Nowy numer 03/2020 Archiwum

Od konklawe do konklawe. O "chrześcijaństwie eventowym"

Żyjemy wspominaniem Kościoła przeszłości i marzeniem o Kościele przyszłości. Kościół tu i teraz przecieka nam przez palce.

Najbardziej znane w Polsce wyrażenie po łacinie? Agnus Dei? Credo in unum Deum? Założę się, że inne: Habemus papam. Wałkowane tysiące razy nagranie z wyboru Karola Wojtyły na stolicę Piotrową. Obraz, który nie jest tylko dokumentem – jest ikoną naszej pamięci i tożsamości. I trudno, żeby nie był. Składamy się z tego, co pamiętamy. Tyle że opieranie głównie na tym swojej tożsamości w przypadku żywej rzeczywistości, jaką jest Kościół, zawsze niesie ze sobą groźbę przekształcenia go ze wspólnoty w muzeum, a nas ze świadków w kustoszów bezcennych pamiątek.

To działa też w drugą stronę – jeszcze nie skończył się jeden pontyfikat, a już myślami, analizami i spekulacjami wybiegamy do przodu: kto będzie następnym papieżem? I tak było zarówno za Jana XXIII (miał być tylko „przejściowym” papieżem, tymczasem zwołał przełomowy sobór), jak i Pawła VI (zwłaszcza po ogłoszeniu „Humanae vitae” liczono szable na kolejne konklawe), nie mówiąc o długim pontyfikacie Jana Pawła II (im dalej, tym trudniej było sobie wyobrazić, kto mógłby go zastąpić), a najbardziej nerwowo wyczekiwano na nowe konklawe za Benedykta XVI. I może nawet w jego przypadku było to najbardziej krzywdzące – nie tylko dla samego Ratzingera, ale przede wszystkim dla Kościoła, który tracił w ten sposób czas, a któremu wielki teolog i – nie waham się użyć tego słowa – mistyk zostawił najgłębsze rozumienie jego istoty.

Nie inaczej jest w przypadku Franciszka. Z jednej strony to naturalne, że pytani o możliwych następców watykaniści i inni publicyści próbują stworzyć mapę tzw. papabili. Tyle że po pierwsze, to zazwyczaj i tak odbiega mocno od wyniku konklawe (pamiętam pewność siebie, z jaką prezenter telewizji mówił do kamery w 2013 roku, że oto „za chwilę w oknie ukaże się światu nowy papież, kard. Angelo Scola…), a po drugie, nakręca i tak niezdrową atmosferę wokół papieża, któremu odbiera się de facto głos. Bo skoro „i tak niedługo konklawe”, to „jakoś to przeczekamy”. I – podobnie jak w przypadku Benedykta XVI – tracimy jako Kościół czas. Po co sięgać po oryginalne teksty dokumentów papieskich, skoro można dostarczać sobie „intelektualnych” doznań spekulacjami o możliwym następcy… którego również nie będziemy słuchać.

„Chrześcijaństwo eventowe” – usłyszałem kiedyś ironiczny komentarz w odniesieniu do jednego z wielkich wydarzeń religijnych w Polsce, gromadzących na stadionach, halach czy pod chmurką dziesiątki tysięcy osób. Komentarz o tyle nietrafiony, że większość uczestników takich „eventów” żyje mocno życiem Kościoła na co dzień, podczas gdy sformułowanie sugerowało, że to tylko „katolickie tłumy” żądne kolejnych jednorazowych duchowych doznań. Mam za to wrażenie, że o „chrześcijaństwie eventowym” można mówić właśnie w przypadku takiego nerwowego przestępowania z nogi na nogę: od konklawe do konklawe, od jednej beatyfikacji do drugiej… Czy świat się zawali, gdy jakaś beatyfikacja czy kanonizacja nie odbędzie się w tym roku czy przyszłym, ale na przykład za 5 czy 10 lat? I czy jako Kościół faktycznie zmienimy się, nawrócimy, gdy „zaliczymy” kolejne kanonizacje, gdy będziemy świadkami kolejnego konklawe, inauguracji pontyfikatu i przeżyjemy całoroczne obchody kolejnych okrągłych (jasne, że ważnych!) rocznic? Czy spekulacje dotyczące możliwości ogłoszenia kolejnego dogmatu maryjnego na pewno pomogą nam w szukaniu tych, którzy z roku na rok znikają z kościelnych ławek? Może to jest to nasze „chrześcijaństwo eventowe”, że zamiast nadrabiać zaległości np. z encyklik i kapitalnych przemówień Benedykta XVI (bo przecież Jana Pawła II znamy już na pamięć, prawda?) i czym prędzej dołączyć do spisu lektur bieżące nauczanie papieża Franciszka, a następnie obgadać z biskupem, proboszczem czy wspólnotą formacyjną, co możemy razem zrobić, by za rok parę osób więcej na osiedlu otworzyło drzwi podczas kolędy (skuteczne narzędzia, jak kursy Alpha, są pod ręką) – że zamiast tego wszystkiego ciągle czekamy na „lepszy czas” dla Kościoła.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

  • Dremor_
    17.12.2019 16:47
    Dremor_
    Akurat najbardziej znane w Polsce wyrażenie po łacinie jest inne, ale przyzwoitość zakazuje go tu przytaczać. Natomiast co do polskiego postrzegania papiestwa, to dominuje podejście o nazwie "nasz papież". I nawet nie chodzi tu o nauczanie, czy doktrynę, ale o gesty, które odczytuje się w kluczu zachowań Jana Pawła II. Skoro jesteśmy przy wspomnieniach z transmisji telewizyjnych, warto przypomnieć na czym skupiały się przekazy wszystkich telewizji podczas wszystkich "Anioł Pański" za czasów Benedykta XVI. Nie skupiano się na treści, czy przesłaniu, każdy czekał jak papież pozdrowi pielgrzymów po polsku swoim "postlafiam fsiskich Polakuf". No bo przecież Jan Paweł II zawsze pozdrawiał, to i Benedykt musi. Tak samo było z pielgrzymkami i wizytami. Nieważne co tam Benedykt, czy Franciszek będą gadać, ważne jest, czy pojawią się w oknie papieskim w Krakowie, czy odwiedzą Wawel i jakże to tak, że Benedykt nie wzrusza się, gdy mu śpiewają "Barkę"?

    I dobrze, że pan Redaktor wspomina o treści encyklik. Za czasów Jana Pawła II słowo "encyklika" było używane w kontekście wielkiej wiedzy i wzniosłości myśli, jaką Papież-Polak wniósł w Kościół. To, że mało kto wiedział o czym Jana Paweł II pisał, to mało istotne, wystarczało obco i mądrze brzmiące słowo "encyklika". Tak naprawdę encykliki w Polsce wierni zaczęli czytać dopiero za Franciszka i to głównie w celach krytycznych.

    Co do samego zjawiska oczekiwania na następcę papieża, to nie jest to nic dziwnego, ani nowego. Zmiana nastąpiła w samej naturze tego oczekiwania. Za czasów Jana Pawła II w Polsce myślano o następcy, jak o końcu Kościoła w ogóle. Dziś w Polsce oczekuje się następcy Franciszka z nadzieją, jakby chciano "przeczekać" niewygodnego papieża, w nadziei, że przyjdzie następca i wszystko naprawi.
    doceń 7
  • spe
    18.12.2019 09:34
    1. Jakie jest najczęściej powtarzane w programach telewizyjnych wyrażenie po łacinie? Agnus Dei? Credo in unum Deum? Przypuszczam jednak, że i ta wiedza zniknie z nich niedługo. 2. Nie rozumiem promowanego obecnie podejścia, że "bliskość Boga" musi oznaczać jakiś rodzaj kompromisu z prawdą. Tak jakby słowa Chrystusa "Ja jestem drogą, prawdą i życiem" straciły na aktualności... A przecież one oznaczają właśnie bliskość Boga. Dlaczego w Kościele następuje od nich ucieczka? Dokąd? Dopiero postawienie tych pytań pozwala mi się zgodzić z Panem Redaktorem co do tego, że na eventach i promocjach nic nie zbudujemy, a popadniemy w ruinę.
    doceń 2
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji