Nowy numer 44/2020 Archiwum

Dom od bezdomnego

Ludzie mają piękne domy, Krzysztof nie ma żadnego. Ale Jezusowi zrobił. Będzie miał jak w pałacu…

W ośrodku na dom małego Jezusa mówią po prostu „szopka”. Ale jaka to szopka! Trzy piętra, każdy element dopracowany, porządne drewno, mebelki estetyczne, żeby Matka Boża miała komfort. To willa dla Jezusa, by nie musiał leżeć w stajence, w szopce jakiejś. By miał porządne mieszkanie, bo Mu się należy. Taki to prezent od Krzysztofa, bezdomnego od 20 lat, dla małego Króla.

Święty i nieświęty

Święty Krzysztof, jak głosi legenda, gdy jeszcze święty nie był, sporo w życiu zrobił złego. A gdy postanowił się zmienić i odpokutować, biednych i wszystkich potrzebujących przenosił przez Jordan. Kiedyś o przeniesienie poprosił go mały chłopczyk. Był bardzo ciężki. Takie maleństwo, a ważyło dużo, jak cały świat. Krzysztof rzeczywiście niósł cały świat, a nawet Zbawcę świata w postaci dziecka. Przeniósł małego Jezusa na drugą stronę rzeki, otrzymał za to nową, lepszą twarz i nową tożsamość.

Tej legendy Krzysztof – podopieczny Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej i pensjonatu św. Łazarza dla osób bezdomnych – nie zna. – Myślę, że skoro św. Krzysztof jest patronem kierowców, to się musiał po świecie szwendać i tułać, tak jak ja – pan Krzysztof do patrona podchodzi dość racjonalnie. – Mówią, że św. Krzysztof to „niosący Chrystusa”. A ja nieświęty Krzysztof jestem: „robiący dla Niego dom”.

Pan Krzysztof mieszka w ośrodku od ponad roku. Musi mieć własny pokój, bo w gromadzie sobie nie radzi i z nim też sobie nie radzą. Charakter robi swoje, trudności w relacjach… Ma więc niewielki pokoik, czysty i schludny, w każdym kątku własny sprzęt – półka, stolik, nawet fotel zrobił sam. Są i rybki w akwarium, i kwiaty. Gdy pan Krzysztof bierze przepisane leki, w przyjaznym otoczeniu funkcjonuje poprawnie. – Tu się powoli urządziłem, wszystko z odzysku, ale pomalowane i dobrze się trzyma – tłumaczy. – Że niby ja cieśla? Jak św. Józef? Cieśla to profesjonalista, ktoś, kto skończył odpowiednią szkołę, miał praktyki. Ja mam wykształcenie podstawowe, z jakimś kursem przysposobienia zawodowego – opowiada. Czyli samouk, a jaki zdolny! – Jakbym był zdolny, tobym tu nie trafił. Tobym życie inaczej sobie ułożył, miał dom, rodzinę. A ja co? W głowie niepoukładane. Mówią, że schizofrenia. Różne głupoty w życiu robiłem. W końcu wylądowałem na ulicy. Bezdomność to straszne zło. Szkoda gadać… – mówi.

Pokorny. Jak mało kto.

Postanowienie

Do ośrodka trafił w mikołajki ubiegłego roku. – Przyszedłem się umyć i czysto ubrać, bo byłem już w złym stanie, tak prosto z ulicy – opowiada pan Krzysztof. – Pani Adriana, dyrektorka ośrodka, przekonała mnie, bym został. A ja cenię sobie wolność. Wcale nie było łatwo dostosować się do mieszkania z innymi ludźmi.

Został jednak i zaczął „grzebać prowizorkę” – czyli przygotowywać szopkę na święta. Wtedy pracy nie skończył. – Postanowiłem, że jeśli tu wytrwam do następnych świąt, to zrobię wszystko porządnie i szopkę będzie można wystawić przed ośrodek – opowiada. – Zostałem. I wróciłem do dłubania w drewnie – tłumaczy. Jednocześnie pan Krzysztof podjął pracę zarobkową, dorywczą, na budowie. – Pracuję, gdy jestem w stanie. Bo u mnie z głową różnie, więc czasem trudno mi pracować. Wszystkie zarobione pieniądze staram się przeznaczać na narzędzia. Dzięki nim będę mógł w przyszłości zarobić i zrobić coś pożytecznego. Nie chcę powtarzać głupich błędów – deklaruje. Więc pan Krzysztof robił swoją szopkę. Chociaż nie! Żadna to szopka. Zaczął powstawać piękny dom dla bezdomnego, małego Jezusa. – W trakcie pracy zrozumiałem, że muszę zrobić normalny dom. Nie szopkę, nie grotę czy jak to zwą, nie rozwalającą się chatę. Kto chce mieszkać w rozwalającej się szopie? Ja już nie chcę. Każdy człowiek potrzebuje ludzkich warunków. To pomyślałem, że bezdomny zrobi Jezusowi willę jak się patrzy. Bezdomność kojarzy się właśnie z jakąś szopką, altanką, a tam zimno, źle, ból i głód. Ja to znam, doświadczyłem tego, dla Jezusa małego tego nie chcę…

Pan Krzysztof ciął, piłował, zwijał, docinał, szlifował. By powstał dom. – Dom to normalność, ciepło. I rodzina. Ludzie nie doceniają tego, co mają w tych swoich domach. A moje marzenie to właśnie kawałek działki, żeby sobie malutki drewniany dom postawić. Nie wiem, czy ten mój dom, to moje marzenie uda się zrealizować – mówi. To chociaż ta willa dla Świętej Rodziny niech stoi.

Wiara

Krzysztof pochodzi z Pomorza. Miał tam rodziców i rodzeństwo. O rodzicach słowa złego nie powie. Może idealni nie byli, ale jego rodzeństwo przecież na ludzi wyszło. A on? Jakoś nie… – W kopalni pracowałem, po Polsce jeździłem. Ale ta moja głowa mnie w różne tarapaty ciągnęła. No i alkohol. I dziewczyny. Nie ma co udawać: niezbyt mądrze życie poukładałem – dzieli się.

Gdyby nie przyszedł do ośrodka, nie wiadomo, co byłoby dalej. Takich jak on niewielu rozumie, a jeszcze mniej wyciąga do nich rękę. W ośrodku wyciągnęli. Został więc i trwa. – Kiedy zacząłem robić dom, wszystko miałem w głowie i tylko pani Adrianie mówiłem o swoich planach. Ona umie z ludźmi rozmawiać, doradzała mi nawet. W końcu hacjendę zrobiłem małemu Jezusowi. Nie Jego wina, że ludzie zrobili z Niego bezdomnego.

Pan Krzysztof jest wierzący, tak mówi. A jaka jest ta jego wiara? Długo nad tym się zastanawia, szczególnie wieczorem, bo wieczory teraz długie i bywa, że samotne. Siedzi w swoim pokoju i rozmyśla. O życiu, ludziach i wierze właśnie. – Nie byłem religijny, nie znam zasad wiary. Ale wiem, że musi ona wychodzić z głębi, z serca, z prawdy. Inaczej to zawsze nieprawda i kłamstwo będzie – deklaruje. I uważa pan Krzysztof, że prawdziwa wiara to taka, za którą można oddać życie. Bo nic innego się nie liczy, nic innego nie jest ważne. – Nie wiem, czy mógłbym oddać życie za wiarę, gdyby było trzeba. I nie wiem, czy chcę się o tym przekonać. Nawet nie jestem pewien, czy Bóg tego chce.

Gdybym miał dom…

Szopka, czyli willa dla Jezusa, stoi przed ośrodkiem. W nocy podświetlona, z daleka zwraca uwagę. W dzień przychodzą ku niej podopieczni, przystają, oglądają postaci w środku i chwalą precyzyjną robotę. Te figury – Świętą Rodzinę i zwierzęta – ufundował inny podopieczny ośrodka, dziś już usamodzielniony. Był tu, otrzymał potrzebne wsparcie, wyszedł na prostą. I w podzięce kupił Świętą Rodzinę. Teraz ta rodzina otrzymała willę, jakiej nie mają nawet parafie. Niejeden bezdomny mógłby poza- zdrościć warunków lokalowych. Ale nie zazdroszczą: cieszą się, że u nich mały Jezus został godnie przyjęty.

Pan Krzysztof patrzy na swoje dzieło. Trochę z dumą, trochę sceptycznie: – Tu mogłem lepiej doszlifować, widzę też, że nie jest idealnie prosto – musztruje sam siebie. – Ale dom jest. Prawdziwy. Nawet toaleta jest, bo kto by chciał chatę bez toalety?

Pan Krzysztof delikatnie przestawia figurki. Przenosi Jezusa, by miał wygodniej i by rodzice mieli na Niego baczenie. Następnie zagląda w okno do Świętej Rodziny – rodziny już na swoim. – Ludzie, którzy mają dom, mają wszystko. Jakbym miał taki dom, byłbym szczęśliwy – podsumowuje. Ludzie w domach. Zapamiętane?•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama