Nowy numer 3/2021 Archiwum

Przeszłość rządzi światem

Historia dla historyków, a polityka dla polityków? Polska płaci wysoką cenę za lata ulegania tej logice. Polityka historyczna to oczko w głowie wszystkich świadomych liderów i elit politycznych na świecie.

Czytelnicy nieśmiertelnego „Roku 1984” ­George’a Orwella z pewnością zapamiętali jeden z głównych sloganów Partii: „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość”. Trzeba przyznać, że skojarzenie z książką symbolem nie robi dobrze tematowi. Przeciwnie, utwierdza w przekonaniu, że „zarządzanie historią” to tylko drugie imię propagandy, fałszowania historii i cynicznego wykorzystywania jej do panowania nad obywatelami i do rozrachunków na arenie międzynarodowej. Gdyby jednak nieco złagodzić to Orwellowskie zdanie i oddzielić je od kontekstu książki, uzyskalibyśmy całkiem sensowną definicję tego, co jedni nazywają polityką historyczną, inni polityką czy nawet kulturą pamięci. Bo polityka historyczna nie jest, a przynajmniej nie musi być, konkurencją dla rzetelnych badań naukowych nad historią. Dobra polityka historyczna korzysta z tych badań i tworzy własną narrację na użytek wewnętrzny i zewnętrzny. Rozumieją to wszyscy znaczący gracze na świecie. W Polsce dopiero od niedawna podejmowane są próby, które mają nadrobić stracone lata.

Mit „wolnej historii”

Przez dziesięciolecia na prowadzenie własnej polityki historycznej nie pozwalali nam „wyzwoliciele” i pilnujący ich interesów lokalni strażnicy „niepamięci”. Dlaczego jednak po 1989 roku, gdy runął jałtański porządek, nie wykorzystaliśmy okazji, by opowiedzieć światu własną historię, bez jej naciągania, ale też z zaakcentowaniem tego, czego Zachód nie znał, bo nie mógł lub nie chciał poznać? Przeszkodą okazało się romantyczne przekonanie, że prawda historyczna „sama się obroni”. I że cały świat w jakiś cudowny sposób będzie odtąd podzielał naszą wizję historii, wystarczy „obiektywny fakt”, że to my jako pierwsi padliśmy ofiarą II wojny światowej, że to my obaliliśmy komunizm… W bardziej zaawansowanej formie ten mit, czy już właściwie ideologia, przejawiał się w przekonaniu: zostawmy badanie historii historykom, a polityków i państwowe instytucje trzymajmy od niej jak najdalej. Brzmiało to trochę jak echo innych romantycznych teorii: że kapitał nie ma narodowości i że wszelki interwencjonizm państwowy to pierwszy krok w stronę socjalizmu. Wiele lat musiało upłynąć, by polskie elity uznały, że i kapitał ma narodowość, i mityczna niewidzialna ręka ryku nie wystarczy bez dobrych impulsów ze strony państwa.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama