Nowy numer 27/2020 Archiwum

Musimy walczyć

Od pół roku w Hongkongu trwają protesty przeciwko chińskim władzom. Są brutalnie tłumione przez policję. Uczestniczą w nich głównie studenci i uczniowie. Demonstrantom nieustannie towarzyszą i pomagają członkowie chrześcijańskiej grupy Chrońmy Dzieci.

Noc 17 września, Politechnika w Hongkongu. Na terenie otaczającym uczelnię trwa dziesiąta godzina największej bitwy, jaką widziały antyrządowe protesty. Koktajle Mołotowa, kostka brukowa, bomby gazowe, katapulty, a nawet strzały z łuków w dłoniach młodych demonstrantów powstrzymują siły policyjne przed wkroczeniem na teren kampusu. Policja nie oszczędza obrońców i wystrzeliwuje setki gumowych kul oraz kanistrów z toksycznym gazem łzawiącym. Wspierające pieszych policjantów dwie armatki wodne i wozy opancerzone próbują przerwać linię obrony. Jednak opór jest zbyt silny. Wśród ratowników niosących pomoc rannym i poparzonym gazem pieprzowym na dziedzińcu Politechniki jest kilkadziesiąt starszych osób w charakterystycznych żółtych kamizelkach. Obmywają solą fizjologiczną poparzone ciała demonstrantów. To członkowie chrześcijańskiej grupy aktywistów Chrońmy Dzieci, która jako jedyna z religijnych organizacji działa w miejscach bezpośrednich starć. Tych kilkudziesięciu aktywistów opuści teren Politechniki trzeciego dnia oblężenia i zostanie aresztowanych wraz z innymi aktywistami i ratownikami medycznymi. Część otrzyma zarzuty brania udziału w zamieszkach.

Zostań z nimi

Protesty w Hongkongu, rozpoczęte w czerwcu 2019 roku jako sprzeciw mieszkańców wobec prawa ekstradycyjnego do Chin Ludowych, przerodziły się w ogromny rewolucyjny ruch wspierany przez przeważającą większość mieszkańców miasta. Rewolucję próbuje brutalnie zdławić rząd przy pomocy aparatu policyjnego. Takie działania wywołały tylko eskalację i fizyczny opór najbardziej zaangażowanych w demonstracje: uczniów szkół średnich i studentów. Żadna ze stron nie zamierza odpuścić, a rewolucja wpływa na wszystkich mieszkańców Hongkongu, także na mniejszość chrześcijańską.

Chrześcijanie stanowią w ponad 7-milionowym autonomicznym regionie 11 proc. mieszkańców. Większość z nich to protestanci, katolików jest ponad 300 tys. W Hongkongu stale rośnie strach przed totalitaryzmem Chin Ludowych. – Wcześniej słyszeliśmy o masakrze na placu Tian’anmen, ale dopiero przy okazji olimpiady w 2008 roku w Pekinie zaczęły dochodzić do nas informacje o obozach koncentracyjnych w Xinjiang, prześladowaniach w Tybecie. Wiemy doskonale, że czeka nas ten sam los, jeśli nie zdecydujemy się teraz walczyć o wolność – tłumaczy jeden z zaangażowanych w ruch studentów.

Za rządów prezydenta Chin Ludowych Xi Jinpinga chrześcijanie nielojalni wobec Komunistycznej Partii Chin stali się przedmiotem szczególnych represji. Rozpoczęto burzenie kościołów, aresztowania duchownych i deportacje obcych misjonarzy. Tak również widzą swoją przyszłość chrześcijańscy mieszkańcy Hongkongu. – Rozmawiałem o tym z innymi pastorami. Wierzą, że dojdzie do kryzysu, a Kościoły u nas będą zmuszone przejść do podziemia jak w Chinach Ludowych – wyjaśnia pastor Kościoła Dobrego Sąsiada Roy Chan. 38-letni pastor jest założycielem grupy Chrońmy Dzieci. O stworzeniu tej inicjatywy pomyślał w nocy 1 lipca, gdy był świadkiem wtargnięcia demonstrantów do budynku Rady Legislacyjnej. – Zapytałem jednego z członków naszego Kościoła, co mam robić. Odpowiedział: „Po prostu zostań tam i nie opuszczaj ich”. Tak zrobiłem. Po północy zadzwoniłem do niego ponownie i zapytałem, dlaczego mi powiedział, żebym został w środku. Odpowiedział: „Myślę, że gdyby Jezus był na twoim miejscu, nie opuściłby tych ludzi, starałby się ich chronić i zagrodziłby policji drogę do przemocy wobec dzieci, nie pozwoliłby nikogo skrzywdzić”.

Żółty obiekt

Projekt tworzyła na początku grupa dziesięciu osób, obecnie jest to 180 aktywistów. Ubrani w kamizelki, kaski, maski przeciwgazowe oraz wyposażeni w podstawowe zestawy pierwszej pomocy wychodzą na ulice zawsze, gdy pojawia się ryzyko starć między policją a manifestantami. W pierwszych miesiącach protestu aktywiści z grupy Chrońmy Dzieci byli zaangażowani głównie w mediacje z policją, lecz w sierpniu funkcjonariusze zaczęli okazywać wobec nich coraz większą agresję i odmawiali negocjacji pod groźbą użycia siły, co uniemożliwiło dalsze próby rozmów. Grupa organizuje też żywe łańcuchy, by powstrzymać policję przed zatrzymaniami, zapewnia wsparcie medyczne oraz jedzenie i wodę studentom. Używając megafonów i zorganizowanego systemu łączności, stara się ostrzegać przed zagrożeniem pozostających na ulicach w czasie starć.

Aktywiści nie uniknęli również przemocy fizycznej. Podczas wrześniowych protestów jeden z nich został oddzielony od swojej drużyny, a następnie otoczony przez policjantów z oddziału prewencji. Powalony na ziemię, był przez nich kopany i bity, co zarejestrowała kamera postronnej osoby. Ranny aktywista trafił do szpitala. Postawiono mu zarzut ataku na funkcjonariusza. Ogromne wzburzenie wśród dziennikarzy i mieszkańców Hongkongu wywołały tłumaczenia rzecznika prasowego policji, który na wyraźnym nagraniu nie dostrzegł bitego człowieka, lecz jedynie „żółty obiekt”.

Pozostając na oblężonej Politechnice w czasie największej eskalacji tych protestów, członkowie grupy Chrońmy Dzieci starali się zapewnić pomoc psychologiczną uwięzionym na uczelni studentom i uczniom. Wielu z nich przeżyło załamanie nerwowe. Bezwzględne zamknięcie terenu wokół Politechniki i groźby wieloletniego więzienia doprowadziły młodych ludzi do desperackich kroków, takich jak ucieczka z kampusu przez system kanalizacji. Zagrożenie życia było realne, a sytuacja oblężenia została przez media na świecie uznana za kryzys humanitarny. W negocjacje między policją a pozostającymi na Politechnice demonstrantami włączyli się hierarchowie różnych Kościołów, w tym katolickiego. Wielu duchownych przybyło również do oblężonego uniwersytetu, niosąc pomoc duchową i psychologiczną.

To nie był wypadek

Ratujmy Dzieci to niejedyna grupa chrześcijan zaangażowanych w protesty. Każdego tygodnia odbywa się szereg chrześcijańskich inicjatyw wspierających rewolucję, takich jak pomoc charytatywna czy organizacja wspólnego śpiewania pieśni religijnych. Mimo że wyznawcy Chrystusa pozostają mniejszością w Hongkongu, są bardzo widoczni na protestach. Bardzo łatwo natknąć się na demonstrantów z krzyżykami na szyjach. Zdarzało się, że starsze osoby z drewnianymi krzyżami w rękach blokowały drogę policji, by chronić młodych demonstrantów przed brutalnością służb. Podczas jednego z protestów policja użyła armatki wodnej, brudząc niebieską farbą elewację meczetu i kościoła w dzielnicy Tsim Sha Tsui. Szefowa administracji Hongkongu przybyła na miejsce, by osobiście przeprosić społeczność muzułmańską za incydent. Społeczności chrześcijańskiej nikt nie przeprosił za podobny atak na ich świątynię.

Eskalacja przemocy w listopadzie w Hongkongu, która doprowadziła do okupacji uniwersytetów, paraliżu ekonomicznego miasta oraz gwałtownych starć z policją, rozpoczęła się od incydentu związanego z 22-letnim chrześcijańskim studentem Alexem Chowem. Podczas jednej z demonstracji Chow miał uciekać przed policją w budynku piętrowego parkingu. Z niewyjaśnionych przyczyn spadł z trzeciego piętra. Kilka dni później zmarł w wyniku odniesionych obrażeń. Demonstranci nie wierzą w wypadek. – To była pierwsza śmierć związana z brutalnością policji – twierdzi pastor Roy. Pamięć zmarłego została uczczona przez mieszkańców, którzy zbierali się w miejscach publicznych, parkach, a także tłumnie przybyli na parking, gdzie miał miejsce wypadek. Składali kwiaty, słuchali kazań, śpiewali religijne pieśni, a grupa dziewcząt ułożyła znicze w kształt krzyża. Starcia z policją, które wówczas wybuchły, trwały dwa tygodnie. W ich wyniku zginęło kilka osób, a ponad tysiąc aresztowano.

Niepewna przyszłość

Protesty w Hongkongu nadal trwają i nie tracą siły ani gwałtowności, o czym może świadczyć fakt, że rok 2020 otworzyła na wyspie centralnej ponadmilionowa manifestacja. Policja zmieniła taktykę i stara się nie prowokować masowych starć, jednak nadal pozostaje ona brutalna dla pokojowych manifestantów, aktywistów, a nawet dziennikarzy, wobec których akty przemocy rosną. Przyszłość Hongkongu pozostaje niepewna mimo międzynarodowego wsparcia dla manifestantów ze strony państw zachodnich, monitorowania praw człowieka przez Stany Zjednoczone, a także miażdżącego zwycięstwa w wyborach lokalnych w grudniu – prawie 400 miejsc w radach zajęli kandydaci demokratyczni, a jedynie około 80 – propekińscy. Jedno z żądań demonstrantów dotyczy wolnych wyborów na szefa administracji, który obecnie jest wybierany przez władze w Pekinie. Strona rządowa nie jest jednak gotowa na żaden kompromis, a to oznacza, że impas będzie trwał kolejne miesiące. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama