Nowy numer 48/2020 Archiwum

Miłość niekochana, miłość odrzucona

W drugim czytaniu.

Czym można zniweczyć Chrystusowy krzyż? Profanacją, wystawieniem na pośmiewisko, użyciem do sprośnego performansu, domaganiem się wyrzucenia go z sal szkolnych i urzędów, groźbą utraty pracy za noszenie go na piersi? Owszem, każda profanacja boli, pogarda okazywana znakowi zbawienia upodla. Krzyż drażni dziś mieszkańców globalnej, postnowoczesnej wioski do tego stopnia, iż pozbyto się go z karetek pogotowia, zastępując pogańskim Eskulapem, zdjęto z wież szwedzkich katedr i kościołów, by nie krępował gości z emigracji, Real Madryt wymazał go ze swego herbu, by nie zniechęcał sponsorów, wycięto go też z polskiego teledysku, by nie przyniósł piosenkarkom pecha w konkursie Eurowizji. Krzyż ponadto jest symbolem bólu, udręki, kalectwa, porażki. Stawia pod znakiem zapytania pragnienie ludzkiego szczęścia, spokojnego i bezpiecznego życia. Z tego właśnie powodu przez wielu bywa przeklinany. Choć – jak trzeźwo zauważył Joseph Ratzinger – „jest rzeczą uderzającą, że większość oskarżeń przeciwko Panu Bogu nie pochodzi od cierpiących tego świata, ale od sytych widzów, którzy nigdy nie cierpieli”. Cierpiący zazwyczaj widzą więcej i głębiej.

Na krzyżu Chrystus objawił największą prawdę o miłości. Wypełnił na sobie nieosiągalne pragnienie człowieka i najwyższe prawo życia: będziesz kochał! Rozpięty na krzyżu pokochał Boga całym sercem – przebitym włócznią, całym umysłem – ukoronowanym cierniami i ze wszystkich sił – z przebitymi gwoźdźmi rękoma i nogami. Pokochał też bliźniego aż do granic miłości nieprzyjaciela i zabójcy: „Ojcze, przebacz im!” (Łk 23, 34). Taką miłość zobaczyliśmy w krzyżu Chrystusa: miłość, która kocha, nie odbierając nikomu wolności, która daje się ukrzyżować w miejsce przestępcy. Odpłaca dobrem za zło, przebacza grzesznikowi, niczego odeń nie wymagając. Taką miłość dostrzegali w pierwszych chrześcijanach mieszkańcy Imperium Rzymskiego. Zachwyceni wołali: patrzcie, jak oni się kochają! Dwa znaki, dwa przejawy odnowionej w Chrystusie egzystencji – miłość i jedność – budziły u innych zaufanie i nadzieję. „Po tym poznają – mówił Jezus – że jesteście Moimi uczniami” (J 13,35).

Nic tak nie rujnuje wiarygodności chrześcijan jak kłótnie i podziały. Wysiłki wielu pokoleń wyznawców Jezusa o wiele łatwiej zdewastować przykładem skłóconych i rywalizujących ze sobą kapłanów w parafii aniżeli nachalną propagandą komunistów. Rośnie nowe pokolenie młodych egoistów. Do kościoła ich nie ciągnie, od katechezy odpycha. Dlaczego? Bo wizerunek umierającego na krzyżu Chrystusa przysłonił im rozwód pobożnych rodziców oraz wymieniane na forach internetowych inwektywy i bluzgi bywalców pasterek i procesji. Po tym, jak Chrystus otworzył mu oczy, święty Franciszek chodził po ulicach skonfliktowanego Asyżu, płacząc i powtarzając: „Miłość niekochana, Miłość odrzucona”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama