Nowy numer 47/2020 Archiwum

Kapłaństwo to dla mnie za dużo

Giuseppe Ambrosoli mógł być bogatym przedsiębiorcą. Zamiast tego spędził życie na misji wśród trędowatych.

Do Kalongo zbliżała się armia rebeliantów. Ksiądz Giuseppe Ambrosoli dostał od rządowych wojsk 24 godziny na ewakuację szpitala. Budował go przez wiele lat. Kosztem ogromnego wysiłku stworzył placówkę mającą 350 łóżek dla chorych. Teraz musiał odesłać większość pacjentów do domów, a tych w cięższym stanie zabrać ze sobą i wywieźć do odległej o 120 km Liry. Kalongo opuścił konwój liczący 34 ciężarówki i 1,5 tys. osób, z których wiele musiało iść pieszo. Wśród nich byli rządowi żołnierze, mający ochraniać personel medyczny, ale jednocześnie traktujący gości z zagranicy jako mocno podejrzanych, sympatyzujących z rebeliantami. Uciekinierzy widzieli za sobą chmurę dymu – palono pozostawione w szpitalu lekarstwa i sprzęt, żeby nie wpadły w ręce wroga.

Wojna z Francuzami

Podczas rebelii, która wybuchła w 1987 r. w Ugandzie, ks. Ambrosoli zetknął się z wojną po raz ostatni. Nie był to jednak pierwszy raz. Pochodził z Lombardii w północnych Włoszech. Miał 20 lat, gdy w 1943 r. Niemcy utworzyli marionetkową Włoską Republikę Socjalną, zwaną Republiką Saló. Rodzinne okolice Ambrosolego, dotąd niezbyt mocno dotknięte działaniami wojennymi, weszły w skład całkowicie zależnego od Berlina państewka. Terror, za który odpowiadali Niemcy i sami Włosi, stał się już wyraźnie odczuwalny. Będący wówczas studentem medycyny Giuseppe zaangażował się w pomoc ludziom poszukiwanym przez władze: Żydom, partyzantom, mężczyznom unikającym wojska. Za zgodą rodziców przyjmował ich w swoim domu, dostarczał żywność, a później przerzucał do Szwajcarii, gdzie miał przyjaciół. Po pewnym czasie policja wpadła na jego trop, więc i on musiał uciekać za granicę. Aby nie narażać rodziny na represje, wrócił i wstąpił do wojska, najprawdopodobniej do 2 Dywizji Grenadierów „Littorio”. Trafił do obozu szkoleniowego w niemieckim Heubergu, a w grudniu 1944 r. znalazł się na froncie. Grenadierzy pilnowali granicy z Francją i do wiosny walczyli z żołnierzami z tego kraju. W zimowych warunkach nie mniejszym zagrożeniem były choroby i odmrożenia. Giuseppe Ambrosoli nawet w tej sytuacji starał się pomagać napotkanym biednym rodzinom. W kwietniu dywizja poddała się Amerykanom nad rzeką Pad.

Ksiądz i lekarz

Miodowe cukierki Ambrosoli zna każde włoskie dziecko. Giovanni Battista Ambrosoli zarejestrował swoją firmę w 1923 r. W tym samym roku przyszedł na świat Giuseppe, będący jego siódmym dzieckiem. Przyszły misjonarz dorastał w wygodnych warunkach. Mógł z nich korzystać do końca życia, ponieważ rodzinne przedsiębiorstwo istnieje do dziś. Zamiast tego już we wczesnej młodości postanowił zostać lekarzem. Po ukończeniu liceum dostał się na studia medyczne na Uniwersytecie Mediolańskim. Po wojennej przerwie ukończył je w 1949 r. Zaraz potem skierował się do klasztoru kombonianów, do którego często chodziła jego matka, wspierająca finansowo misje. Jak podaje pismo „La Voce”, młody Giuseppe spotkał tam przypadkiem o. Antonia Todesco, zwierzchnika całego zgromadzenia. Na jego widok upuścił dokumenty. – Chciałbym pojechać na misje do Afryki i leczyć potrzebujących – powiedział nieśmiało. – Jako lekarz czy ksiądz? – spytał o. Todesco. – Jako lekarz i brat. Wydaje mi się, że kapłaństwo to dla mnie za dużo – odparł Giuseppe. – Pojedziesz jako lekarz i ksiądz – odparł na to generał zakonu. Aby poinformować o swoim powołaniu rodzinę, Giuseppe napisał: „Bóg jest miłością, bliźni cierpi, a ja jestem sługą”. List skierował do matki, z którą do końca życia łączyła go bliska relacja. To do niej pisał z Afryki, opowiadając o trudach pracy lekarza i misjonarza.

Bez leprozorium

Giuseppe wstąpił do nowicjatu kombonianów w 1951 r. Wcześniej uzyskał w Londynie specjalizację z medycyny tropikalnej. Jego święcenia przyspieszono, bo potrzebny był ktoś, kto zacznie budować w Ugandzie szpital. Ambrosoli przyjął je w Mediolanie z rąk abp. Giovanniego Battisty Montiniego, przyszłego papieża Pawła VI.

Na początku 1956 r. ks. Ambrosoli przybył do Kalongo w północnej Ugandzie. Miasto liczy dziś 15 tys. mieszkańców. Leży u stóp skały wznoszącej się pionowo nad sawanną. Wielkim problemem regionu był trąd. Cierpiących na tę chorobę zamykano w leprozoriach. Miało to zahamować rozpowszechnianie się zarazy, ale dla trędowatych oznaczało w zasadzie śmierć za życia. Włoski zakonnik uczył się języka plemienia Aczoli, aby móc porozumiewać się z mieszkańcami. W 1957 r. zaczął powoli przekształcać swój punkt medyczny w prawdziwy szpital. Sprowadzał lekarzy z Europy – przyjechało ich łącznie ok. 100 – ale też szkolił miejscowych. Jeśli znajdował dziecko z oznakami głodu, zabierał je do szpitala razem z matką, bo niedożywieni musieli być oboje. Trędowatych, zamiast wysyłać do osobnych ośrodków, leczył w szpitalu. Podkreślał, że są chorymi jak wszyscy inni. Sam też potrzebował leczenia. Urodził się z jedną nerką, o czym początkowo sam nie wiedział. Druga także szwankowała. Nie powstrzymało go to jednak przed angażowaniem się w pracę. Lekarze wspominają go dziś jako człowieka pełnego szacunku do innych, cierpliwego wobec uczących się kolegów. Wyrozumiałość kończyła się, kiedy wchodził do sali operacyjnej. Tu nie pozwalał sobie ani innym na żadne błędy.

Nie potrzeba śmigłowca

W 1987 r. w Ugandzie wybuchł konflikt. Krajem od lat rządzili dyktatorzy, tacy jak Idi Amin. Prezydenci byli obalani siłą przez konkurentów wywodzących się z innych plemion. Przez pewien czas władzę mieli przywódcy z plemienia Aczoli, którzy zezwalali na dokonywane przez współplemieńców pogromy. W 1986 r. będący Aczolim prezydent Tito Okello padł ofiarą zamachu stanu. Obawiający się zemsty Aczoli wszczęli rebelię. Najbardziej brutalną grupą okazała się Armia Bożego Oporu (LRA). Jej przywódca, Joseph Kony, uważał się za proroka, a w swojej ideologii łączył elementy chrześcijaństwa z animistyczną wiarą w magię. „Wojna Josepha Kony’ego to jeden z najbardziej mrocznych konfliktów w najnowszej historii Afryki” – pisze nasz redakcyjny kolega Krzysztof Błażyca w książce „Krew Aczoli”. Bojownicy LRA dokonywali masakr, często atakując swoich współplemieńców. Zabijali niemowlęta, wcielali do swojej armii porwanych chłopców, a nawet dziewczynki, gwałcili i torturowali ofiary. Kony żyje do dziś i jest ścigany międzynarodowym listem gończym. Jego rebelia trwała ponad dwie dekady. Do Kalongo dotarła już na początku 1987 roku.

Opuszczając szpital, ks. Ambrosoli był poważnie chory. 120-kilometrowa podróż samochodem zajęła 22 godziny. Przez ten czas misjonarz nie miał ani kropli wody do picia, a była to pora sucha. Był coraz słabszy, ale mimo to w Lirze odprawiał Msze św. Podczas wspomnienia swojego patrona, św. Józefa, porównał jego ucieczkę do Egiptu i rzeź betlejemskich dzieci z tym, co działo się właśnie w Ugandzie. Stan zdrowia ks. Ambrosolego pogarszał się. Jego współpracownikom udało się załatwić helikopter wojskowy, który miał zawieźć go do miasta Gulu, gdzie można było przeprowadzić dializy. Misjonarz tego nie chciał. Poprosił tylko, by pochowano go owiniętego w prześcieradło, zgodnie z miejscowym zwyczajem. Zmarł 27 marca.

Pamięć o zakonniku, który poświęcił życie, pomagając chorym Afrykanom, pielęgnuje fundacja jego imienia, prowadzona przez członków rodziny Ambrosoli. Imię założyciela nosi też szpital w Kalongo, który po ewakuacji udało się znów uruchomić. Proces beatyfikacyjny ks. Giuseppe rozpoczął się w 1999 r. W marcu 2019 r. lekarze potwierdzili cud wymodlony za jego pośrednictwem – uzdrowienie Ugandyjki Lucii Lokomol, która w 2008 r. umierała z powodu zakażenia krwi. Uroczystości wyniesienia na ołtarze odbędą się w marcu br. w afrykańskim mieście, w którym włoski misjonarz pracował przez ponad 30 lat.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL