po szkołach – świadectwo Wieśka Jindraczka wciska w fotel. – Ledwo stałem na nogach, ale patrzyłem bezczelnie matce w twarz i mówiłem: „Ja naprawdę nie biorę!”. Potrafiłem jej ukraść pieniądze, które dostała z ZUS-u po śmierci ojczyma. Moja droga wyzwolenia rozpoczęła się od… zamkniętych drzwi. Mama po rozmowie z kapłanem, który działał we wspólnocie Cenacolo, zdobyła się na szaleństwo: wyrzuciła mnie z domu. Ślęczała przez całą noc w oknie na dziewiątym piętrze, widziała, jak leżę pod ścianą zaćpany do nieprzytomności, modliła się i płakała jak bóbr. Pękało jej serce, ale nie wpuściła mnie do domu. To był gest miłości i początek mojego uzdrowienia.

– Rodzicom (oni też są współuzależnieni) tłumaczę: miłość jest wymagająca – opowiada ks. Walusiak. – Jeśli chcecie uratować dziecko, zostawcie je na rok. Dajcie mu czas. To nie znaczy, że go nie kochacie. Zostawcie je na terapię. To jedyne wyjście, by wyszło na prostą.

Wymarzone ogórki

– Młodzi muszą być wyjęci ze swego środowiska, zmotywowani do terapii. Pokolenie gamerów, spędzające życie w świecie wirtualnym, w którym kolejny level można przejść w dwie, trzy godziny, często myśli, że z uzależnienia można wyjść po kilku spotkaniach w poradni. Potrzeba czasu. Nie da się przyspieszyć procesu trzeźwienia, wychodzenia z nałogu – opowiada ks. Kamil Kaczor, prezes fundacji. – Młodzi czekają na przyjazdy rodziców i choć często są to trudne więzi, a wielu z nich przeszło w życiu sporo traum, nie dadzą sobie powiedzieć o nich złego słowa. Często idealizują obraz rodziny. Tęsknią. Pamiętam opowieść jednego chłopaka, który poprosił wychowawcę, by kupił w sklepie ogórki kiszone. Dlaczego? „Przypominam sobie, że gdy siedziałem obok taty, jedliśmy właśnie ogórki kiszone”. Możemy sobie dopowiedzieć, co działo się poza tym siedzeniem przy stole. Chłopak nie pamięta, że flaszki toczyły się po podłodze, a pod stołem leżała pijana matka. Pamięta ogórki.

Socjologowie określają ich jako najbardziej samotne pokolenie w historii. To prawda? – pytam ks. Kamila. – Jeden z naszych podopiecznych z domu dziecka przez cały grudzień „zrywał się”, uciekał, spał na melinach u kumpli. Do czasu gdy przyszła Wigilia, a on został sam na dworcu. Nie miał go kto przyjąć. Zadzwonił po straż miejską, by odwiozła go do ośrodka.

– Jak do nas trafić? Najlepiej zadzwonić i dogadać się. Szczegóły można znaleźć na stronie www.nadzieja.bielsko.pl. Przyjmujemy młodych na bieżąco, w każdym czasie. Dziś „Nadzieja” to spore przedsiębiorstwo: ośrodek, poradnie, dom dziecka. Mała korporacja – wylicza ks. Kamil. – Mamy ręce pełne roboty. Pełną parą działa punkt konsultacyjny przy ul. Stojałowskiego 19, gdzie można przyjść i porozmawiać, zapytać. Hostel powstał z myślą o tych, którzy ukończyli terapię. Ponieważ często pochodzą z trudnych środowisk i mają znajomych handlujących narkotykami, stworzyliśmy im bezpieczną przestrzeń, bo często nie są jeszcze na tyle silni, by przeciwstawić się społecznemu naciskowi. Mogą mieszkać w hostelu, skończyć szkołę, popracować. W ramach fundacji działa również telefon zaufania: 33 812 26 67. Jest czynny codziennie od godz. 16 do 21.

Zranione zwierzę

Owoce? To nie firma, w której zobaczysz tabelki i statystyki. – Najważniejszy jest człowiek – opowiada ks. Walusiak. – Tych trzydzieścioro młodych w ośrodku to jak trzysta osób w parafii. Swoimi problemami i przeżyciami mogliby obdzielić spory tłum. Ponieważ każdy z nich przyniósł bagaż traum, musimy uzbroić się w cierpliwość, zanim nam zaufają i przyjmą wyciągniętą dłoń. „Wytrzymaj tydzień – proponuję – i zobaczysz, co dalej”.

Czasami młodzi zachowują się jak zranione zwierzę w potrzasku. Gdy podejdziesz, by je oswobodzić, reaguje agresją. Musisz dać mu czas – słyszę w ośrodku.

– Jak wielu terapeutów uważam, że powinieneś tak długo wychodzić z uzależnień, jak długo siedziałeś w nich po uszy. Tego nie da się załatwić w kilka dni. Dopiero po kilku miesiącach młodzi zadają sobie pytanie: czy chcę być trzeźwy? – opowiada Bogdan Krzak, terapeuta. – Ja sam przed laty karmiłem „wilka lęku” alkoholem, stadionowymi bijatykami, samookaleczeniami. Dzięki temu lepiej rozumiem dzieciaki, które przychodzą do ośrodka. Cierpię z nimi i mogę im tylko powiedzieć: to nie pomaga. Tak naprawdę narkotyki czy alkohol dają poczucie, że tu i teraz jest dobrze. A później człowiek zostaje z tym sam. Choć to katolicki ośrodek, przychodzą też niewierzący. Nie boję się im powiedzieć, że bez względu na ich doświadczenie Bóg stworzył nas szóstego dnia i aż sobie usiadł z wrażenia, by z człowiekiem odpocząć. Widząc tych młodych, używam słowa „trud”. Nie ma znaczenia, z jakich domów pochodzą, bo są wśród nich też dobre, inteligenckie, zamożne rodziny. Widziałem cierpienie ludzi, którzy stali przede mną i mówili: „Tak bardzo mi się chce ćpać. Nie wiem, co z tym zrobić”. Wiem, że to jest do przetrwania. Modlę się wówczas w sercu: „Boże, tylko Ty możesz pomóc!”. Owoce? Rozmawiałeś przed chwilką z Pawłem Kurzem? Czego chcieć więcej? Jeden z moich zięciów w tym ośrodku trzynaście lat temu skończył terapię. To jest miejsce, gdzie Bóg dał mu nowe życie. Jest we wspólnocie (tam poznał moją córkę), wypełnił serce nową rzeczywistością. Patrzę na niego i jestem zachwycony planem Boga. Na początku przychodziłem tu jako wolontariusz, ale ponieważ widziałem dobro, które się tu dzieje, dzięki Bogu zostałem.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji