Nowy numer 13/2020 Archiwum

Już się w tej chorobie znalazłem

O sile woli, dzieciństwie i krzyżu opowiada prof. Marian Zembala.

Barbara Gruszka-Zych: Trzy miesiące temu wrócił Pan do pracy. Jak przyjęli Pana pacjenci?

Prof. Marian Zembala: Dobrze, przecież pamiętają mnie zdrowego. Nie manifestuję się ze swoim kalectwem. Moja żona Anna, która jest największym sukcesem mojego życia, zawsze mnie poprawia – chwilowym kalectwem. Kiedy byłem posłem, nieraz pomagałem kolegom poruszającym się na wózku. Niekiedy miałem wrażenie, że trochę mnie zawracają na drodze do sali sejmowej. Może teraz inni, patrząc na mnie, czują, że spowalniam ich bieg? Życie na wózku to inne życie.

Czym się różni?

Zamiast „mogę” pojawia się pytanie: „Czy dam radę?”. Dopiero teraz zauważyłem, jak ważne jest usuwanie barier. Wcześniej nieustannie biegałem, teraz jestem uzależniony od innych.

Zależny czy nie, pomaga Pan potrzebującym. Jeździ Pan jak dawniej na obchód chorych?

Od trzech miesięcy pracuję pełną parą. Odwiedzam niektórych pacjentów przy ich łóżkach, kiedy koledzy uznają, że powinienem ich wesprzeć.

Łatwiej Wam się teraz zrozumieć?

Tak, bo jeszcze bardziej spotykają się nasze oczekiwania. Chory przeżywa niepokój, lęk, ja też wiem, co to jest, i to również staje się płaszczyzną porozumienia. Mówię mu jednak: „Kochany, wspólnie będziemy rozwiązywać twój problem”.

A może łatwiej jest się spotkać tym, którzy wiedzą, czym jest cierpienie?

Nie używam wielkich słów. Jan Paweł II, zmagając się z ciężką chorobą, zostawił ciche przesłanie lekarzom i wszystkim cierpiącym. Trudno jest przekonać cierpiących, że to, co ich spotyka, jest darem. W takim chorym lekarz musi obudzić jakiś cel, że warto żyć. Często w czasie ciężkiej choroby rozpadają się więzy rodzinne, pękają przyjaźnie, rodzi się agresja, bo ktoś staje się niedołężny, nie reaguje jak wcześniej, dlatego dodatkowo jego życie staje się bardzo dotkliwe. Wtedy każdy gest empatii, życzliwości, daje więcej niż najlepsze lekarstwo.

Niedawno spotkał się Pan ze swoim zespołem operacyjnym. 45 lat pracował Pan na sali operacyjnej.

Choć choroba zatrzasnęła mi do niej drzwi, zbieram się do życia. Mój syn Michał na Instagramie napisał pod zdjęciem z tego spotkania: „Padre w domu”, bo wie, że tak dobrze się tam czuję. Mam świadomość, że już nigdy nie będę operował. Kiedyś, leżąc w nocy, pomyślałem, że może Opatrzność sprawiła, że przez chorobę pożegnałem się z salą operacyjną. Wcześniej zastanawiałem się, jakie będzie moje odejście od chirurgii ze względu na wiek. Czułem, że szykuje się najtrudniejsze rozstanie w moim życiu. A tu Opatrzność mi pomogła, nie było tak, że mnie odrzucili…

Nie doświadczył Pan drżenia dłoni, która musi operować z chirurgiczną precyzją.

No właśnie. Lekarz musi być pokorny, kiedy nie daje rady operować. Powinien pamiętać, że chory jest najważniejszy, a nie jego ambicje. Zamiast mnie operują młodsi, ale powiem szczerze – robią to lepiej ode mnie. Zbyszek Religa mówił: „Następcy muszą być lepsi od ciebie”. Moi są.

Do czasu choroby bywał Pan w szpitalu czasem po 24 godziny.

Lekarz, duchowny czy strażak musi być w gotowości całą dobę. A dla chorego trzeba mieć szczególnie dużo czasu i cierpliwości. Mój mistrz prof. Bros mówił: „Pacjent może ci zadać nie trzy pytania, ale sto trzy, i na każde musisz odpowiedzieć pogodnie i z empatią. Jeżeli tego nie potrafisz, nie myśl o byciu lekarzem”.

Pierwszy w Polsce w 1997 r. wykonał Pan transplantację płuc. A w 2001 r. przeprowadził Pan jednoczesny przeszczep serca i płuc u Marka Breguły, który jest najdłużej żyjącym pacjentem po przeszczepie w Europie.

Wtedy nikt nie chciał się podjąć transplantacji płuc. To trudny narząd, bo jako jedyny z przeszczepionych ma stały kontakt z powietrzem, a przez to częściej ulega infekcji. W latach 90. transplantacje płuc robiło się tylko w Wiedniu, za bardzo duże pieniądze. Właśnie wtedy poznałem panią Dorotę Hedwig, dziś kierującą Polskim Towarzystwem Walki z Mukowiscydozą, która miała córkę cierpiącą na tę chorobę po przeszczepie płuc w Wiedniu. Dziewczynka musiała się poddać retransplantacji, ale mimo jej przeprowadzenia trzy dni później zmarła. Wtedy obiecałem jej matce, że nie spocznę, dopóki u nas nie zrobimy przeszczepu płuc. I dopiąłem swego.

Nie spoczął Pan też w walce ze swoją chorobą, ale wygrywa z nią.

Tego jeszcze nie wiem… Mój udar był wynikiem splotu wielu napięć. W czerwcu zeszłego roku trzej koledzy, których wyszkoliłem, żeby pracowali ze mną przy transplantacjach, niespodziewanie odeszli do Gdańska. Przeraziłem się, że znajdzie się dawca, a ja nie mam zespołu. Z przejęcia przez dziewięć nocy nie umiałem usnąć. Moja kochana żona Anna w pewnym momencie ostrzegła mnie, że skończę na psychiatrii. Ale też, uspokajając mnie, powiedziała, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Choć kocham ją bardzo, trzasnąłem wtedy w stół. Zmobilizowany jednak jej sugestią, tego samego dnia zadzwoniłem do prof. Axela Havericha, lidera transplantologii, szefa kliniki w Hanowerze, z którym ściśle współpracowałem. Kiedy dowiedział się o mojej sytuacji, zdecydował, że przyśle mi do pomocy swoich ludzi. Wtedy się uspokoiłem i zacząłem spać. Znów jednak szykowało się wielkie przeżycie – moja córka Małgosia brała ślub. W pewnym momencie podczas uroczystości weselnej w Piekarach Śląskich zaczęła boleć mnie głowa, a przy tym poczułem, że mam kłopoty z pamięcią. Przeprosiłem towarzystwo i poszedłem najpierw do mamy, a potem do żony Anuli. Poradziła, żebym się położył. Usnąłem zmęczony, ale o dwudziestej pierwszej obudziła mnie: „Maryś, musisz wstać, masz obowiązki ojca panny młodej”. Podczas dalszej części wesela byłem w formie, a następnego dnia o piątej rano zerwałem się na samolot do Paryża.

Jako pierwszy Polak w historii był Pan prezydentem Europejskiego Towarzystwa Chirurgii Serca.

Zaproponował mnie na to stanowisko prof. Friedrich Mohre, numer jeden w kardiochirurgii. Dlatego czułem wielki ciężar odpowiedzialności.

W starym pałacu pod Paryżem mieliście przygotować program największego na świecie kongresu kardiologicznego w Mediolanie, a przecież czuł się Pan źle.

Przed wyjazdem Anula upominała mnie, żebym uważał na ciśnienie, bo czasem mi skakało.

Zmierzył je Pan?

Nie miałem aparatu ani czasu… Ale poczułem niepokój, kiedy na znanym mi lotnisku de Gaulle’a miałem kłopot, żeby trafić tam, gdzie chciałem. Wróciły też bóle głowy. Przy pomocy pani z informacji znalazłem zamówioną taksówkę. Godzinę później rozpocząłem obrady w sześciu zespołach. Skończyliśmy o 21. Następnego dnia, w niedzielę o 9 rano miałam podsumować spotkanie. Byłem mocno zmęczony, czułem ból głowy, dlatego zrezygnowałem z kolacji i poszedłem spać.

Nie poskarżył się Pan na swoje dolegliwości nikomu z kolegów?

Marzyłem tylko, żeby się położyć. Kiedy wszedłem do pokoju na pierwszym piętrze, padłem na łóżko w garniturze i usnąłem. Obudziłem się o wpół do czwartej rano. Czułem dyskomfort z powodu spania w ubraniu. Poszedłem do łazienki z prysznicem jak w koszarach austriackich, na łańcuszek. Ważne w tej opowieści jest to, że było otwarte okno, bo był czerwcowy wieczór. Kiedy próbowałem sięgnąć po mydło, zakręciło mną i upadłem. Na głowę spływała mi zimna i gorąca woda, próbowałem krzyczeć, ale zagłuszała mnie. Zobaczyłem, że jej poziom się podnosi i próbowałem czołgać się do drzwi, ale bez rezultatu. Podparłem głowę złożonymi rękami i wtedy straciłem przytomność.

Kiedy ją Pan odzyskał…

…zobaczyłem stojącego nade mną kolegę Thierry’ego Folliqueta z Paryża, który prawie krzyczał: – Marian, ruszaj nogą! Powiedziałem, że ruszam, a on, że tego nie widać. I dalej prosił: – Ruszaj ręką. Nie ruszasz… Do dziś słyszę jego głos: – Marian, wzywamy pogotowie. Najważniejsze, że żyjesz. Przypomniałem, że mam niewysokie ubezpieczenie. – Wszystko zapłacę sam – przerwał mi.

Długo leżał Pan w łazience?

Około trzech godzin. Koledzy dostali się do mnie przez okno. Kiedy obudziłem się na OIOM-ie, usłyszałem głos żony i to mnie uspokoiło. W trakcie sześciotygodniowego pobytu tam najbardziej męczyła mnie myśl: „Co się stanie z moim Zabrzem?”.

Zamiast bać się o życie, martwił się Pan pracą.

Miałem wtedy dwa problemy. Pierwszy, żeby samemu iść do łazienki. W ramach toalety osobistej dwa razy dziennie wsuwali pode mnie niebieską gumową płachtę, podnosili mnie na podnośniku i opuszczali do wody. Drugim problemem było dla mnie Zabrze. Uspokoiłem się, kiedy mój syn Michał powiedział, że podejmie dziedzictwo prof. Religi.

Modlił się Pan?

Codziennie po polsku, angielsku i francusku: „Od nagłej niespodziewanej śmierci zachowaj mnie, Panie”. Wtedy zrozumiałem znaczenie tych słów. Prosiłem: „Boże, daj mi przeżyć jeszcze jeden dzień. Choć bez ręki, bez nogi, ale z pełną świadomością”.

Od początku intensywnie Pan ćwiczył…

To światełko w tunelu zapalił mi tam rehabilitant. – Musisz ćwiczyć, musisz żyć – mobilizował mnie.

Ile godzin ćwiczy Pan teraz?

Trzy, w ramach programu rehabilitacji po udarach w świetnym ośrodku w Mysłowicach. Dzięki temu mogę stanąć i nie być takim zawalidrogą. Ja się już w tej chorobie znalazłem. A to się udało, bo chcieli mnie moi współpracownicy i wspiera mnie rodzina.

To nie przypadek, że urodził się Pan 11 lutego. Ten dzień Jan Paweł II ustanowił Światowym Dniem Chorego.

Moja mama zawsze mi przypominała, że to też święto Matki Bożej z Lourdes. Wielką potrzebę służenia innym wyniosłem z rodzinnego domu w małych Krzepicach, na granicy Śląska i ziemi częstochowskiej.

To zasługa mamy?

Taki przykład dawali mi oboje rodzice. Od piątego roku życia byłem ministrantem i codziennie o 7 rano chodziłem służyć do Mszy św. Rodzice zachęcili mnie, żebym zaraz po niej odwiedzał mocno schorowanych państwa Kozielewskich. Dr Józef Ignacy Kozielewski był wybitną postacią polskiego skautingu, autorem hymnu harcerskiego „Wszystko, co nasze, Polsce oddamy”. Zwykle wynosiłem kosz, sprzątałem mieszkanie, zresztą w domu też byłem specjalistą od tego. Czasem pani Kozielewska, która mieszkała u znanej florystki pani Bujakowskiej, mówiła: „Marianku, zapraszam cię na poziomki”. Wiozłem ją do ogrodu po róże, niezapominajki i jaśmin, i patrzyłem, jak się nimi cieszy. Państwo Kozielewscy byli skromnie uposażeni, dlatego moja kochana mama, która pracowała jako intendentka w przedszkolu, co jakiś czas robiła im zakupy za własne pieniądze, a potem razem zanosiliśmy je im.

Widać, że naturalnie wszedł Pan z tą potrzebą służenia w dorosłe życie.

Bo dzieciństwa nie da się oderwać od dorosłości. Jestem zwolennikiem teorii drogi. W trakcie życiowej wędrówki spotykamy niezliczoną ilość ludzi, którzy mają na nas wpływ. Nawet ci pozornie niezasługujący na uwagę. Ojciec mnie uczył: „Nawet kiedy widzisz kogoś odpychającego, obdartego, zatrzymaj się i mu pomóż. On może cię uczynić lepszym”. To nie przypadek, że ojciec był bardzo ceniony nie tylko jako zawiadowca stacji i twórca domu kultury, ale i jako człowiek.

Miał sporą rozpiętość zainteresowań.

Ale dzięki temu wiedział, o czym rozmawiać z Tadeuszem Różewiczem. Kiedyś podczas studiów we Wrocławiu poszedłem na spotkanie z tym poetą. Powiedziałem mu, że pochodzę z małej miejscowości, a on na to, że też jest z małej, bo z Radomska. Wspomniałem mu, że mój ojciec porządkuje macewy na cmentarzu żydowskim, a on wtedy poprosił o spotkanie z nim. Po jakimś czasie przyjechał do naszego domu i rozmawiał z ojcem. Od ojca nauczyłem się, że niedobrze, aby przeszłość budziła w nas nienawiść. To nie przypadek, że później na budzącym złą pamięć Wołyniu tworzyłem z kolegami centra leczenia zawału, bo tam była gigantyczna śmiertelność z tego powodu. Pojechałem tam, bo ojciec mnie nauczył, że na agresję trzeba odpowiadać dobrem.

Na swojej drodze spotyka Pan chorych, o których odkrywa prawdę, pisząc wiersze. W jednym z nich – o Bożym Narodzeniu w szpitalu – Jezuskiem jest mały Adaś po operacji serca, przy którym jak pasterze stoją rodzice i Pan.

Każdy chory pokazuje nam drogę, co czasem notuję w wierszach, a jego wyzdrowienie to Boże Narodzenie. Lekarz czerpie od niego inspirację, tym większą, im przypadek jest trudniejszy. Wtedy myśli o tym w domu, w nocy… Wiem, że tak bardzo przejmował się chorymi geniusz współczesnej medycyny, teraz ciężko chory prof. Franciszek Kokot.

Gdzie jest ukryty geniusz lekarza?

W stałym otwieraniu się na nowe przestrzenie służby. Najbliższą mi postacią z Ewangelii jest miłosierny Samarytanin. Jako czternastolatek pojechałem na Święty Krzyż z grupą kolegów ministrantów. Spotkaliśmy tam wielką postać – ks. Sedlaka, który powiedział: „Chłopaki, wielkość miłosiernego Samarytanina polega na tym, że umiał się pochylić nad leżącym, nie bojąc się, że się ubrudzi, zmęczy, zarazi”. Przez lata moim studentom przypominam to przesłanie i wszystko, czego nauczyli mnie rodzice. Czym jest prawdziwa służba innym, najlepiej wytłumaczył mi kiedyś ojciec, który do pracy na kolei jeździł na rowerze. Gdy w uznaniu za sumienność dostał talon na skodę, oddał go lekarzowi weterynarii, który miał dwójkę dzieci, bo on bardziej potrzebował auta.

Czy jak poeta noblista Tomas Tranströmer próbował Pan grać prawą ręką na pianinie? Przed chorobą grał Pan na kilku instrumentach.

Grania na akordeonie uczył mnie w dzieciństwie zacny pan Alfons Szafraniec, sztygar górniczy, który prowadził orkiestrę górniczą i nasz zespół. Jeśli ktoś umie grać na fortepianie czy akordeonie, potrafi też zagrać na organach. Wymyśliłem sobie którejś nocy, że będę na nich grał prawą ręką w kościele. Jest trochę takich partytur.

Myśli Pan czasem o tym, jaki sens ma Pana cierpienie?

Arcybiskup Nossol napisał mi w liście: „Bóg wie, co robi, zarządzając nam przystanki na drodze”. Jak Szymonowi z Cyreny, który nagle usłyszał: „Podźwignij mój krzyż”. I nic więcej.

Czuje Pan, że dźwiga ten krzyż?

Na początku był bardzo ciężki, ale teraz coraz łatwiej go dźwigam dzięki Bogu i ludziom. •

Prof. Marian Zembala

jest wybitnym kardiochirurgiem i transplantologiem, dyrektorem Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, emerytowanym nauczycielem akademickim Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

Dziennikarka działu „Kultura”.

W „Gościu Niedzielnym” od 1988 r. Reportażystka, poetka, krytyk literacki. Należy do: Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego oraz do Międzynarodowej Wspólnoty Ekumenicznej (IEF). Za cykl reportaży o tematyce społecznej otrzymała tytuł „Przyjaciel Ubogich Dzieci Miasta Katowice”, przyznany przez katowicki Dom Aniołów Stróżów. Za cykl reportaży o Polakach żyjących na Wschodzie w 2005 r. uhonorowana została nagrodą Polskie Pióro, przyznawaną przez Pomoc Polakom na Wschodzie. W 2005 r. otrzymała Nagrodę Kultury Miasta Czeladź (miasta rodzinnego). W 2009 r. – II nagrodę w konkursie Silesia Press za reportaż o pracowniku sonderkomando w Oświęcimiu. Była stypendystką wiedeńskiej fundacji „Janineum” (2002) i Fundacji Jana Pawła II w Rzymie (2003). Jest autorką kilkunastu książek poetyckich oraz dwóch zbiorów reportaży: „Mało obstawiony Święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle” i „Zapisz jako…”,  osobistego wspomnienia o Czesławie Miłoszu „Mój Poeta”, a także biografii Wojciecha Kilara „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” i wywiadu rzeki z Krzysztofem i Elżbietą Zanussi „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Jej utwory zostały przetłumaczone na języki: rosyjski, litewski, białoruski, ukraiński, włoski, węgierski, francuski, niemiecki, angielski, arabski. Jej obszar specjalizacji to reportaże, obszerne wywiady z ludźmi kultury i sztuki (m.in. Josifem Brodskim, Czesławem Miłoszem, Wojciechem Kilarem, Adamem Zagajewskim, Ewą Lipską, Agnieszką Holland).

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji