Nowy numer 14/2020 Archiwum

Patron na czasy zamętu

W związku z 25. rocznicą śmierci patronem roku 2020 został ojciec Józef Maria Bocheński – dominikanin, filozof, ale także kapelan polskich żołnierzy spod Monte Cassino. To doskonały patron dla Polski i świata.

Całe życie bronił prawd wiary, praw logiki oraz wspierał Polaków walczących o wolność – tak brzmi sentencja uchwały Senatu RP w sprawie ustanowienia Roku Ojca Józefa Marii Bocheńskiego. Takich uchwał nasz parlament przyjmuje wiele, każda jest w jakiś sposób uzasadniona, ale ta – wyjątkowo, bo trudno wyobrazić sobie lepszego patrona na czas zamętu, podziałów i zagubienia. Bocheński potrafił znaleźć właściwy język, by przekonywać racjonalistów do wiary, zniechęcać Zachód do komunizmu i przywracać Polakom poczucie własnej wartości. Uczył też, jak ze sobą powinniśmy rozmawiać, nawet w sytuacjach ekstremalnych.

Nawróciłem się w seminarium

Nic w życiu ojca Bocheńskiego nie było zwyczajne. Nawet decyzja, by wybrać stan duchowny, wynikała nie tyle z powołania, ile z… logiki. „Wydawało mi się, że demokracja prowadzi do katastrofy. Kościół wyglądał na jedyną siłę społeczną, poza komunizmem, która byłaby w stanie coś stworzyć. Nawróciłem się dopiero w seminarium pod wpływem znakomitych i świątobliwych ludzi” – wyznawał po wielu latach.

Ale jak już sam się nawrócił, to z nawracania innych stworzył prawdziwe dzieło sztuki. Wziął na cel racjonalistów i postępowców, misję ewangelizacyjną prowadził na ich terenie i w ich języku. Doskonalił też w tej sztuce innych, ucząc logiki w Collegium Angelicum w Rzymie. Miał swoje – krytyczne – zdanie na temat sposobu, w jakim naucza się o wierze. „Faktem jest, że do Boga nie można stosować słów, których używamy w języku świeckim. Problem istnieje od czasów św. Tomasza: z jednej strony mamy bełkot, a z drugiej antropomorfizmy, przypisywanie Bogu relacji fizjologicznych” – tłumaczył.

Kilkakrotnie w swoim życiu zmieniał poglądy filozoficzne. Nie dlatego, by ulegać modom, przeciwnie. Czerwone światło zapalało mu się zawsze wtedy, gdy człowiek zastępował w jakimś systemie filozoficznym Boga. Teorie o moralnej doskonałości człowieka uważał za skandaliczne. „Humanizm wydaje się podejrzany, bo to tak przyjemnie uważać się za coś znakomitego! Myślę, że gdyby krokodyle mogły filozofować, na pewno stworzyłyby krokodylizm” – żartował. A poczucie humoru miał najwyższej próby.

Na pierwszej linii frontu

Ojca Bocheńskiego trudno nazywać pacyfistą. Brał czynny udział w dwóch wojnach, bił się z bolszewikami i Niemcami. Pacyfizm uznawał wręcz za postawę szkodliwą i niebezpieczną, bo otwierającą drogę złu w świecie, uniemożliwiającą czynną obronę słabszych. Często wspominał, jak ogromne wrażenie zrobiła na nim szarża pod Komarowem w roku 1920, ale i to, że na biwakach, przy ogniskach, jego „pierwszą potrzebą wojenną” było wtedy głośne czytanie Trylogii. „Nie macie pojęcia, jak te wiejskie chłopaki tego słuchały” – mówił kiedyś w wywiadzie dla Polskiego Radia.

W czasie walk o Monte Cassino pełnił posługę kapelana, ale będąc na pierwszej linii frontu, nie stronił od bezpośredniego udziału w walce. Z pewnością nie należał do krytyków czynu zbrojnego, nawet w sytuacjach na pozór beznadziejnych. Przeciwnie. „Jak dzieci w roku 2100 uczyły się będą historii, to z całej II wojny światowej zostaną tylko Monte Cassino i powstanie warszawskie” – mówił.

Napisał kilka książek specjalnie dla polskich żołnierzy. Organizował cmentarze wojenne. Na jednym z nich, nieopodal Loreto, spoczął jego brat Adolf, który zginął, rozbrajając miny pod Ankoną. Swój mundur z armii Andersa ojciec Bocheński przechowywał niczym relikwię, zaś aktywny tryb życia potrafił łączyć z posługą duchownego i pracą naukową. Lubił prowadzić szybkie samochody, a licencję pilota uzyskał w wieku niemal siedemdziesięciu lat.

Europejczykom do sztambucha

Samotną, najdłuższą wojnę współczesnej Europy prowadził z komunizmem. Doskonale zdiagnozował, że intelektualne elity Zachodu są całkowicie pozbawione systemu immunologicznego, który chroniłby je przed „czerwoną zarazą”. Pisarzy, dziennikarzy i filozofów otwarcie popierających sowiecki raj na ziemi nazywał „zgniłkami”, tłumacząc, że nie jest to obelga, lecz stwierdzenie naukowe, oznaczające ludzi, którzy nie wierzą w prawdę oraz są produktem rozkładającego się społeczeństwa.

Marksizm-leninizm uznawał za sumę wszystkich nowożytnych zabobonów. Kpił z naiwnej wiary w postęp i poznawczą wszechmoc nauki. Pisał, wykładał, przekonywał. Na tyle skutecznie, że zaproszono go w charakterze eksperta do udziału w procesie Komunistycznej Partii Niemiec, który toczył się przed Trybunałem Konstytucyjnym w Karlsruhe i zakończył jej delegalizacją.

Przemyślenia i argumenty ojca Bocheńskiego nic nie straciły na aktualności. Są jak wino. Jego książki powinny być wznawiane i polecane jako lektura obowiązkowa współczesnym ideologom poszukującym nowej definicji europejskości. Profesor Uniwersytetu we Fryburgu (z którym był związany przez większą część swego życia) zawsze uważał, że jedyną żywą cywilizacją naszych czasów jest ta, która opiera się na trzech fundamentach: greckiej filozofii, rzymskim prawie i judeochrześcijańskich wartościach.

„Rozkład społeczny zaczyna się od rozpadu religii, później przychodzi rozkład moralności, dalej rozkład teoretyczny, sceptycyzm i wreszcie rozkład prawa, chaos. Człowiek wyobcowany ze społeczeństwa nie ma zasad moralnych, nie ma zasad religijnych i jest nieszczęśliwy” – mówił już w 1991 roku.

Nadzieja w młodych

Dlaczego mimo takiego życiorysu i bezdyskusyjnych zasług ojciec Józef Bocheński wciąż nie jest myślicielem szeroko znanym w Polsce? Powód jest prosty. W czasach PRL był na czarnej liście ze względu na swój antykomunizm. Po 1989 roku ukazało się w kraju kilka jego publikacji, a także wywiad rzeka przeprowadzony przez Jana Parysa. Był to jednak zaledwie epizod, krótka odwilż początku lat 90. Potem filozof dominikanin znów trafił na (nieformalny już) indeks ze względu na swój stosunek do przemian dokonujących się w Polsce.

Jak to miał w zwyczaju – nie owijał w bawełnę, domagał się nie tylko konsekwentnej dekomunizacji, ale również eliminacji z życia politycznego „lizusów, ludzi bez charakteru, bez kręgosłupa”. „W inteligencji polskiej panują mięczaki, niektórzy buty całowali sowieckim najeźdźcom, a zrobiono z nich autorytety moralne” – oceniał. To nie mogło się podobać w epoce „grubej kreski”, gdy postkomunistów uważano za mniejsze zło, a Kościół za zagrożenie dla demokracji. Ojciec Bocheński nie miał zamiaru angażować się w aktualną politykę, nie kalkulował, nie relatywizował. Całe swoje życie spędził w przestrzeni wolności słowa i nigdy nie krępowała go autocenzura. Nie pasował więc do tamtych realiów, nie przeceniał też szans na ich łatwą zmianę. Myślał raczej o przyszłości. „Z komunistycznego paskudztwa trzeba Polskę oczyścić. Ale głównym zadaniem jest wychowanie dla narodu nowej młodzieży” – zaznaczał w jednym z ostatnich wywiadów. I tu lokował swój optymizm.

Bo wbrew pozorom, na przekór radykalizmowi niektórych sformułowań i opinii obrazoburcy, ojciec Bocheński optymistą w sprawach polskich był z całą pewnością. Nasz kompleks niższości w stosunku do Niemców czy Francuzów uważał za w pełni zrozumiały, ale możliwy do przełamania. „Tak nas bili po głowie, że Polacy zrobili się mali. Zrobiliśmy się niepewni. Kiedyś byliśmy bardzo pewni siebie, dziś przeciwnie, trzeba namawiać ludzi, by dostrzegli to, co pozytywne, dobre w naszej tradycji. Ja na społeczeństwo polskie patrzę dużo bardziej optymistycznie niż niektóre figury” – żartował.

Sto zabobonów

Spektakl Teatru Telewizji zatytułowany „Negocjator” pokazał mało znany w biografii Bocheńskiego epizod z 1982 roku, gdy pełnił on rolę negocjatora w kontaktach z grupą terrorystów, którzy opanowali ambasadę w Bernie. Fabuła jest pretekstem, by pokazać szczególną pozycję i jeszcze jeden niezwykły dar, jaki ów duchowny i filozof posiadał: dar rozmowy, dialogu zmierzającego do osiągnięcia kompromisu. Dar wynikający nie tylko z retorycznych talentów, ale i z wyprostowanej postawy, jaką udało mu się zachować w najtrudniejszych czasach.

Dobrze, że „Negocjator” (ze świetną rolą Sławomira Orzechowskiego) został pokazany nieomal dokładnie w rocznicę śmierci naszego bohatera. To w końcu jego rok i trzeba mieć nadzieję, że zaowocuje także wznowieniem kilku znakomitych książek, choćby „Stu zabobonów”. To niewielka pozycja, można powiedzieć „ściąga”, w której ojciec Bocheński w swoim błyskotliwym stylu rozprawia się z wieloma pojęciami i poglądami uważanymi dziś powszechnie za prawdziwe, wręcz czczonymi jako świeckie dogmaty. Trafnie i przewrotnie autor zwie je zabobonami, bo przecież to pojęcie często używane jest na określenie prawd wiary. Tymczasem idealnie pasuje ono do głupstw, jakie – ze śmiertelną powagą – czci współczesny świat. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama