Nowy numer 32/2020 Archiwum

Piaskiem po oczach

Stany Zjednoczone oddały walkowerem Syrię Rosji i Turcji. Bliski Wschód jest coraz bardziej odległy dla Waszyngtonu.

Mają tam dużo piasku, którym mogą się bawić. Niech toczą własne wojny – te słowa Donalda Trumpa wprawiły w osłupienie nawet jego tłumaczkę podczas spotkania z prezydentem Włoch. Prezydent USA odpowiedział tak na pytanie o powody, dla których kazał wycofać wojska z północnej Syrii.

Pustki nie będzie

Za tymi słowami kryje się kierunek, w jakim zmierza polityka bliskowschodnia Waszyngtonu: to stopniowe wycofywanie się Ameryki z tego regionu świata. A że z polityką międzynarodową jest podobnie jak z przyrodą – nie znosi próżni – w miejsce odchodzącego supermocarstwa wchodzi Rosja. W tym momencie nie musi się nawet specjalnie wysilać: wszyscy mają świadomość, że to Moskwa od dłuższego czasu wygrywa wojnę w Syrii. Wycofanie się Amerykanów jest tylko przyznaniem się Waszyngtonu do porażki. Syryjscy Kurdowie, zostawieni na pastwę Turcji, miotający się „od zawsze” między sojuszami, tym razem nadzieję skierowali w stronę Moskwy i… Damaszku, choć dotąd stali w opozycji do rządu Baszszara al-Asada. Mazloum Abdi, głównodowodzący siłami kurdyjskimi w Syrii, na łamach „Foreign Policy” napisał, że chociaż nie ufa Putinowi i Asadowi, to w obliczu pozostawienia Kurdów przez Amerykanów sojusz z nimi może być jedynym sposobem, by przeżyć turecką inwazję. „Jeśli mamy wybierać między kompromisem a ludobójstwem, wybieramy nasz naród” – napisał. Na Kremlu cieszą się z tego „kredytu zaufania”. A i Turcja skorzysta na amerykańskim odwrocie.

Kpina z ofiar

Po tygodniu od rozpoczęcia inwazji tureckiej na pozycje kurdyjskie w Syrii do Ankary przyleciał wiceprezydent USA Mike Pence. Rozmowy z prezydentem Turcji Erdoğanem trwały 5 godzin. Po tym czasie ogłoszono publicznie, że Turcja zgodziła się na zawieszenie broni na 120 godzin. Donald Trump na Twitterze z triumfem obwieścił, że „uratowane zostaną miliony istnień ludzkich”. Brzmiało obiecująco. Problem w tym, że porozumienie o wstrzymaniu przez Turcję działań wojennych zakładało, że w czasie tych 120 godzin Kurdowie mieli… opuścić tereny, z których Turcy i tak chcieli ich przepędzić lub wymordować. Bo celem tych czystek i całej inwazji jest nie tylko utworzenie „pasa bezpieczeństwa” na granicy turecko-syryjskiej, ale również przesiedlenie tam – w miejsce wypędzonych Kurdów – ponad 3,5 mln arabskich uchodźców z terytorium Turcji. Władze w Ankarze chcą zatem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: pozbyć się problemu kurdyjskiego u granic oraz pozbyć się uchodźców ze swojego terytorium. Cała akcja jest możliwa dzięki temu, że Donald Trump wycofał odpowiednio wcześniej amerykańskie oddziały z terenów zamieszkiwanych przez Kurdów, co dla Erdoğana było zielonym światłem dla ataku. „Wypracowane” tydzień później warunki zawieszenia broni są więc dla Kurdów jeszcze większym ciosem i aktem zdrady ze strony Amerykanów, u boku których przez lata walczyli z Państwem Islamskim.

Zmienni bracia broni

Konia z rzędem temu, kto całe to syryjskie zamieszanie potrafi ująć w jakiś spójny i czytelny schemat: kto z kim, przeciw komu i o co właściwie walczy. W toczącej się od 8 lat wojnie układ sił i sojuszy zmieniał się wielokrotnie. W pewnym momencie w całym kraju walczyło kilkadziesiąt różnych sił, z których każda załatwiała własne interesy i walczyła ze sobą nawzajem, a jeśli coś je łączyło, to chęć obalenia władzy Baszszara al-Asada. Każda z nich była też wspierana wprost lub pośrednio przez mocarstwa regionalne, które w Syrii rozgrywają własną politykę – czyli głównie Iran, Turcję, Arabię Saudyjską, Izrael – a na końcu czy też na górze tego śmiertelnego „łańcucha pokarmowego” były oczywiście mocarstwa światowe – Stany Zjednoczone i Rosja. Tyle że do pewnego momentu było mniej więcej jasne, które z mocarstw wspiera konkretne siły na miejscu. Było jasne, że dla Stanów Zjednoczonych celem nadrzędnym jest obalenie przyjaciela Iranu Baszszara al-Asada, stąd wsparcie Waszyngtonu dla wszelkich bojówek, które z syryjską armią walczyły. Wyjątkiem miało być Państwo Islamskie, z którym walczyły i USA, i rząd w Damaszku, i wspierająca go Rosja. Choć największe zasługi mają na tym polu właśnie syryjscy Kurdowie, którzy jednocześnie chcieli wywalczyć dla siebie autonomię w ramach państwa syryjskiego.

Teraz cała ta układanka legła w gruzach. Wycofanie się Amerykanów, inwazja turecka, następnie wzięcie Kurdów w obronę przez Rosję (która przecież dogaduje się z Turcją) i przez władze w Damaszku oraz późniejsze kuriozalne warunki („wymuszone” na Turcji przez Trumpa) zawieszenia broni – wszystko to sprawia wrażenie jakiegoś wielkiego porozumienia między USA, Rosją i Turcją ponad głowami m.in. Kurdów. Oczywiście to nic nowego w globalnej polityce – koncert mocarstw to formuła funkcjonująca w większości konfliktów. Mimo wszystko jednak można odnieść wrażenie, że w tym wypadku mamy do czynienia z jakimś większym dealem, którego ceny do końca nie znamy, a którego skutkiem już teraz jest wycofywanie się USA z Bliskiego Wschodu.

Kapitulacja USA

W chwili, gdy ukaże się ten numer GN, być może większość zawartych w tym tekście obserwacji będzie już nieaktualna. Dotyczy to zwłaszcza wspomnianego zawieszenia broni, które miało trwać 120 godzin. W tym czasie i po jego upływie wszystko mogło się wydarzyć. Jedno wydaje się jednak niezmienne: rosnąca rola Rosji w regionie. Częścią tego jest i będzie również gra, jaką Moskwa toczy z Ankarą. Z jednej strony Rosjanie deklarują obronę Kurdów przed Turkami, z drugiej zaś Kreml zbyt długo pracował nad poróżnieniem Turcji z USA, by teraz zbyt łatwo zrezygnować z osiągniętych wyników i zadzierać z Erdoğanem. Kurdowie nie mają więc praktycznie oparcia w żadnej ze stron. W obliczu słów Trumpa o tym, że Kurdowie to nie same niewiniątka, czy też bardziej kuriozalnych, gdy mówił, że przecież Kurdów nie było u boku Amerykanów w Normandii w czasie II wojny światowej, więc teraz to też nie jest sprawa Amerykanów, a przede wszystkim w obliczu pozostawienia Kurdów na pastwę Turcji, mimo pozornych nacisków na Ankarę i „sukces” w postaci wspomnianego zawieszenia broni, można mówić o całkowitej swobodzie, jaką mają teraz Rosja i Turcja w dalszym rozgrywaniu sytuacji w Syrii. Wygranym jest oczywiście również syryjski prezydent oraz wspierający go Iran. Nie jest tajemnicą, że dla Amerykanów potencjalna wygrana w Syrii i obalenie Asada miało być wstępem do rozprawienia się z Teheranem. Wycofanie się z Syrii oznacza właściwie rezygnację również z tego planu.

Realpolitik w realu

Wygrana rządu w Damaszku i jego sojusznika w Moskwie oznacza również przejęcie kontroli nad bogatymi złożami gazu i ropy na terytoriach, z których mają zostać wypędzeni Kurdowie. Nie jest chyba przypadkiem, że znaczna część pól wydobywczych w Syrii należy do ludzi związanych z Putinem. Z kolei Amerykanom nie zależało aż tak bardzo na zatrzymaniu kontroli nad tym terenem i złożami, bo po pierwsze USA są pod tym względem samowystarczalne, po drugie ważniejsze dla Trumpa było dogadanie się z tureckim prezydentem w sprawie umowy o wolnym handlu – ceną za to miało być właśnie „rozwiązanie” kwestii syryjskiej. To wszystko brzmi o tyle zaskakująco, że w tym czasie USA i Turcja pozostają w głębokim konflikcie w sprawie zakupu przez Turcję (członka NATO) broni z Rosji. Ostentacyjna zażyłość Putina i Erdoğana i związane z nią kontrakty stały się symbolem ostatecznego rozejścia się dróg Turcji i Zachodu. Współpraca Turcji z Rosją już przełożyła się m.in. na dostawę rakiet S-400, których Rosjanie dotąd nie sprzedawali żadnemu krajowi, oraz na budowę przez rosyjski Rosatom elektrowni atomowej w Turcji, nie mówiąc o ukończonej już pierwszej nitce gazociągu Turecki Potok, wykonywanej przez Gazprom. Sytuacja w Syrii sprawia jednak wrażenie, że różnice między mocarstwami nie przeszkadzają im dogadywać się w sprawach strategicznych, gdy kartą przetargową jest „tylko” naród, którego losy i aspiracje nikogo nie interesują. I o ile w przypadku takich krajów jak Rosja czy Turcja nie ma zdziwienia, o tyle postawa Amerykanów dla wielu ludzi, zwłaszcza w Polsce, może być szokująca.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także